Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

November, 2010 w archiwum

W sieci, czyli zamotany w szkole

Któregoś wieczoru G. postanowiła sprawdzić, czy ja istnieję. Nie wystarczyło na mnie popatrzeć, wszak siedziałem na sąsiednim fotelu. G., zgodnie z zasadami dziś obowiązującymi, chciała zobaczyć, ile mnie jest w internecie. Bo przecież, jeżeli człowieka w internecie nie ma, to go nie ma wcale. Ja mogę być czystą imaginacją i moje istnienie wcale nie takie pewne. A jeśli by mnie nie było, to jak mógłbym kandydować w niedzielę na radnego?
Dlatego, idąc za jej ciosem, dokonałem także poszukiwań. Gdzie jestem? Co można o mnie poczytać?
Google. Wpisuję “Adam Czetwertyński”. Uff, co za ulga, 11500 razy gdzieś się znalazłem (z pełnym imieniem!). Co prawda na początku eksponowane są zapiski z bloga, ale poza tym i w innych sprawach trochę mnie Wielki Internetowy Brat zauważa.
Kto by się spodziewał, że bycie współautorem podręcznika dla szkoły podstawowej da tyle rekordów? Fakt. Sprzedają nas różne księgarnie. I wymieniany jestem na okrągło wraz z kilkoma osobami - między innymi z G., z wicedyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego, z żoną dziennikarza z “Gazety Wyborczej” oraz z jedną z ofiar katastrofy smoleńskiej. Jesteśmy bardzo oryginalnym zespołem osób o skrajnie rozbieżnych poglądach politycznych i równocześnie gronem piszącym jednolity podręcznik historyczny. Taka ciekawostka. Nikt z nami z tego powodu wywiadów nie prowadził.
Ale to nie jedyny mój “szkolny” zapis. Ot, w internecie wisi poradnik dla nauczycieli języka polskiego uczących na Wschodzie. I tego poradnika jestem redaktorem. Kto by się spodziewał, że zaistnieję w sieci również i z takiego błahego powodu?
A w “Naszej klasie”? Też jestem. Chciałem się tam dostać, ale nie pamiętam hasła a nasze klasy są bardzo ciekawe.
W internecie wiszą też jakieś moje scenariusze lekcji. Coś o babci, która ma opowiedzieć o dawnych czasach. Dlaczego ta babcia stała się tak popularna - pewnie przypadek, bo scenariuszy napisałem (za pieniądze) znacznie więcej.
Redagowałem też poradnik “Szkoły marzeń” - to bardzo dobry projekt Centrum Edukacji Obywatelskiej. Choć już historyczny. Byłem też współautorem publikacji, napisanej z inicjatywy Rzecznika Praw Obywatelskich “Zasadnicze cele polskiej edukacji”. Zaś ostatnio wydrukowano mój materiał w “Dyrektorze szkoły”. I redagowałem broszurkę o projektach edukacyjnych (to prawie dziesięć lat temu w Bibliotece “Prometeusza”). I napisano o mnie jako współpracowniku “Języków obcych w szkole”. (Niezbyt to był korzystny dla mnie komentarz, oj nie).
Stop. Ileż mojego życia szkolnego (bo są zapisy o moim uczeniu w Mickiewiczu) w internecie! Jak dobrze, że istnieję, oj, jak dobrze.

