Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

April, 2011 w archiwum

Ściskam kciuki

Koniec. Trzy lata za nami. Jeszcze tylko jedna lekcja a później bawcie się sami - piszcie maturę, opowiadajcie, co chcecie, na ustnej. Ja mogę tylko kibicować i cieszyć się, jeśli zdobędziecie dużo punktów.
Trzy lata za nami. Nie, porozumieliśmy się w pełni. Niby wiecie, że lektury trzeba czytać, ale dlaczego korzystaliście ze streszczeń? Niby wiecie, że na lekcje należy przychodzić, ale dlaczego tyle razy byliście na wagarach?
Niby wiecie, że trzeba być punktualnym, ale…
Że warto chodzić do teatru… Że warto współpracować na lekcji… Że picie i jedzenie na lekcjach nie przystoi…
Nie, nie graliście przez te lata czysto. Powinniście też wyczuwać, że ja tę nieczystą grę widzę.
- No tak, ale pan tak uogólnia, a przecież każde z nas jest inne, nie można wrzucać nas do jednego worka. Przecież nie wszyscy to, nie wszyscy tamto…
Pewnie macie rację.
A. powinien mieć piątkę - nie chciał choć trochę się wykazać , ot, lekceważy sobie szkołę, jest ponad nią. Fatalny styl bycia, smutne perspektywy.
B. siebie nie przeskoczy - wszystkie lektury przeczytał i pewnie na maturze będzie miał minimalną liczbę punktów. Ale B. za pracowitość bardzo cenię.
C. się bardzo stara, jest jednym z lepszych uczniów w klasie. Odpowiedzialny, obowiązkowy. Gdyby jeszcze potrafił coś powiedzieć, co wymyślić samodzielnie.
Do D. miałem pretensję. Nie można tak lekceważyć przedmiotu, po prostu nie można. I nie można przy okazji lekceważyć mnie.
E. miał do mnie prośbę - Panie profesorze, oni uważają, że mnie pan wyróżnia. Ja tak nie chcę.
F. i G. mają potencjalnie ogromne możliwości. Inteligentni, łatwo się uczący. No tak, ale choć troszkę czasu powinni poświęcić językowi polskiemu…
H. zrobił ogromne postępy, potrafi zaproponować jakieś rozwiązanie, które nikomu do głowy by nie przyszło.
I. jest niezwykle sympatyczny. - Tak, panie profesorze, tej lektury (i tej drugiej, i tej trzeciej…) nie przeczytałem. Czy tylko na tym polegać ma sympatyczność ucznia?
J. był lepszy, ba, był bardzo dobry. I przerwał ze mną współpracę. Zakochał się, czy co? Przeszła mu chęć do nauki? Dlaczego?
K., L., M. i następne litery alfabetu. Każdy jednak inny.
Cóż, popatrzymy na efekty ich wysiłków. Już naprawdę niedługo.
Naprawdę będę ściskać kciuki.

