Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

May, 2010 w archiwum

Colas, czyli początek remanentu

Znów mi się zebrały jakieś nieopisane a warte zauważenia spektakle teatralne. Nie będące premierami, ot, obejrzane przeze mnie, gdyż dysponowałem wolnym wieczorem albo gdyż ktoś zadzwonił i zapytał: - Pójdziesz?

Colas Breugnon
Gdzieś tam w dalekim Koszalinie Stanisław Górka przygotował monodram na podstawie powieści laureata Nagrody Nobla. Spektakl miał niezłe recenzje. Górce towarzyszyli aktorzy koszalińskiego teatru, śpiewając piosenki Brassensa. To nie jest odkrywczy pomysł. Lecz w tym przypadku opowieści o dziejach francuskiego stolarza towarzyszą piosenki jakby specjalnie do tych opowieści napisane. Jak są one doskonale dobrane! Lepszego komentarza nie można sobie wyobrazić. Fakt, mając w pamięci teksty Zespołu Reprezentacyjnego trudno akceptować tłumaczenia Wojciecha Młynarskiego. Ale tak z tłumaczeniami zawsze jest - przypomnijmy sobie teksty barda ze Wschodu - Bułata Okudźawy. Ileż z polskimi wersjami kłopotu. W efekcie mamy kłopot - jak tłumaczyć “quand on est con “? Dobrze, moje zmartwienie a nie czytelników niniejszych zapisków. (Nie da się ukryć że na płytce “Kumple to grunt”ta piosenka lśni pełnym blaskiem. Ale to jest zupełnie inna historia).
W warszawskiej premierze (a jednak premierze, choć wcześniej różnych premier było chyba więcej, bo już Górka jeździł w Colas Breugnonem po kraju) bierze udział sam Młynarski, jest Derfel, jest reżyser. jest też na malutkiej scenie on - skromny stolarz. Nieśmiały, niezdarny, mylący tekst i zacinający się co chwila. Co jest zamierzone przez reżysera a co wynika na przykład ze zmęczenia aktora? Nie wiem. Górka-Colas jest więc niezdarny i może dlatego przekonujący. Śpiewa sam, bo nie ma swego koszalińskiego chórku. A ponieważ gra na gitarze, czyni to autentycznie. I śpiewa zupełnie dobrze. Niektóre piosenki są gotowy podkład muzyczny - no z półplaybackiem artysta miewa kłopot. bo jak wypadnie tekst z pamięci, nadrobić jakimś la, la la się nie da.
Colas Breugnon nie znosi swej żony, nie lubi, nie cierpi. Ta, wydawałoby się, oddaje mu pięknym za nadobne. Jednak gdy umiera, okazuje się, że kochała swego męża przez wiele lat. A że małżeństwo nie było udane? Tak bywa…
Jest to więc opowieść o miłości, ale także o normalnym życiu. Opracowana na podstawie dobrego tekstu, dlatego jest bardzo autentyczna. Tym samym warta obejrzenia. Tylko jak w Warszawie trafić na występ Stanisława Górki? Chyba nie jest to możliwe. W saloniku na Bemowie, gdzie Górka występował, było rodzinnie, intymnie, uroczo, ale to nie miejsce do stałych prezentacji Colasa. Dlatego zamiast normalnego, niezłego teatru jednego aktora wszyscy chętni mogą usiąść przed telewizorami, gdy pokazywany jest kolejny odcinek “Plebanii”. Ponoć Górka (tak mówią ludzie - sam nie widziałem) gra tam jedną z głównych ról.

PS Miał być remanent, a więc w moim rozumieniu podsumowanie kilku przedstawień - nie wyszło. Colas Breugnon zajął mi za dużo miejsca. A więc na przykład “Tango” pozostanie do opisania kolejnych odcinku. Przed nami krótki tydzień, długi weekend. Powinienem znaleźć na to czas.
PS W moim hufcu coraz więcej osób interesuje się teatrem. Bardzo się cieszę.