Adam i Adam

Mój imiennik Adam - pierwszy na naszej liście - zaskakuje. Bilbordy z kandydatem na prezydenta, ulotki z panią X i panią Y, reklama w gazecie. Tu wrzucane, tam wręczane. Na kładkach banery z nazwiskiem Adama. Dzielnica zaadamowana. I na dodatek sensownie. Żadnych śmieci, żadnych plakatów, które zaklejane są innymi plakatami. Albo plakatów wiszących w poniewierce z dorysowanymi wąsami.
A ja co? Rozdaję trochę skromnych ulotek. Ot, tak, dla zasady. Adam numer dwa. Tylko czy rzeczywiście jestem drugi?
Cała rzecz, że bycie drugim na liście nie świadczy o mojej słabszej wiedzy o mieście, umiejętności mówienia, argumentowania, braku koncepcji funkcjonowania w Radzie Warszawy. Ot, Adam Pierwszy jest działaczem partyjnym, ja zaś skromnym, niezbyt aktywnym szeregowym członkiem. Więc zupełnie zrozumiałe jest, że ja jestem drugi, a on pierwszy. Bo partia to partia.
Teraz wszystko w rękach wyborców (no, bardziej w ich długopisach). Może będzie jakaś większa grupa, która pomyśli, że ten drugi merytorycznie może być lepszy? Może ktoś pamięta mnie z harcerstwa, może ze szkoły podstawowej lub liceum, a może był moim uczniem też w naszej dzielnicy? Wszystko na Pradze Południe. Wiele osób mnie zna, słyszało o mnie. Mam więc szansę? Skromną, ale mam. Wybiera się jednak zazwyczaj tych pierwszych z listy. Szczególnie w wielkim mieście, gdzie jesteśmy anonimowi, ci na czele list mają największe szanse. Ale ponieważ wiele dla innych w życiu zrobiłem, moja sytuacja nie jest całkiem beznadziejna.
Aaa. Byłem przecież przez dwie kadencje radnym dzielnicy, byłem przed czterema laty radnym Warszawy. I chyba ta moja działalność jest najmniej znana. Ale taka rola radnego, który robił swoje, i nawet miał drobne sukcesy (bo radny sukcesów wielkich mieć nie może - tak jest). Kiedyś o tym napiszę.
W niedzielę wybory. Trzymajcie za mnie kciuki.

Winnica w domu partii

Co dzisiejszej młodzieży mówią słowa “Dom partii”? Podejrzewam, że nic. Czy to takie miejsce, w którym dyskutują PiS z PO? Nie, przecież podstawowa dyskusja odbywa się w Sejmie (jeżeli te słowne przepychanki nazwać można dyskusją). Czy dom partii to jakieś muzeum? No nie. Dziwna nazwa. Nic też nie mówi “Biały dom”, bo ten waszyngtoński to się jeszcze z czymś kojarzy, ale w Warszawie takiego nie ma.
Bliższe młodzieży jest pojęcie giełdy, choć prawdziwa giełda przeniosła się do sąsiedniego budynku, pozostawiając dzisiejsze centrum finansowe jako budynek mało znaczący na mapie Warszawy. Cóż, nie będę tłumaczył, że niegdyś to na rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich decydowano o losach Polski, że tu był mózg kraju (nie oceniajmy jakości tego mózgu, nie o to w tym felietonie chodzi). Tu rządził Polską I sekretarz PZPR.
To historia, dziś nasz zdegradowany Biały dom ma różnych lokatorów, ostatnio na parterze zagnieździł się salon Ferrari i, co mnie dziś interesuje, “La Bodega”. Dajmy spokój winnicy (no nie, co ja zrobię z tytułem felietonu?), zajmijmy się restauracją, przeniesioną tu z drugiej strony ulicy, z dawnego baru mlecznego o nazwie “Szwajcarski”. Powinienem teraz opisać ten bar, bo o nim tak jak o domu partii niedługo nikt pamiętać nie będzie.
“La Bodega”, miejsce drogie (drugie, podstawowe danie 40-60), nie na każdą kieszeń, acz miejsce wykwintne. Duża jasna przestrzeń, sporo stolików, czysto, niezła wentylacja (jeszcze niecałe dwa tygodnie i nie będzie warto pisać o dymie papierosowym, który odrzuca od wstępowania do niektórych lokali). Ponoć ma tu być hiszpańsko i europejsko zarazem. No jest, europejsko na pewno. I dość liczny tłum gości, i wszystkie stoliki zarezerwowane. Zadziwiające.
Jedzenie drogie, ale smaczne. Kotlet jagnięcy dobrze przyprawiony i wysmażony, z kostką. Ciekawie podane ziemniaki (w puree szczypior i zielony groszek) oraz marchewka. Ryba w soli rozbierana przy stole. Podobno w ustach się rozpływała.
Kelnerka miła, starająca się ogromnie i zupełnie niekompetentna. Czy jest w Warszawie miejsce, gdzie można wejść i na przykład dowiedzieć się od obsługi, co jest najsmaczniejsze, co polecają i dlaczego? I ile czasu trwa przygotowanie potrawy w kuchni? Cóż mi z tego, że przechodzący kelner rzuci w moją stronę, że ona (owa miła kelnerka) właśnie się uczy. Dlaczego w każdej restauracji ja jestem tym, na którym uczą się właśnie przyjęci wczoraj do pracy kelnerzy?
“La Bodega” to jednak przede wszystkim winiarnia, ale z długim menu. Niech nam działa w domu partii długo i szczęśliwie. Niech karmi zdrowo i smacznie. I niech dorobi się kompetentnych pracowników. Bo dobry szef kuchni to za mało.
No i jeszcze taki PS. Czy jeszcze tam zajrzę? Choćby na deser? Choćby na kawę? Tak, zdecydowanie tak.