Znajomi

Los chciał, że wczoraj przekładałem numery z jednego telefonu do drugiego. I ku mojemu największemu zdumieniu okazało się, iż liczba wpisanych numerów znacznie przekracza sto. Ponad stu znajomych, których chciałem wpisać do telefonu? A po co mi ich aż tylu?
Wtedy przypomniałem sobie największy sukces naszego zinformatyzowanego społeczeństwa - facebooka. No tak, mnie dziwi moich sto czy dwieście kontaktów telefonicznych a nie dziwi mnie 5 tysięcy znajomych pana M., który jest osobą w Warszawie ogólnie znaną lub 500 znajomych panny A., która żyje lat 16 i ma stosunkowo niewielki krąg osób, z którymi mogła w życiu się zetknąć.
Jak to jest? To ile naprawdę znamy osób? Z iloma jesteśmy się w stanie zaprzyjaźniać?
Muszę się przyznać. Gdy na facebooku liczba moich kontaktów przekroczyła sto, zacząłem ostrożnie “zaprzyjaźniać się” z kolejnymi osobami. Pewna liczba potencjalnych znajomych jakby przy okazji znalazła się w zamrażarce. jeżeli nie pamiętam ich twarzy, to co to za znajomi? Może mi się objawią w jakimś bezpośrednim kontakcie? Wtedy kliknę “tak”. W rzeczywistości jednak akceptuję teraz wszystkich, którzy chcieliby, abym czytywał ich głupotki lub sporadyczne moje głupotki chcą czytać. Sam ostrożnie, czasami, wysyłam zaproszenie. Bo te wielkie liczby przerażają mnie. Jednak znajomych mam już ponad 200. Wiem, to mało w porównaniu z panną A. Ale dla mnie i tak niewyobrażalnie dużo.
Na dodatek ciągle facebook podpowiada mi - może to jest twój znajomy? Masz z nim pięciu, dziesięciu, pięćdziesięciu wspólnych znajomych… Pokazują mi się więc osoby, które znać powinienem, bo są jakichś moich znajomych znajomymi. To szok, gdyż rzeczywiście to ogromna masa ludzi, z którymi w wiekszości już kiedyś miałem kontakt i których naprawdę znam. A gdyby dołączyć moich uczniów - ale by się działo. Więc co? Mam powiększać moją dwusetkę? Raczej nie. Poczekam. Jeśli ktoś zechce być moim znajomym - napisze (chyba, że się wstydzi - trudno, ale kilka maleństw się nie wstydziło). A ja dziś za bardzo rozpychać się w internecie i konkurować z panną A. nie będę. I tak jest tam wystarczająco śmiesznie. Naprawdę śmiesznie.

PS 1 Podejrzewam jednak, że za rok tych moich znajomych będzie co najmniej dwustu pięćdziesięciu.
PS 2 Wydaje mi się, że jest to temat, który warto kontynuować, bo fenomen facebooka zadziwia…
PS 3 Jedną osobę do tej pory usunąłem z grona znajomych. Nie muszę czytać słów ogólnie uznanych za nieparlamentarne.
PS 4 Strasznie przepraszam za wyłączenie komentarzy, ale gdy dziennie dostawałem sto spamów, wyrzucanie ich zajmowało mi strasznie dużo czasu. Niezależnie od tego, że treści ich (w części po rosyjsku) nie były zazwyczaj dość niemoralne. Ale może na próbę włączę komentarze, zobaczę, co z tego wyniknie. Na razie możecie pisać do mnie normalne maile a ja je po prostu na stronie podwieszę.

Na Burakowskiej

No nie, wszystkiego bym się spodziewał. Ulicą Burakowską kilka miesięcy temu szedłem po raz pierwszy w życiu. Starałem się znaleźć skrót do Arkadii. Tak okropnego miejsca dawno nie widziałem. Niby centrum stolicy, z jednej strony salon miasta - owa Arkadia, z drugiej też miejsce wyjątkowe, ale o innym charakterze - Cmentarz Powązkowski. W pobliżu eleganckie bloki ulicy Piaskowej, w tym nasza komenda chorągwi. Powiedziałem sobie za poetą “ulicą Burakowską nie chodź, moja miła”. (Ta parafraza to po to, aby pokazać, że nie tylko p. K. zna klasyków).
No i co? Wchodzimy wczoraj w podwórze widząc jakieś okropne magazyny oraz reklamy i znajdujemy się w innym świecie. Świecie nieco jak z bajki. Może tę bajkowość zwielokrotniło ostre wiosenne słońce?
Drzwi, sklep. - Bardzo proszę, może Państwo coś sobie wybiorą? - zasłonecznieni Państwo wchodzą do małego sklepu z wykwintnymi alkoholami utworzonymi przede wszystkim na bazie win. Nie, dziękujemy, oliwy też nie są nam potrzebne. Za rogiem sushi. Panienka biegnie z pałeczkami, chce nam rozłożyć nakrycia na świeżym powietrzu. O, są sery. W sklepie z serami można zjeść coś na ciepło, można wypić kawę. Jakie sery? Francuskie? Włoskie? Brytyjskie? Wina do serów? Nie dziękujemy. To może małą kawę, taką, jak we Włoszech.
Przebiega M. - To wasze ulubione miejsce? - pobiegła. Jakie ulubione? Co ja o nim wiem? Nic - piję tylko kawę.
Wyposażenie mieszkań. Ubrania męskie. Wyposażenie mieszkań. No nie, tyle wokół ładnych przedmiotów i nic nie kupić? To może serwetki żółte okrutnie? A może płytę z jakimiś pozytywnymi melodiami okrutnie drogą? A może poduszkę dla P.? A może zapachy do łazienki, pokoju, przedpokoju? Śliczne buteleczki i dziesiątki różnych woni. To jaka będzie ta nasza? Morska? Jak z podróży? Wiosenna? Nie, nie pamiętam. Buteleczkę mamy, w niej patyczki - pachną ślicznie.
Wreszcie miejsce, główny cel kilkudziesięciu osób. Niby wine bar, ale w rzeczywistości bardzo przyzwoita restauracja. Bardzo. I choć o jedzeniu dziś tu nie będzie, to ten felietonik znalazł się w dziale “kuchnia”, bo nie z powodu sera, nowej koszuli, lampki na stół czy butelki wina warto tu przyjść. Warto przyjść z powodu kuchni, o czym być może kiedyś napiszę.