Służba, służba i po służbie

Wreszcie nas zauważyli. Okazało się, że w Polsce są harcerze. Porządkujący znicze i kwiaty przed pałacem prezydenckim, stojący w szpalerze, by ludzie nie wychodzili na jezdnię, zbierający środki dla powodzian, harcerze będący w pogotowiu, by pomagać tym, którzy zasłabli w czasie uroczystości lub by po prostu przynieść wodę spragnionym. Jesteśmy. Widoczni. Pełniący służbę zgodnie ze składanym przed laty lub przed miesiącem Przyrzeczeniem.
Na dodatek harcerze pełniący ją autentycznie, zazwyczaj z odruchu serca lub normalnego obowiązku. Nie zmuszani do tego rozkazem. Tak było po 10 kwietnia, tak zazwyczaj było w czasie powodzi. Sprawdzamy się jako ruch, jako organizacja, widzimy, że wychowujemy dobrze. Każdy wychowawca, patrząc na godziny czasem bardzo trudnej, wyczerpującej pracy swych wychowanków musi być z nich zadowolony. Ba, musi także sobie powiedzieć – sprawdzili się oni, ale sprawdziłem się dzięki nim i ja. Ja jako wychowawca.
Patrzyłem na harcerzy z naszego hufca. Najpierw w połowie kwietnia. Gdy zobaczyli, że jest nas za dużo pod pałacem prezydenckim, a nie zanosi się, by ktoś zadysponował, że trzeba także być na Torwarze, bo tam mają być przewiezione trumny z ciałami tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem, po prostu się zorganizowali, nie bacząc na ważnych sztabowców, którzy o tym miejscu w Warszawie zapomnieli. Zameldowali się do służby na Torwarze. Tam nie było kamer wszystkich sieci telewizyjnych, bezpośrednich transmisji i wywiadów. Tam było to, o co chodzi – służba.
Albo czterdziestka czy pięćdziesiątka naszych harcerzy w Krakowie. Pełnili tam służbę informacyjną. Nasi warszawscy harcerze w dniu pogrzebu Pary Prezydenckiej okazali się pomocni. Przyjechali do Warszawy w poczuciu autentycznie dobrze wypełnionego obowiązku.
I gdy nadeszła wielka fala na Wiśle mogliśmy się zastanawiać – jak się ci sami harcerze zachowają. Czy nie mają już dość? Ale nie. Oczywiście nie. Nas, naszego hufca nie dotyczy tylko hipotetyczny problem zalania części miasta. My mamy siedzibę w tzw. międzywalu i część dolna naszej siedziby podmywana jest co roku. Ale nie co roku przychodzi tak wysoka fala i nie musimy części naszego sprzętu przenosić na wyższy poziom. I jak było? Przyszli harcerze i przenieśli, co było do przeniesienia.
Więc gdy przyszła prośba: wystawcie harcerzy, trzeba pełnić służbę na wale (to ten wał, o którym wie cała Polska, bo nie przeciekł, ale wstrzymano na nim ruch, co sprawiło ogromne kłopoty komunikacyjne w części Warszawy), nasza komendantka ustaliła harmonogram i środowiska były w pełnej gotowości. Na szczęście nie było nieszczęścia i tam nie musieliśmy się stawić.
Tak, wreszcie nas zauważyli. I dobrze. Ale po tych sukcesach zastanawiam się, co dalej. Bo służbę w różnych sytuacjach pełniliśmy obok innych – straży miejskiej, policji, wojska, straży pożarnej… Czasem obok i razem z urzędnikami warszawskiego magistratu. Wszyscy oni, co byśmy dobrego o nich nie mówili, dostaną pieniądze za tzw. nadgodziny, dostaną premie, nagrody. Wszystkie służby rozliczą przejechane kilometry, nie zabraknie im pieniędzy na paliwo.
Więc ja się zastanawiam. W jako sposób Prezydent miasta stołecznego Warszawy nagrodzi harcerzy. Wszak nie zapłaci im za nadgodziny. Więc co? Wyśle w nagrodę kilkuset najlepszych do Lwowa (mamy rok stulecia, dobrze jest zobaczyć, gdzie jest kolebka polskiego harcerstwa) a może do Wilna (ten Mickiewicz i Ojczyzna, nauka, cnota z harcerskiej lilijki). A może pani Prezydent zorganizuje dla harcerzy super imprezę w Sali Kongresowej? Najpierw im podziękuje, a później zaśpiewają dla harcerzy gwiazdy estrady? A może miasto ufunduje harcerzom kilkadziesiąt namiotów 10-osobowych i zostaną one rozdane między hufce? A może…
Ja wiem, że my pełnimy służbę za „dziękuję”. Taką, którą inni za pieniądze. Ja wiem, że my jesteśmy idealistami w świecie agresywnego kapitalizmu. Ja wiem, że nie wypada upominać się, bo przecież wystarczy, iż pokazano nas w telewizji i różne ważne osoby mówiły o nas dobrze. Ja to wiem. Ale pomimo to chciałbym, aby poza „dziękuję” miasto, wojewoda, premier wykazali się jakimś konkretem. Obu stronom jest to potrzebne. A temat jest szerszy i nie dotyczy tylko jednego hufca, który liczy około tysiąca członków. Dlatego piszę i zobaczę, czy przyniesie to jakiekolwiek efekty.
PS Felieton napisany do miesięcznika instruktorów ZHP “Czuwaj”.

