Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

August, 2011 w archiwum

Wszyscy cenią i lubią harcerstwo

Czy rzeczywiście kogoś w Polsce trzeba przekonywać, iż nie ma lepszej drogi niż wychowanie metodą harcerską? Teoretycznie – nie. Wszyscy to wiemy, niezależnie od tego, czy patrzymy na dawne, te opisane w literaturze lata przedwojenne i okupacyjne, czy na te późniejsze, w Polsce Ludowej. O tych dawnych latach powstały dzieła historyczne. Szare Szeregi na stałe wpisały się w historię naszego państwa, „Kamienie na szaniec” są lekturą szkolną. O Rudym, Zośce, Alku wie każde polskie dziecko. Ale coraz częściej spotykamy ludzi, często z pierwszych stron gazet, biznesmenów, dziennikarzy, polityków, ludzi wszelkich profesji, ale także tych, którzy na pierwsze strony gazet nie trafią, na przykład nauczycieli – którzy mówią: - To moje harcerstwo w tych nieciekawych czasach PRL-u bardzo dużo mi dało, ono rzeczywiście mnie wychowało. – Bo jest to faktem, pokolenie dzisiejszych pięćdziesięciolatków należało do ZHP. I z ówczesnych zbiórek, rajdów czy obozów wyniosło wiele dobrego.

Tak, to teoria, ale w praktyce „wśród przyjaciół psy zająca zjadły”. Bo cóż z tego, że społeczeństwo jest przekonane, że to świetny ruch, że dobrze, aby dzieci bawiły się i pracowały w harcerstwie, jeżeli z tego przekonania niewiele wynika. Od dwudziestu lat harcerstwo (całe harcerstwo, łącznie z innymi, mniejszymi od ZHP organizacjami) zmniejsza swe oddziaływanie na młodzież. Ilu jest dziś wszystkich harcerzy w Polsce? Na pewno nie więcej niż 140-150 tysięcy. A jakie są potrzeby? Skromne licząc, około pół miliona. Gdyby cały ruch liczył 500 tysięcy członków, byłaby szansa, by w każdej szkole podstawowej była jedna gromada zuchowa i jedna drużyna, a w każdym gimnazjum – drużyna. Jest szansa, by w okolicy, w dostępnej dla młodego człowieka odległości było środowisko harcerskie.

Czy więc warto zacząć walczyć o rozwój ZHP? Wróćmy do celów organizacji. Na przykład czy jest lepszy program profilaktyczny dla wszystkich dzieci, by żyły radośnie (harcerz jest zawsze pogodny – zapisano w Prawie Harcerskim), współpracując w zespole, podejmując wyzwania na miarę własnego wieku, autentycznie się wychowując? Nie, wydaje się, iż nie ma dziś lepszej metody (korzystają z niej zresztą różne grupy, realizujące podobne do harcerstwa cele). A czy warto walczyć o rozwój Nieprzetartego Szlaku – ruchu wewnątrz ZHP, w którym skupione są dzieci specjalnej troski? I te niedostosowane społecznie, i te opóźnione w rozwoju? Czy jest dla nich lepsza metoda socjalizacji, niż przynależność do harcerstwa?

Harcerstwo jednak się kurczy - strategie oraz plany rozwoju nic tu nie dały. Nie dają też ogóle wyrazy sympatii przekazywane organizacjom harcerskim od lat. Protektorami ZHP byli prezydenci Wałęsa i Kwaśniewski, wszystkie najważniejsze w kraju organizacje harcerskie objął swym protektoratem prezydent Kaczyński. Latem 2010 roku na wielkim zlocie ZHP, zorganizowanym z okazji 100-lecia ruchu, premier Donald Tusk powiedział, że o ile piękniejszy byłby świat, gdybyśmy wszyscy byli harcerzami. Przyjacielem harcerstwa jest prezydent Bronisław Komorowski - były instruktor harcerski, który w ZHP poznał swą żonę Annę (instruktorkę!). Harcerstwo ma przyjaciół.

PS Powyższy tekst jest drugą częścią artykułu napisanego do “Nowej szkoły”. Niestety artykuł ten nie zostanie opublikowany.
PS 2 Wymowa powyższego tekstu jest dość pesymistyczna. Wszyscy nam pomagają i nic z tego nie wynika. To rzeczywistość. Ale mamy szanse, naprawdę mamy. I na ten temat znajdą się w tym miejscu kolejne felietony. Bo ja rzeczywiście jestem optymistą.

Z panią Minister

19 sierpnia 2011 r., ośrodek szkoleniowo-wypoczynkowy ZHP „Perkoz” nad jeziorem Pluszne w okolicach Olsztynka. Na półwyspie, na którym w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku harcerze wybudowali swą bazę, biwakuje około siedmiuset młodszych i starszych instruktorów Związku. Niektórzy z nich tak naprawdę instruktorami jeszcze nie są, zdobywają swój pierwszy stopień. Ale są wśród nich także babcie i dziadkowie – grupa doświadczonych harcmistrzów, którzy wierni słowom Przyrzeczenia Harcerskiego harcerzami będą na serio do końca życia. Trwa II Zlot Kadry Związku Harcerstwa Polskiego, na który składają się różne obozy – od kursu dla nauczycielek i kleryków do zlotu drużynowych zuchowych.

