Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

May, 2011 w archiwum

Po maturze

Trudne zadanie - napisać prawdę i nie złamać reguł, jakie mnie obowiązują. A nie mam prawa wynosić na zewnątrz z komisji maturalnych (czy to tej dotyczącej matury pisemnej, czy tej od prezentacji ustnych) ani jednej opinii. Bo co by było, gdybym zdradził, jak kto maturę zdawał. Więc będzie prawdziwie, ale nieco zmodyfikowane…
Pytają mnie znajomi z nadzieją w głosie, chcąc, abym poparł ich tezę: - Prawda, że poziom maturzystów jest coraz niższy? - No nie - odpowiadam. - Są słabsi i lepsi uczniowie. Są słabsze i lepsze szkoły. Czasami w paczce, którą dostaje egzaminator do sprawdzenia, znajduje się połowa prac bardzo słabych. Ale to nie świadczy o poziomie tegorocznych maturzystów. Miałem w tym roku szkołę (nie wiemy, z jakiej szkoły prace sprawdzamy), gdzie w paczce (to taka szara koperta, w której zakleja się prace w szkołach) nie miałem ani jednego słabego wypracowania. I to też o niczym nie świadczy. Tylko ze te lepsze wypracowania są zazwyczaj bardzo długie. Sprawdza się je z przyjemnością, ale ile to trwa czasu!
Co mnie zdumiewa na maturach ustnych? Najpierw fakt, że nie przechodzi moda na wykucie na pamięć piętnastominutowej prezentacji. Czy nie można nam wszystkiego ładnie opowiedzieć? Biedny maturzysta martwi się, aby nie zapomnieć tekstu, jak aktor na scenie. Jednemu się udaje, innemu nie za bardzo. I patrzymy na delikwenta, który się jąka, poci, a gdy jest panienką, na dodatek ma łzy w oczach. Współczuję “kujonom”. Zda, ale jak się zestresuje!
I znów okazało się, że można wpisać do bibliografii prezentacji jakieś lektury, których się nie czytało (lub zupełnie nie pamięta, na jedno wychodzi). Prezentacja dotyczy “Pana Tadeusza”? Po co znać tekst? Mówimy o “Lalce”? Czy nie wystarczy wiedzieć, kim jest Wokulski? Jeszcze jakieś pytanie o Rzeckiego? A ten Konrad? To w jakiej celi on siedział? W Paryżu czy w Londynie? Bo uczeń wie, że w celi. I wystarczy.
I te jakieś powiązania lektur z prawdziwym życiem, z ulicami miasta, z wydarzeniami historycznymi. Belweder? Gdzie jest Belweder? A Arsenał? A kino Skarpa? A Dom Partii? Getto warszawskie? No, było w Warszawie. A gdzie? Gdzie popełnił samobójstwo Anielewicz? A więzienie przy Rakowieckiej? Tak, nawet gdy lektury są znane, przeczytane, zrozumiane, przeanalizowane, okazuje się, że ich akcja toczy się jakby na księżycu. No i rozbrajająca odpowiedź na pytanie, czy przepytywany maturzysta był na przedstawieniu teatralnym, o którego treści właśnie mówi: - Nie, bo jak klasa była, to ja byłem chory.
Na maturze pisemnej analiza wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, gdzie w snach podmiot liryczy wraca do ukochanego Krakowa. Czytam wypracowanie: “Autorka pisze o swym ukochanym mieście Warszawie”. Może maturzysta nie zna innego poza Warszawą miasta? Może w głowie mu się mieści, że można poza Warszawą kochać inne miasto?
No i opowieści o Justynie z “Granicy” - istne cuda. Raz przerwie ciążę, innym razem nie. Czasem wychowuje swoje dziecko (jeszcze na szczęście nie przeczytałem o wychowywaniu nienarodzonego dziecka), czasem wychowuje dziecko Elżbiety. Do wyboru, do koloru. No i historia z samobójstwem Zenona. Nie mógł dłużej żyć, bo miał zniszczoną twarz przez Justynę. Czasem jest niewidomy, czasem ma wyrzuty sumienia, bo strzelał do robotników (i popełnił samobójstwo). Pomieszanie prawdy z banialukami. Nie czytamy lektur, oj, nie czytamy…
Matura, matura i po maturze. Ponad 80 wysłuchanych prezentacji, 40 przeczytanych matur pisemnych. Koniec. Do spotkania za rok.

PS Bardzo przepraszam, że wyłączyłem komentarze. Ale dostawałem dziennie koło stu spamów. Usuwanie ich było bardzo kłopotliwe. Jednak, jeżeli ktoś chce, może napisać maila i ja go podwieszę na końcu felietonu.