Historia, historia

To było w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, niedługo po zakończeniu stanu wojennego. Pracowałem w redakcji “Drużyny”, pisma, które, można tak powiedzieć, wybiło się na niepodległość i działało jakby niezależnie od Głównej Kwatery ZHP. Redakcja mieściła się przy dzisiejszym rondzie ONZ. Od siedziby GK przy Konopnickiej bardzo, bardzo daleko, nie tylko w kilometrach. (Blisko, przy Wiejskiej, GK miała tygodnik “Motywy”. I dobrze).
Czasy były, jak to zawsze w Polsce, ciekawe. W harcerstwie też. Powtarzamy sobie od czasu do czasu, że nasze dzieje są odbiciem życia całego społeczeństwa, kiedyś o tym napiszę, może na marginesie opublikowanej ostatnio pracy hm. Staszka Czopowicza o harcerstwie od 1945 do 1980 roku. Po śmierci Kazimierza Koźniewskiego nikt nam tej tezy ostro nie przypomina.
Ale teraz o roku 1983, może 1984. Ciekawe czasy. Partia silniej niż w roku 80 i 81 wpływała na pracę Związku, co to można było zauważyć w trakcie zbliżającego się Zjazdu w roku 85. A może inaczej powinienem to zdanie sformułować - Główna Kwatera ZHP bardzo ściśle współpracowała z odpowiednimi komórkami KC PZPR. - Ja wówczas pełniłem ważne funkcje w organizacji, coraz bardziej fasadowe i nie przynoszące żadnej stronie specjalnej satysfakcji. W 1985 roku przestałem być członkiem Rady Naczelnej, niewielka strata. Miałem wtedy “własne” wypieszczone dziecko - “Drużynę - Na tropie”.
I wówczas, przed niesławnej pamięci VIII Zjazdem ZHP, do drzwi redakcji zapukał pan w średnim wieku. Uśmiechnięty, choć nieco speszony. - Jestem harcmistrz B., szczepowy… - i tu wymienił jedną z dzielnic Warszawy. - Witam druha, zapraszam - patrzyłem na druha B. i nic jego twarz mi nic nie mówiła. Gdzie on się uchował? Instruktor warszawski, starszy ode mnie, zupełnie mi nie znany? Ze znanej mi dzielnicy?
No tak, już po chwili okazało, dlaczego się wcześniej nie widzieliśmy, dlaczego się nie znamy. Druh B. był szczepowym w Londynie. Instruktorem ZHP działającego poza granicami kraju. Od wielu, wielu lat czynny, aktywny, zaangażowany. Od tego dnia rozpoczęła się nasza znajomość, można powiedzieć - przyjaźń. Listy, książki, czasopisma krążyły w obie strony. A była to znajomość, której być nie powinno. Tak, po to piszę ten felieton, by wszystkim czytelnikom to uświadomić. To wiedzieć trzeba. Druh B. postąpił wbrew podstawowym obowiązującym go w londyńskim harcerstwie zasadom. Członkowie ZHP, kontynuujący tradycje przedwojennego harcerstwa, nie mieli prawa nie tylko się z nami przyjaźnić, ale przyjeżdżać do ojczyzny przodków. Ustalono, iż w czasach zniewolenia, w latach PRL-u kontakty na jakimkolwiek szczeblu są zakazane. To była ważna decyzja - nie tylko mająca charakter symbolu.
Opowiada druhna M. - Gdy chciałam przyjechać do Polski, zawiesiłam swoją działalność w harcerstwie w Stanach. Nie byłam przez rok harcerką i mogłam przylecieć do Polski. Nie widziałam innego rozwiązania.
Druh B. i ja byliśmy dorośli. Nie, drukowałem jego listów, w których opisywał, co się w londyńskim harcerstwie dzieje. Ale na przykład przedrukowywałem interesujące teksty z “Na tropie”, wydawanego w Londynie. Ale na przykład Elę, harcerkę z mojego warszawskiego szczepu, która czas jakiś mieszkała w Anglii, wysłałem na zbiórkę szczepu londyńskiego i relację z tej zbiórki opublikowałem. Bo ta działalność była ciekawa, bo uważałem, że pomimo tego, iż działamy w Polsce Ludowej, jesteśmy takim samym harcerstwem i wiedzieć o tym obie strony powinny. Bardzo mi na tym zależało.
I gdy ZHP pgK organizuje latem tego roku swój zlot 100-lecia harcerstwa w podwarszawskim Zegrzu, powinniśmy pamiętać, jakie lata świetlne dzielą nas od czasów sprzed 25 lat, kiedy druh B. , będąc instruktorem harcerskim w Londynie, wszedł w Warszawie do redakcji pisma “Drużyna”.
Czy dziś nasze czasy są tak samo ciekawe?

