Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

June, 2010 w archiwum

To był wieczór

To był wieczór! Na scenie ogromne przejęcie widoczne na twarzach niezależnie od wieku biorących w występie udział. Ale tam obowiązuje profesjonalny uśmiech.
Widownia zapełniona do ostatniego miejsca i ręce jeszcze przed podniesieniem kurtyny przygotowane do burzliwych oklasków.
Bierzemy udział w dorocznym pokazie grup tanecznych skupionych w jednej z warszawskich szkół tańca. Czego nie można tam poćwiczyć! Jest taniec klasyczny (i wcale nie trzeba w tej grupie być dobrze umięśnioną, aczkolwiek wątłą panienką, jakie prezentują się na profesjonalnych scenach). Jest taniec brzucha (zawsze mi się wydawało, że taniec brzucha to zupełnie coś innego, niż zobaczyliśmy, ale ja się nie znam - i dobrze). Jest taniec towarzyski, grupa tańcząca jazz, inna to taniec z jakąś fabułką - nie wiem, jak ją nazwać.
Dziesiątki panienek, dziewcząt i kobiet. Same istoty prezentujące płeć piękną! Wśród chyba dwóch setek wykonawczyń trzech mężczyzn! Ich - chłopaków - to zupełnie nie interesuje! Rozumiem taniec brzucha zarezerwowany dla kobiet. Ale w innych grupach chłopców nie ma. No dobrze, ale ja się nie znam. Siedzę na widowni j zastanawiam się. Zwracać uwagę na wszelkie wpadki? A może cieszyć się z wykonawcami z ich sukcesów? Tylko jak się cieszyć, gdy widać ciężką pracę a nie widać lekkości i radości z zabawy, jaką zawsze jest taniec?
Na szczęście odrobinę (no, dwie odrobiny) luzu wprowadziły zapowiadające poszczególne występy organizatorki całej imprezy. Przebierały się, tańczyły, modulowały głos, były zabawne i rozśmieszały nas. Gdyby jeszcze te występy któraś z grup potraktowała tak samo! Ale nie - wysiłek i jeszcze raz wysiłek. Wszak oglądają nas mamy, babcie, przyjaciele i nieprzyjaciele. Trzeba być bezbłędnymi.
Nasza Ola (patrz życiorys na stronie rodzinnej) tarzała się po scenie znakomicie, maszerowała zza jednych kulis do drugich, machała głową do upadłego, ponoć nawet stojąc przed nami trzymała w ręku szklaną kulę. Nic o tym nie wiedzieliśmy, bo szkło jest przezroczyste i kuli widać nie było. No i jeszcze przebiegła się kilka razy po scenie wokół całej grupy. Ponoć miała już zadyszkę. Widać, że to ceniona tancerka, bo inne tylko maszerowały a Ola mogła być szybsza niż inne. Bardzo mi się to jej bieganie podobało, wiec gdy cała grupa skończyła miotanie się na scenie, klaskałem do upadłego. Pozostałe rodziny też.
Tak było. Większa grupa - silniejsze oklaski, mniejsza - słabsze.
Już nie mogę się doczekać występu za rok. Co Ola wtedy nam pokaże po kolejnym roku ciężkiej pracy?

Porozumienie

Dla mnie problem porozumienia zaczął się chyba w listopadzie ubiegłego roku. Jakoś tak zgadało się w GK, że przed Zjazdem ZHP byłoby właściwe spotkać się z Minister Edukacji Narodowej, porozmawiać o roli harcerstwa w szkole, spróbować troszkę odświeżyć nasze kontakty. Bo, nikt chyba tego nie kwestionuje, jeżeli bylibyśmy wspierani przez każdą szkołę, każdego dyrektora i radę pedagogiczną, nasza sytuacja jako organizacji ciągle zmniejszającej swą liczebność zdecydowanie by się zmieniła. Kłopot był trochę w tym, że pani Hallowa nie była nigdy w harcerstwie, ZHP było jej bardzo odległe, choć w minionych latach, gdy pracowała w Gdańsku a nasza Naczelniczka była tam komendantką hufca, drogi pań przecinały. Dlatego trudno powiedzieć, by sprawy harcerskiej pani Minister były całkiem nieznane.
No ale wówczas, samorządnie i niezależnie, pełen dobrej woli postanowiłem, że zaopiekuję się odświeżeniem porozumienia, które mieliśmy przed wielu laty (19.02.1997) podpisane z ówczesnym ministrem prof. Jerzym Wiatrem. Porozumienie nie było złe, ale stało się mocno nieaktualne, choć Karta Nauczyciela ta sama i ustawa o systemie oświaty też. I o porozumieniu tym Związek już całkiem zapomniał. Ministerstwo też.
Zaraz po grudniowym Zjeździe (pamiętamy wystąpienie Katarzyny Hall i miłe pod naszym adresem kierowane słowa z trybuny zjazdowej) zabraliśmy się do pracy. Z jednej strony tworzyliśmy zapis merytoryczne, z drugie strony ciągle myśleliśmy o terminie i miejscu podpisania nowego porozumienia. Dzień Myśli Braterskiej? Dzień Świętego Jerzego? 2 maja - Dzień Flagi? Czas płynął, terminy się zmieniały, a my rozpatrywaliśmy kolejne wersje dokumentu.
Problem był jeden - zasadniczy - ze strony MEN porozumienie było widziane jako ogólna deklaracja “Jesteście fajni, lubimy was”. My chcieliśmy, aby zapisy były bardzo konkretne, nawet pod koniec pracy padło zdanie: “Wszystko jedno, co, ale niech to będzie rozliczalne”. Bo my bardzo liczyliśmy na zapis rzeczowy, aby z porozumieniem w ręku móc rozmawiać z dyrektorem szkoły. Problem nie do rozwiązania. Bo jak zapisać, że dyrektor szkoły ma obowiązek zaliczyć instruktorowi, będącemu nauczycielem, prowadzenie przyszkolnej drużyny harcerskiej w ramach tak zwanych godzin z Karty Nauczyciela? Ma prawo (o czym wiedzieć powinien), ale obowiązku już nie - wszak drużyna nie jest częścią systemu szkolnego, nawet jeżeli do niej należą wyłącznie uczniowie danej szkoły. Dlatego Minister może mówić o tym na zjeździe ZHP (i mówi), może twierdzić, iż godzina “karciana” powinna być rozliczana, gdy nauczyciel jest drużynowym, ale nic więcej, co się okazało, zrobić nie może, na przykład nie może zapisać tego w porozumieniu.
Prace trwały długo, prawnicy ministerialni mieli wiele pracy. 23 maja, a więc prawie 99 lat po wydaniu przez Andrzeja Małkowskiego pierwszego rozkazu porozumienie zostało w Tczewie, w trakcie zakończenia rajdu “Rodło” podpisane.
Trochę w tym dokumencie jest mojej pracy, traktuję go więc bardzo osobiście. Będę o nim pisał, starał się interpretować. Najpierw w najbliższym czerwcowo-lipcowym numerze “Czuwaj”. A później w innych miejscach i w inny sposób. W nowym roku harcerskim pierwsze efekty porozumienia powinny być widoczne. Nie tylko w tych zapiskach.