W jednym z namiotów (z widokiem na jezioro) trwa burzliwa dyskusja – to instruktorzy harcerscy z naczelniczką ZHP hm. Małgorzatą Sinicą usiłują wydobyć od minister Katarzyny Hall ważne oświadczenie. Chcieliby, by uznała, iż Związek, przed wojną organizacja wyższej użyteczności, musi w Polsce w aktualnej sytuacji społeczno-politycznej być inaczej finansowany niż to ma miejsce dziś, że należy mu się specjalne miejsce wśród organizacji pozarządowych – i to nie tyle ze względu na tradycje, ile na rolę, jaką dziś pełni w państwie. Przewodniczący ZHP - senator, profesor, harcmistrz – Adam Massalski przypomina, że Związek niegdyś w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego miał na etatach swoich inspektorów, otrzymywał od państwa środki na swą działalność.

Dyskusja trwa. Nie ma, zdaniem instruktorów harcerskich, takiej instytucji, która by obok rodziny i szkoły tak wszechstronnie wychowywała młode pokolenie Polaków. Są organizacje wyspecjalizowane (sportowe, charytatywne, związane z danym regionem kraju, kulturą, historią, pracujące na rzecz dzieci chorych lub niedostosowanych społecznie), ale takich, jak harcerstwo, które dba o wychowanie fizyczne, intelektualne, duchowe, rozwija wielokierunkowo na dodatek wymagając od swych członków postępowania zgodnie z Prawem i Przyrzeczeniem (pełnienia służby Bogu, Ojczyźnie, bliźnim) – nie. Zadać można pytanie, czy ktoś lepiej niż harcerstwo krzewi uczucia patriotyczne? Albo uczy pracować w zespole?

Cóż, pani Minister nie może obiecać harcerzom, że będą inaczej traktowani, niż inne organizacje pozarządowe. Z jednej strony widzi rolę organizacji, ale powtarza: - Prawo w Polsce jest prawem. Musimy go przestrzegać. Jesteście dobrzy, ale traktować Was inaczej państwo nie może. – Wtedy, jakby harcerze to zaplanowali, z nieba lunęło. Niebo płakało nad losem harcerzy? A może ten deszcz miał pokazać, że harcerze dadzą sobie radę w każdej sytuacji? I rzęsisty deszcz im niestraszny?

PS Powyższy tekst jest fragmentem artykułu przygotowanego do miesięcznika “Nowa Szkoła”.

1 sierpnia. Powązki Wojskowe

Miesiąc temu, w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, w czasie uroczystości na wojskowym Cmentarzu Powązkowskim miały miejsce (nie po raz pierwszy w tym miejscu i w tym czasie) nieobyczajne zachowania części zgromadzonych tam osób. Zamiast w powadze i ciszy oddać hołd poległym w Powstaniu, wyrażali swoje opinie na temat polityków, którzy przyszli złożyć kwiaty, zadumać się nad historią Polski, może pomodlić za dusze powstańców.

Nieobyczajne zachowanie to tak buczenie na widok jednych osób, jak i wyrażanie swego entuzjazmu na widok innych. To, co się dzieje na Powązkach, świadczy o pogłębiającym się procesie dziczenia polskiego społeczeństwa czy też tej części, która (o zgrozo, nazywają oni siebie prawdziwymi Polakami-patriotami) nie rozumie, czym jest oddanie czci bohaterom. Walka polityczna przybiera monstrualne rozmiary, więc przenosi się także na cmentarz. Polskie piekło na cmentarzu. No tak - cmentarz do piekła pasuje, ale dlaczego zamieszani są do tego zmarli i żyjący powstańcy?

Z tą historią łączy się jeszcze jeden wątek. Pewien bardzo szanowany przeze mnie instruktor harcerski zaapelował, byśmy my - Związek Harcerstwa Polskiego - bojkotowali te uroczystości patriotyczne, gdzie harcerze mogą się spotkać z takimi niewłaściwymi zachowaniami ludzi dorosłych. Wszak dorośli którzy powinni być dla młodzieży wzorem, a tu, okazuje się, demoralizują ją.

Nie, druhu A., naszą rolą jest uczenie, pokazywanie, tłumaczenie, pobudzanie uczuć, kształtowanie itd. My powinniśmy być dumni, że wystawiamy poczet sztandarowy, że nasza reprezentacja jest uczestnikiem ważnych wydarzeń. Bojkot czy głośny protest nie przyniosą żadnego efektu. Przecież my tych buczących (tak ich nazywajmy, nieistotne, jakie wydają dźwięki) i tak niczego nie nauczymy. Nie będziemy uczyć dorosłych, którzy wszystko wiedzą najlepiej! Nie, druhu A., my będziemy tak wychowywać naszych harcerzy, by na cmentarzu, niezależnie od tego, kogo tam zobaczą, zachowywali się z godnością. Taka musi być nasz harcerska odpowiedź - protest przeciw buczącym.