Mój Ulubiony Bank

Mój Ulubiony Bank (MUB) żartuje sobie ze mną a mnie wcale nie jest do żartów. MUB chce mnie naciąć na 75 złotych oraz 30 złotych opłaty dodatkowej, co świadczy o tym, że MUB chce zrezygnować z dalszej współpracy ze mną. Opuszczę więc (z żalem) MUB. W efekcie MUB straci klienta. Czy o to chodzi?
Co się stało? Wczoraj odebrałem przesyłkę poleconą nadaną przez MUB. Otwieram kopertę i myślę “dostałem zaproszenie na bankiet z okazji 15 rocznicy pracy banku”, “chcą mi zaproponować specjalną, bardzo korzystną lokatę”, bo jak inaczej bank ulubiony ma być moim ulubionym, jeżeli nie będzie dbał o klientów (czyli mnie), troszczył się o nich, dopieszczał i chwalił?
Czytam jednak list z MUB i oczom nie wierzę. Świat stanął na głowie! Dostaję od Bardzo Ważnego Działu MUB ostatnie i ostateczne już ostrzeżenie - jak Pan, panie A.C., nie wpłaci na nasze konto 75 złotych, to Pana zlicytujemy, oddamy do sądu, komornika i ogłosimy osobą nieodpowiedzialną. I Pan, panie A.C., ma na to 14 dni, żeby nam nasze (twierdzi MUB) 75 złotych oddać.
Nic nie rozumiem. Spociłem się z wrażenia. Przecież od MUB nie pożyczałem 75 złotych! Przecież płacę za moje konto, za moją kartę, za wszystko, co MUB chce. Dlaczego więc teraz mam płacić jakieś pieniądze bankowi? I ten komornik nad moją głową. Oj, niedobrze. Trzeba to wyjaśnić.
Próby kontaktu telefonicznego spełzły na niczym. W centrali nikt nie odbiera, w oddziale nikt nie odbiera, infolinia jest niekompetentna i mnie spławia, doradcy finansowi telefonów nie odbierają a jedna pani, która przypadkiem wzięła słuchawkę do ręki (”Dzwoniło na biurku kolegi…), i tak mi nie pomoże.
Cóż, jadę do MUB. Moich 75 złotych nie daruję! I jeszcze 30 zł za wysłanie mi ostatniego i ostatecznego ostrzeżenia (nie, nie myślcie, że były jakieś wcześniejsze - po prostu MUB przysyła ostatnie i ostateczne, straszy i przeraża, bo myśli, że mu wszystko wolno).
W oddziale przerażenie. Nie byłem pierwszy. Pani K. wyjaśnia: - Proszę Pana, Pan ma u nas konto dolarowe, kiedyś to konto nic nie kosztowało, ale od jakiegoś czasu trzeba płacić za nie 5 złotych miesięcznie. Przysłaliśmy nowe wysokości opłat. A Pan (to znaczy ja) nie płaci. I zebrało się 75 złotych.
Piękna sprawa. Na koncie nie ma ani grosza. Nigdy nie było! Konto jest tylko numerem, o którym nie pamiętałem, że go mam. Ot, pewnie kiedyś któraś z pań w okienku zaproponowała mi “Mamy takie bezpłatne konta walutowe, niech Pan sobie założy”. I pewnie nie miała świadomości, że moje “tak” doprowadzi do ewidentnego nadużycia ze strony banku.
Bo gdybym dostawał wyciągi (bo pewnie za nie płacę, to znaczy nie płacę, ale zdaniem MUB płacić powinienem), to bym wiedział, że muszę natychmiast fikcyjne konto zlikwidować. Gdyby pani doradczyni finansowa z MUB zadzwoniła do mnie (a numer telefonu ma) i powiedziała, że nie płacę, konto bym zlikwidował. Gdybym po kwartale niepłacenia dostał ostrzeżenie, że jestem winien bankowi jakieś pieniądze, uczyniłbym to samo - konta by nie było. Fakt, też nie chciałbym zapłacić ani grosza, ale droczylibyśmy się z MUB o inną sumę. A tu bystry MUB, mając mnie za naiwniaka (i słusznie) czeka dwa lata, zbiera sobie większą sumę (całe 75 złotych) i łupie mnie pismem z komunikatem, że mnie zlicytuje.
Zastanawiam się, czy dla banku klient to człowiek, czy numer konta. Gdyby w MUB traktowano mnie jak człowieka, do tego incydentu by nie doszło. Przecież ktoś popatrzyłby na wszystkie moje konta i stwierdziłby, że nie opłaca się z powodu 75 (plus 30) złotych tracić mnie i moich złożonych w banku środków. Ale dla MUB jestem numerem i dlatego nasze drogi prawdopodobnie się rozejdą. Szkoda.