Malinowski i jego dzicy

Liczba tematów, problemów, spraw rośnie, a ja jak panisko siedzę sobie, kawę piję i na stronę raz w miesiącu wrzucam jakiś felieton - po prostu wstyd. Kiedyś pisałem codziennie. A teraz? Wstydzę się więc i zabieram do pisania, choć kawę pić będę nadal. To o czym dziś - tak na rozgrzewkę? Może jakiś drobny temacik kulturalny?
Hitem ostatnich dni w Warszawie jest “Życie seksualne dzikich” wystawione przez Teatr Nowy w kolejnej hali - tym razem nie w odległym Ursusie, lecz w centrum miasta. Na sali tłum i jeszcze trochę tłumu. Oj, jak ciasno…
Tak, to hit, bo czego (choćby pozornie) tam nie ma: tytuł z Malinowskiego (zresztą trochę tekstów też), i dzicy, i życie seksualne. Potencjalny widz wyobraża sobie wielką puszczę na scenie, Tarzana i całe mnóstwo bezeceństwa. Hit, bo gdy poczytamy recenzje, dowiemy się, że aktorzy grają nago i na dodatek jeden pan (ten Bronisław Malinowski) zmusza dwójkę aktorów (to znaczy bohaterów - tych “dzikich”), aby uprawiali miłość na oczach publiczności (fakt, w płytkim baseniku z wodą). Hit, bo jak to ostatnio bywa część akcji pokazywana jest w formie prezentacji wideo, a moda ma to do siebie, że widz lubi, by mu modnie widowisko zaprezentować. Hit, bo poszła fama, że nasz słynny antropolog był przy okazji (czy też bez okazji) rasistą i to, co pisał “oficjalnie” zupełnie nie ma związku z tym, co pisał “nieoficjalnie”. I jeszcze znani (choćby częściowo) aktorzy, i jeszcze obiecujący (ponoć) reżyser. Uff. Wystarczy.
Hit będzie hitem. tak mu zapisano. Ale już tu i ówdzie można przeczytać, czy to, co oglądamy (owszem, dość przejmujące), jest przedstawieniem teatralnym czy instalacją. I dużą liczbą ciekawskich gadżetów, pomysłami oddziałującymi na nasz wzrok bardziej niż słuch. Bo dzikich Malinowskiego tam raczej nie było. Tkwiliśmy we współczesności z jej problemami i dylematami, z niemożliwością porozumienia się, z jak (tak, tak) aseksualnością. Cóż z tego, że opowiedziano nam o kanibalizmie “dzikich”, cóż z tego, że Witkacy opuszcza Malinowskiego po scenie nieudanej miłości dwóch panów. I dowiadujemy się, iż “dzicy” wymierają, bo u nich (no właśnie) z życiem seksualnym jest coś nie tak.
Oglądamy oddychający kawałek sufitu, oglądamy ów basenik lub kawałek ściany zamalowywanej na czarno (czy tam można było zobaczyć jakiegoś zwierza?). Widzimy znakomicie rzucane cienie na ścianie. Albo ów basen, wykorzystywany nie tylko do miłości. Dużo, bardzo dużo przejmujących obrazów i teść, która staje się jakaś mało znacząca.
Na ale może tak musi być. Nie nie protestuję. To też jest teatr.