Zapisać się do harcerstwa

Spokojnie - ja wiem, że do harcerstwa się wstępuje, że zapisać to się możemy na lekcje angielskiego. Tylko nasi potencjalni członkowie tego nie wiedzą, oni… chcą się zapisać do ZHP. Nie, nie zbierałem tych listów przez ostatnich kilka lat - to materiały z ostatniego miesiąca. Bo ostatnio stałem się pośrednikiem w zapisywaniu (przepraszam - wstępowaniu) różnych osób do naszej organizacji. Wszystko oczywiście przez internet.
Pisze do mnie “miss11542″: “Mam 17 lat, czy mogę być w harcerstwie?”. - Możesz, możesz - odpowiadam. - A gdzie mieszkasz? - Na Grochowie. - O, to dobrze się składa, to mój hufiec. - Ale nie, dziękuję, załatwiłam sobie pracę w soboty i niedziele i nie mam czasu na harcerstwo. - Nie, nowej harcerki nie będziemy mieli.
Pisze Agnieszka: “Chodzę do piątej klasy. Chcę należeć do harcertwa. Napisałam petycję w tej sprawie do dyrekcji mojej szkoły. Pod petycją podpisało się ponad 30 dzieci, które też chcą być harcerzami. Czy możecie nam pomóc?”. Możemy. W akcji udzielania pomocy w północno-zachodniej części Polski uczestniczy kilkoro instruktorów w stopniu harcmistrza. Komendant hufca obiecał, iż wyśle potencjalnego drużynowego na kurs, za który zapłaci.
Pisze Grzegorz: “Mam 15 lat, chcę być harcerzem, gdzie jest najbliższa drużyna?”. Najbliższa drużyna jest 15 kilometrów od miejsca zamieszkania Grzegorza, ale postanowienie jest postanowieniem, Grzegorz wybrał się na pierwszą zbiórkę. Ja tej drużyny z dwojgiem harcmisstrzów z Chorągwi Wielkopolskiej szukałem przez tydzień.
Pisze Krzysztof: “Kiedyś byłem harcerzem, mam rodzinę, ponad 30 lat i chcę w gimnazjum w mojej miejscowości założyć drużynę”. Jeden z instruktorów hufca (to południowa Polska) odpisuje mi: “Zapraszamy Krzysztofa na odprawę drużynowych, w jego miejscowości właśnie rozleciała się drużyna wędrownicza, może ją reaktywuje?”. No tak, ale tak powierzyć organizowanie drużyny “cywilowi”? Piszę: - Musicie mu bardzo dużo pomóc.
Pisze Zosia: “Mieszkam na Ochocie, gdzie jest jakaś drużyna harcerska?”. Rozmawiam ze znajomą komendantką hufca, daję jej adres do Zosi, niech się dogadują.
Pisze xxx: “Czy możecie mi powiedzieć, czy w Zabrzu w szkole nr (tu wpisany jest numer) pracuje harcerstwo?”. Owszem, pracuje, przekazuję jej (bo xxx jest płci żeńskiej) odpowiednie informacje. Po co jej ta informacja - tego się nie dowiedziałem.
Jeszcze jest mama zucha, jeszcze pani seniorka…
Zobaczcie, ileż to osób pisze do anonimowego dla nich instruktora. Szukają harcerstwa. Nie wiem, czy będę mógł wszystkim pomóc.
Zobaczcie, ile osób jest zainteresowanych harcerstwem. Wydaje mi się, że dużo.

