29/05/2010
Colas, czyli początek remanentu
Znów mi się zebrały jakieś nieopisane a warte zauważenia spektakle teatralne. Nie będące premierami, ot, obejrzane przeze mnie, gdyż dysponowałem wolnym wieczorem albo gdyż ktoś zadzwonił i zapytał: - Pójdziesz?
Colas Breugnon
Gdzieś tam w dalekim Koszalinie Stanisław Górka przygotował monodram na podstawie powieści laureata Nagrody Nobla. Spektakl miał niezłe recenzje. Górce towarzyszyli aktorzy koszalińskiego teatru, śpiewając piosenki Brassensa. To nie jest odkrywczy pomysł. Lecz w tym przypadku opowieści o dziejach francuskiego stolarza towarzyszą piosenki jakby specjalnie do tych opowieści napisane. Jak są one doskonale dobrane! Lepszego komentarza nie można sobie wyobrazić. Fakt, mając w pamięci teksty Zespołu Reprezentacyjnego trudno akceptować tłumaczenia Wojciecha Młynarskiego. Ale tak z tłumaczeniami zawsze jest - przypomnijmy sobie teksty barda ze Wschodu - Bułata Okudźawy. Ileż z polskimi wersjami kłopotu. W efekcie mamy kłopot - jak tłumaczyć “quand on est con “? Dobrze, moje zmartwienie a nie czytelników niniejszych zapisków. (Nie da się ukryć że na płytce “Kumple to grunt”ta piosenka lśni pełnym blaskiem. Ale to jest zupełnie inna historia).
W warszawskiej premierze (a jednak premierze, choć wcześniej różnych premier było chyba więcej, bo już Górka jeździł w Colas Breugnonem po kraju) bierze udział sam Młynarski, jest Derfel, jest reżyser. jest też na malutkiej scenie on - skromny stolarz. Nieśmiały, niezdarny, mylący tekst i zacinający się co chwila. Co jest zamierzone przez reżysera a co wynika na przykład ze zmęczenia aktora? Nie wiem. Górka-Colas jest więc niezdarny i może dlatego przekonujący. Śpiewa sam, bo nie ma swego koszalińskiego chórku. A ponieważ gra na gitarze, czyni to autentycznie. I śpiewa zupełnie dobrze. Niektóre piosenki są gotowy podkład muzyczny - no z półplaybackiem artysta miewa kłopot. bo jak wypadnie tekst z pamięci, nadrobić jakimś la, la la się nie da.
Colas Breugnon nie znosi swej żony, nie lubi, nie cierpi. Ta, wydawałoby się, oddaje mu pięknym za nadobne. Jednak gdy umiera, okazuje się, że kochała swego męża przez wiele lat. A że małżeństwo nie było udane? Tak bywa…
Jest to więc opowieść o miłości, ale także o normalnym życiu. Opracowana na podstawie dobrego tekstu, dlatego jest bardzo autentyczna. Tym samym warta obejrzenia. Tylko jak w Warszawie trafić na występ Stanisława Górki? Chyba nie jest to możliwe. W saloniku na Bemowie, gdzie Górka występował, było rodzinnie, intymnie, uroczo, ale to nie miejsce do stałych prezentacji Colasa. Dlatego zamiast normalnego, niezłego teatru jednego aktora wszyscy chętni mogą usiąść przed telewizorami, gdy pokazywany jest kolejny odcinek “Plebanii”. Ponoć Górka (tak mówią ludzie - sam nie widziałem) gra tam jedną z głównych ról.
PS Miał być remanent, a więc w moim rozumieniu podsumowanie kilku przedstawień - nie wyszło. Colas Breugnon zajął mi za dużo miejsca. A więc na przykład “Tango” pozostanie do opisania kolejnych odcinku. Przed nami krótki tydzień, długi weekend. Powinienem znaleźć na to czas.
PS W moim hufcu coraz więcej osób interesuje się teatrem. Bardzo się cieszę.

Komentarze(4)