Kadencje

Przeczytałem kilka frapujących tekstów. Harcerskich. Temat wlecze się od wielu lat. Temat albo pytanie: - Ile lat można z sukcesem pełnić w organizacji społecznej tę samą komendancką funkcję? - Odpowiedź wcale nie jest prosta, gdyż zmusza ona do tworzenia historii alternatywnej. Odpowiadania na pytanie, co by było, gdyby… Ot, co by było, gdyby mój komendant hufca nie pełnił swej funkcji lat dwadzieścia lub dwadzieścia pięć, tylko osiem. Co by było, gdybyśmy na komendanta hufca wybrali na początku lat 70-tych Grzesia Nowika? (Dla osób mało zorientowanych - Grzesio jest wybitnym historykiem harcerstwa, znakomitym szczepowym w naszym hufcu, dziś nadal aktywnym członkiem ZHR). A gdyby została naszą komendantką Danusia Rosner? (Kto nie zna Danusi, niech żałuje, dziś, już jako mocno starsza pani jest jednym z motorów kapituły Orderu Uśmiechu i potrafi tak pięknie mówić, jak Barbara Wachowicz, na dodatek pisze piosenki i śpiewa).
Ale mój komendant hufca pełnił swą funkcję lat dwadzieścia lub dwadzieścia pięć. I dopiero, gdy przestał być hufcowym, u nas się zakotłowało. Na szczęście mieliśmy wiele mocnych środowisk (i tych, które dziś są w ZHR, i tych, które pozostały w ZHP), przetrwaliśmy, ba, mamy się na terenie naszych dzielnic całkiem nieźle.
Ale fascynujące teksty, między innymi byłego naczelnika ZHP Wiesia Maślanki, skłaniają do refleksji. Bo pięć lat temu zjazd ZHP (zajmując się sprawą kadencyjności) zdecydował, iż ci komendanci chorągwi, którzy nieprzerwanie pełnią swą funkcję od roku 2000, mają zakończyć swą służbę na tej właśnie funkcji jesienią tego roku. Zjazd więc podjął decyzję, iż mogą oni być komendantami dziesięć lat, a więc dwie i pół kadencji (licząc je po cztery lata). A nasz znakomity Naczelny Sąd Harcerski wymyślił, iż uchwała zjazdu nie jest ważna. Tłumaczył pokrętnie, ale na to wyszło, iż komendanci chorągwi, którzy są już nimi lat 10, 15 czy 20, mogą kandydować na tę samą funkcję i tym razem.
O co chodzi? Bo kolejne zjazdy ZHP w tej sprawie wypowiadały się jednoznacznie. W chorągwiach potrzebna jest “świeża krew”. Musi ona być wprowadzana co osiem lat. Niech były komendant zostanie skarbnikiem, niech zostanie przewodniczącym rady chorągwi, niech kandyduje na funkcję naczelnika ZHP. Proste.
Tak mi się wydaje, że długoletni komendanci, niezależnie od tego, czy mają sukcesy, czy też ponoszą same klęski, nic już nowego nie wymyślą, nowych osiągnięć mieć nie będą. Przecież wiedzieli od pięciu lat, że ich kadencja właśnie za miesiąc czy dwa miesiące się kończy. Więc co, teraz zaproponują nową koncepcję pracy chorągwi? Nie mogli swych odkrywczych pomysłów wprowadzić w życie wcześniej? A jeżeli nic ma się w chorągwi nie zmieniać, to niech oddadzą ją w glorii i chwale, niech jako społeczni instruktorzy pilnują, aby nic z ich osiągnięć nie popsuto. Może, naprawdę może być w harcerstwie normalnie.