Po

Bardzo długo już nie pisałem. Powodów - jak zwykle - bywa kilka. Zmęczenie robieniem tych notatek-felietonów? Brak czasu? Inne ciekawsze zajęcia? Sytuacja, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy - tym razem “po”? No cóż - wracam. Minione tygodnie warte są skomentowania. Ba, skomentować je po prostu należy.

Każda tragedia ma swój wymiar ogólny, społeczny. Wszyscy stawiamy sobie pytania egzystencjalne: - Dlaczego? - Zadajemy pytanie, jakie były przyczyny wypadku. Dziś, po trzech tygodniach od Smoleńska, to pytanie jest nadal aktualne. Zastanawiamy się też, co będzie dalej. Czy zmienimy się jako społeczeństwo, czy to wielkie nieszczęście narodowe czegoś nas nauczy. Mądrzy w piśmie twierdzą, iż pewne wyciszenie, swoista zgoda narodowa to chwila, moment, po którym powrócimy do dawnego stylu życia, do dawnego stylu uprawiania polityki. Czas pokaże, ale jestem skłonny owym mędrcom ufać. Zaczyna się kampania prezydencka.
Tragedia ma swój też wymiar jednostkowy - dla rodzin, przyjaciół i po prostu znajomych. Bo przecież ci ludzie tak niedawno byli wśród nas, w domu, w miejscu pracy albo tylko na ekranie telewizora. Tak, byli oni naszymi znajomymi, choć o nas nic nie wiedzieli. Kilkoro pasażerów znałem - lepiej, gorzej. Poświęcę im kilka zdań w jednym z kolejnych felietonów.
Dla mnie ten wymiar jednostkowy nie jest zbyt oryginalny. Z nikim z nich nie pijałem herbaty na co dzień. Czasem telefon, bo było coś do załatwienia. Czasem rozmowa o nim, bo czeka nas wspólna praca nad jakimś tekstem, bo w czasie wakacji obok mnie biega jego syn, bo może spotkamy się na którymś koncercie w filharmonii. Każde z nich było z innej wsi, a każdego z nich jakoś mi brakuje. Nie, nie dziewięćdziesięciorga sześciorga - może trojga, może czworga. Grupki, grupeńki.
Z tymi, którzy odeszli, odeszli już dawniej, mam pewien kłopot. Niektórzy z nich tkwią we mnie bardzo głęboko. Ot, na przykład Z. Mój wychowanek, który stał się w pewnym momencie moim wychowawcą. Nawet gdy nie widzieliśmy się przez rok, był zawsze obok mnie. Po prostu był. I jest też teraz. Niebywałe. Ot, pani P., której grób na Cmentarzu Północnym miałem sobie zapamiętać i o którym natychmiast zapominałem. Co roku w listopadzie myślę o niej, jej nieudanym życiu i dobrym, bardzo dobrym charakterze. Przemknęło jej życie. Niezauważalnie. W kim jeszcze ona jest? Czy tylko we mnie? Albo D. - zmarł na własne życzenie. Ileż to lat jestem nadal wściekły z tego powodu. Mógł żyć, ale nie wiedział, że taki sposób na życie, jaki wybrał, doprowadzić może do końca, którego przecież nie planował.
Ci, z samolotu prezydenckiego są nam, całemu społeczeństwu, bliżsi, bo stali się sławni, bardzo dużo o nich mówiono, setki, tysiące ludzi było na ich pogrzebach. Będziemy o nich dłużej pamiętać. O wszystkich. A kto z nich pozostanie w każdym z nas?