Tango, czyli remanentu ciąg dalszy

Pisanie o inscenizacji “Tanga” bez porównywania z “tamtym” z Teatru Współczesnego byłoby niestosowne. Kiedy to było? Sto lat temu? Pięćdziesiąt? Najstarsi ludzie nie pamiętają. Gdy zastanawiam się dziś - już nie żartując, po kilkudziesięciu latach - co (poz treścią) z tamtego z tamtego przestawienia zapamiętałem, mogę chyba odpowiedzieć - aktorów. To było przedstawienie gwiazd polskiego teatru dramatycznego. Fijewski, Ludwiżanka (jak ona układała się na katafalku, jak ona prosiła, aby pozwolono jej z niego zejść, jak ona umierała - a przecież była to rola drugoplanowa), Michnikowski (Artur), Czechowicz, Pawlikowski…
Przyznam się - poczytałem przed napisaniem tego tekstu recenzje tamtego spektaklu z roku 1965. Entuzjastyczne (także, nie uwierzycie, w “Trybunie Ludu”). Tak, moja pamięć mnie nie zawodzi - to był spektakl gwiazd. Axer potrafił ze wszystkich wymusić, nawet na najsłabszych - wydawałoby się - Kossobudzkiej i Sołtysik - grę zespołową i solową. Może przede wszystkim solową. Każdy z aktorów grał swą najlepszą rolę w życiu. A dodajmy do finałowe tango, które do dziś brzmi mi w uszach. Bo brzmiało ono po zapadnięciu kurtyny, brzmiało w szatni, snuło się za nami po wyjściu w teatru.
Co zapamiętam z “Tanga” w Teatrze Narodowym? Chyba jednak formę. “Tango” to dramat o formie, zasadach, konwenansach. Bo czym jest koncepcja Edka jak nie nową (a właściwie starą, jak świat) formą. I dlatego z widowiska, jakie nam zaproponował Jarecki, zapamiętamy koncepcję zagospodarowania widowni-sceny w pierwszej (bałaganiarskiej) i drugiej (uporządkowanej) części. Pomysł bardzo dobry, trafiony, na scenie przy Wierzbowej mozliwy do zrealizowania.
A dalej? Dalej już nijak. Dobra gra zespołowa, nie zawsze trafnie dobrani aktorzy do swych ról (razi, jak bardzo razi niezły przecież na co dzień Englert jako wuj Eugeniusz - Eugeniusz grany jako zdeklasowany inteligent, dumny, spokojny, nie do przyjęcia antyteza Eugeniuszów z innych przedstawień). Odgrywają więc dość spokojnie, czasem ironicznie, z dystansem (ciekawy moment “robienia zdjęcia” rodzinie Stomila i widowni). Czemu jednak nie potrafimy przejąć się śmiercią Artura a także ładną sceną pomiatania - dosłownie - Arturem, zainteresować eksperymentem Stomila czy nawet, zawsze zabawną, sceną otwarcia drzwi, za którymi zamiast sceny morderstwa rozgrywana jest partia jakiejś gry w karty. No cóż dramat o formie musi przypominać Gombrowicza a nie Dostojewskiego. Tak wyszło.
Co by było, gdyby ktoś, co najlepsze wziął z Axera i z Jareckiego? Ale byłby eksperyment!