Adam, czyli mróweczka

Godz. 10.52. Mróweczka wsiada do autobusu 521. Piękna pogoda. Piękna perspektywa. W autobusie pusto, na ulicach pusto, na jezdniach też. Mróweczka cieszy się życiem.
Godz. 11.00. Jakiś kretyn w niebieskim busiku zajeżdża drogę naszemu autobusowi. Na pustej jezdni chce być staranowany. Kierowca ostro hamuje. Mróweczka z zainteresowaniem wsłuchuje się w charakterystyczne “bum”.
Godz. 11.01. Mróweczka niespodziewanie znajduje się trzy metry dalej, niż o 11.00, zdecydowanie bliżej kierowcy. Po chwili nad mróweczką pojawia się G. - Nie wstawaj, nie wstawaj! - Choćby chciała, i tak mróweczka nie wstanie. Obserwuje: plecak jest, okulary poleciały w świat, ale wróciły w zupełnie dobrym stanie, prawe ucho miazga, kapie z niego dookoła. Ale nic nie połamane. Nie jest źle.
Godz. 11.05. Wszyscy się uspokajają - zdrowi idą sobie, mróweczka siada na podłodze, kierowca zdziwiony ogląda brak przedniej szyby autobusu. Kolejno pojawiają się: dwie studentki medycyny (Polki z Norwegii), które widzą wypadek przez okno i zbiegają, aby nieść nam pomoc (nie spisują naszych danych), pan inspektor z Zakładów Komunikacyjnych (spisuje nasze dane), dwaj panowie policjanci (spisują nasze dane), panowie w karetce (nie tylko nas spisują, ale jeszcze się nami zajmują). Jedziemy - mróweczka i jeszcze dwóch poszkodowanych - do szpitala na Lindleya - na oko dwieście metrów. Tam jeszcze raz albo dwa razy nas spiszą. Dobrze mieć ze sobą dowód osobisty.
Godz. 11.25. Mróweczka leży na leżance w izbie przyjęć i czeka, aby ktoś się nią zajął. Przychodzi pani pielęgniarka i mierzy ciśnienie. Czy 160/80 to nie za dużo? Normalnie górna to 125. Można umyć ręce, takie nieco zakrwawione. Tylko jak na glinianych nogach dojść do umywalki?
Godz. 11.40. Przychodzi pani doktór. Uzgadniamy, że ani Ona, ani ja nie chcemy tam być. W szpitalu. Żebra w porządku, nogi w porządku, serce wspaniale pracuje. Mróweczka jednak dostała w główkę, prawie nie chodzi. Nie jest łatwo być mróweczką.
Godz. 12.10. Mróweczka jedzie karetką do innego pawilonu na tomografię komputerową. Wsuwają jej głowę do rury i każą zamknąć oczy. Potem wysuwają, i znów wsuwają… Okazuje się, że komputer nie współpracuje. Więc trzeba mróweczkę wsuwać i wysuwać. Czemu nie?
Godz. 13.00. Początek znoszenia jajka. Nic się nie dzieje. Czekamy. A w szpitalu nie ma laryngologa, który rozwalone ucho zszyje. Po prostu nie ma.
Godz. 13.30. Jajko mróweczka znosi dalej. Nic się nie dzieje.
Godz. 14.00. Dlaczego nie ma wyników tomografii? Ale jest całkiem odkrywczy pomysł - zostanę zawieziony do szpitala w Międzylesiu, tam jest laryngolog, to mróweczce zszyje uszko.
Godz. 14.30. Dlaczego nie ma wyników tomografii?
Godz. 15.00. Tym i owym mróweczka przekazuje informację, że dostała w główkę i w uszko.
Godz. 16.00. Wreszcie jest wynik badań. Trzeba iść na chirurgię szczękową. Bo szczęka nieco uszkodzona.
Godz. 16.30 (ale pada!). Pan doktor od zniszczonych szczęk zajmie się moim uchem! Co za ulga.
Godz. 17.00. Ale boli! Trzeba znieczulić to koszmarne ucho. Jeden zastrzyk, drugi, trzeci… Jeden szew, drugi, trzeci, czwarty… Czwarty zastrzyk, piąty. Dwudziesty szew, dwudziesty pierwszy, dwudziesty drugi… Przy okazji z panem doktorem prowadzimy miłą konwersację.
Godz. 17.40. No i już po wszystkim. Pomalować ucho na brązowo, zrobić piękną opaskę na głowę, wziąć papiery. Umówić się na kolejne spotkanie.
Godz. 18. 00. Mróweczka zamawia taksówkę. Uff! Siedem godzin w szpitalu.
Godz. 18.15 (w taksówce). Czy ten felieton nie powinien nosić tytułu “Jak ćwiczyć cierpliwość?”.

No i po ślubie, no i po weselu (2)

Usłyszałem: - A przecież i to może być ciekawe, i tamto… Najpierw zacząłem dopisywać kolejne fragmenty do poprzedniego tekstu. Ale właściwie dlaczego ma nie powstać suplement? Poczytajcie.
Błogosławieństwo
Zanim Młodzi pojadą do kościoła, w domu Panny Młodej odbywa się ważna uroczystość. Błogosławieństwo. Każdy z rodziców mówi kilka (w miarę rozsądnych) zdań na dalszą drogę życia. Cztery krótkie gawędy. Całkiem nieźle tym razem powiedziane. No i mamuśki przełykające łzy i z łamiącym się głosem. A tatuśkowie z lekkim z dystansem. Było pysznie.
Podarunki
A od parafii M. i P. dostali Biblię. Piękny podarunek. Zaś od księdza proboszcza dwa różańce. Z prośbą, by codziennie odmówili dziesięć “zdrowasiek”. Dziesięć On - w Jej intencji. Dziesięć Ona - w Jego intencji. Ciężkie zadanie na całe życie. Może tak cały różaniec, ale tylko raz w tygodniu? Może byłoby łatwiej?
Dla schroniska
Bardzo mi się pomysł Młodych. Poprosili, aby zamiast stosów martwych kwiatów (bo ścięte już są martwe) wraz z życzeniami wręczano im skromne dary dla schroniska dla bezdomnych zwierząt. Karmę, stare koce, ale także pieniądze. Dla Celestynowa każda suma się liczy.
Prawie się nie różnią
W datach urodzenia różnica dwóch dni. Tu siostra i tam siostra. Tu niezła uczennica i tam niezły uczeń. Wymyślili pokaz zdjęć “równoległych”. W wanience (tacy dwutygodniowi), w czasie pierwszej komunii, w plenerze… Gdzieś u Niej więcej sportu. U Niego harcerstwo. Ale życiorysy jakieś symetryczne. Chyba nie tylko na zdjęciach.
Aaaa. Pod koniec pokazu zdjęcia były już wspólne. I bardzo kolorowe.
Poranne śniadanie
A raniutko śniadanie. Z Młodymi w roli głównej, ale i z niespodzianką. Dostaliśmy w prezencie dużo jedzenia. Jakaś zupa, drugie dania, ciasta, wyroby garmażeryjne, owoce. Ile tego z wesela zostało! Brał, kto chciał. To oczywiście przemiły pan Ostrowski (patrz odcinek 1) popakował nam wszystko i obu rodzinom przekazał. Oj, jak dobrze…
Wycieczka kolejowa
Z Warszawy do Katowic wybrała się pokaźna wycieczka. Nie piszę tu o tych, którzy przyjechali samochodami, lecz pociągami. W jedną stronę TLK, a więc ciasno na korytarzach (my mamy zarezerwowane trzy przedziały) , w drugą stronę IC. Nadzwyczajna podróż. Wagon jak z marzenia. Tylko toalety w nim zepsute. Trzeba iść do następnego wagonu. Co? Do następnego? W następnym toalety zepsute. Ale w trzecim czynne. Dobrze, ze nie musieliśmy iść do dziesiątego wagonu. Oj, nie podoba mi się spółka IC.

No i po ślubie, no i po weselu

Najpierw ślub
M. i P. (patrz zakładka “O mnie, Rodzina”) planowali go od dawna. Nie będę opisywał szczegółów. 30 kwietnia znaleźliśmy się w jednym z katowickich kościołów, by mogli oni zawrzeć, połączyć się, przyrzec itd.
Co za ulga. Normalny ksiądz, nie marudzący na tematy różne. Panna młoda nie potknęła się na swych wysokich obcasach. Jeden fotograf, nieprzeszkadzający wypowiadaniu formułek i niezasłaniający całego ceremoniału. Schola śpiewa poprawnie. Marsz Mendelsona brzmi w odpowiednim momencie. Jest dobrze.
Na tacę
Pierwszy raz zetknąłem się z tym obyczajem. W pewnym momencie duża część obecnych w kościele wstaje i podchodzi do ołtarza, tam wrzucając do koszyka pieniądze. Nie ma księdza, który zbiera na tacę, nie ma drepczącej po kościele zakonnicy mamroczącej do każdego wrzucającego jakąś monetę “Bóg zapłać”. Doskonały pomysł. I podobno na Śląsku powszechny.
Pogoda
Będzie padać? Nie będzie? Trochę pada. Ale nie w tych najważniejszych momentach. Na przykład gdy młodzi przyjmują życzenia. Jakoś się wtedy rozpogadza. Ileż jest uzależnione od pogody! Wyobrażacie sobie Pannę Młodą w trakcie rzęsistej ulewy?
Bramy
O bramach słyszę od dawna. Będą bramy? Nie będzie? Na pewno ktoś wybuduje! Dla dzieci cukierki, dla dorosłych trzeba mieć zapas wódki. Z obyczajem stawiania bram - ja, człowiek z Warszawy, nigdy się nie zetknąłem. Byłem ciekaw, jak to naprawdę wygląda. I co? I nic. Nie zauważyłem bram! A była brama sąsiadek, była ministrantów. Nic to, jeszcze na jakimś ślubie będę.
Suknia
To, jak wygląda Panna Młoda, jest ważnym problemem dla całej rodziny (i dla nie samej też). Już widziałem śliczne dziewczyny, które w czasie ślubu wyglądały brzydko. I takie do tej pory nieco zaniedbane, z których suknia na ślubie robiła księżniczki. M. wyglądała dobrze i swej sukni (co ważne) też dobrze się czuła. Super.
U Ostrowskich
Sala weselna (jeżeli o niej nie pisałem, to jeszcze napiszę odrębny tekst). Taka (zbudowana trochę jak sala koncertowa, trochę jak teatralna, trochę jak - no właśnie - weselna), że chciałoby się jeszcze raz tam być na weselu. No i pan Ostrowski. Właściciel, który zrobi wszystko, by jego goście byli zadowoleni. Jeżeli mieszkacie na Śląsku, w Zagłębiu - organizujcie imprezy u Ostrowskich!
Toast
Tak, wiedziałem, że mam wznieść toast. Ba, byłem przygotowany. Tylko sądziłem, że będzie to jeden z toastów przy stole. Może wygłoszony jako drugi, może jako trzeci. A tu po wejściu Młodych do Ostrowskich z kieliszkiem szampana w ręku mam wygłosić toast - jedyny i niepowtarzalny. Wodzirej zapowiada i ja mówię! Szok. Pewnie nie tylko dla mnie.
Toast cz. 2
O czym mówiłem? O trwałości uczuć i o trwałości ich związku. Bo łatwo być zakochanym, gdy się jest młodym. I obiecywać, że się nie opuści aż do śmierci. Czasem trudniej rzeczywiście tego słowa dotrzymać. Dlatego w toaście było o tym, że nie jest ważne, jak się (życie rodzinne) zaczyna - ważne jest, jak się kończy. Proste.
Bukiet i muszka
Są jakieś obowiązkowe weselne obrzędy. Ten z rzucaniem bukietu (pannom) i muszki (kawalerom) chyba jest najważniejszy. Czy M. rzeczywiście będzie pierwszą, która zmieni swój panieński status? Nie jestem pewny. Jeszcze ponad rok studiów, jeszcze pełne usamodzielnienie. Nie, nie jestem pewny. Chyba że jakiś męski Bułgar wpadnie M. w oko (a ona jemu). W przypadku J. sytuacja jest inna. Długo już jest z A. Dorośli już do sformalizowania swego związku. Może muszka tu pomoże?
Polonez i nie tylko
Zaczęliśmy polonezem. Później taniec młodych. Opracowany, z figurami… Ćwiczony od dwóch miesięcy. I kolejne melodie. R., który trochę na weselach i na muzyce się zna, powiedział, że melodie są zupełnie dobrze dobrane. Muszę mu wierzyć.
Chusta Klanzy
Nigdy bym się nie spodziewał, że chusta Klanzy wykorzystywana jest na weselach! Stają na przykład goście w kółeczku a na chuście podrzucane jakieś dziecko. Dziecko jest szczęśliwe, goście są szczęśliwi. Rozmawiam o tym z P. Mówi: - Przecież na weselu zabawy są takie, jak w gromadzie zuchów. Przed chwilą był przecież “pociąg”. - Pewnie P. ma rację.
I jeszcze
Nie, nie będę wymieniał kolejnych tematów, które można podjąć, sumując ślub i wesele. W każdym razie: - Wszystkiego najlepszego M. i P.!!!