Z Chopinem w Europie

Przyznaję się bez bicia - prostak ze mnie muzyczny. Jeżeli mam słuchać oryginalnych współcześnie połączonych dźwięków i utworu klasycznego, dobrze mi znanego - wybiorę to drugie rozwiązanie. Dlatego sierpniowy festiwal chopinowski z chopinowską Europą jest wymyślony jakby dla mnie. Nie tylko dla mnie. Strasznie się zdziwiłem, gdy w piątkowy wieczór zobaczyłem pełną salę filharmonii. Bo cóż to nadzwyczajnego. Dwa koncerty fortepianowe, dwie młode niezłe pianistki i Sinfonia Varsovia pod batutą Jacka Kasprzyka. A sala szczęśliwych, zasłuchanych melomanów pełna. Takich jak ja są setki. Co za ulga.
Niektórzy jednak takie festiwale traktują poważnie. To wielka impreza muzyczna. Dlatego znawcy będą się znęcać nad obiema pianistkami. Że ciężko, topornie, że pretensjonalnie, że orkiestra lepsza, że dyrygent bardziej zwracał uwagę na orkiestrę niż na dziewczyny. A one strasznie się męczyły. Że bisy lepsze od koncertów.
Ale Chopin jest Chopinem a Brahms Brahmsem. Więc siedziałem na widowni i było mi miło. I słuchałem nie zważając, że czasem orkiestra zagłusza fortepian. Było miło, i to jest najważniejsze.
Najlepsza jest jednak przerwa. Zawsze zastanawiam się, kogo bardziej lub mniej znajomego spotkam. Bo świat jest taki malutki. Ot, w jednej z kolejek (a takie w filharmonii są), stoi pani dr G. Pani jest, jak ja, fanką Saskiej Kępy. Właśnie znów do naszego małego miasteczka wraca. Tylko jej córka (pisze o Starowieyskim) wyprowadziła się na drugą stronę Wisły. Nie rozumiem. Ale od dawna jest dziwaczką. Pani prof. K. jakoś nie jest skłonna do rozmowy. Nie to, co pani P. Syn za granicą, niedługo urodzi się mu drugie dziecko, które do końca życia będziemy nazywać Turkiem. Ale urodzi się w tamtym ciekawym świecie. Należy mu, to znaczy synowi pani P., zazdrościć. Gdzieś przed nami pan dyrektor z ministerstwa, dalej pani z Biura Kultury, dalej pan redaktor… Może oni też lubią, jak ja, takie proste, jasne brzmienia?

W Buffo

Najpierw była to (pamiętam ją z lat siedemdziesiątych minionego wieku) stołówka Głównej Kwatery ZHP. Wszechwładny pan Rozen siedział przy swoim podeście z bloczkami w ręku i sprzedawał nam po 9,50 obiady pracownicze. Tłum kłębił się przed wejściem przed 13.00, bo tego najatrakcyjniejszego dania mogło zabraknąć i człowiek był skazany na jedzenie czegoś gorszego. Niektórzy mieli znajomości i te lepsze dania były dla nich odkładane, ech, łza się w oku kręci.
Później przyszły złe czasy - ajencyjne. Coś tam było sprzedawane, coś było gotowane, nikt tam na niski parter GK nie zachodził - lokal był pusty, głuchy i smutny.
Aż kiedyś, fakt, już dawno temu, naszą stołówkę przerobiono na restaurację, którą podreperowywali sobie kasę właściciele Teatru Buffo. Jej szefem kuchni był kucharz nad kucharzami Maciej Kuroń. Młody Kuroń już nie żyje, szefowie kuchni się zmieniali, ale restauracja trwa i ma się zupełnie dobrze.
Po pierwsze nieźle karmi. Zupy przecierane, w sałatkach dobre dresingi, warzywa lekko sparzone, nigdy nie są papką, jak w innych restauracjach. Dobrze przygotowane mięso, w sezonie kurki, trzy smaczne desery. Karta niezbyt długa, ale wszystko, co dostajemy na talerzu, jest smaczne i ładnie podane.
Po drugie ceny mieszczą się w średniej warszawskiej. Od najtańszego mielonego (to jedno z moich ulubionych dań) po kilkudziesięciozłotowe bardziej wykwintne dania.
Po trzecie miejsce - blisko Sejmu, w centrum Warszawy, a jednak na uboczu. Spotkać więc tu można postacie z pierwszych stron gazet, które uciekły z restauracji sejmowej, ale także gości pobliskiego hotelu Sheraton, w którym obiady są znacznie droższe a wcale nie smaczniejsze.
Po czwarte - niektórzy pamiętają, że to była restauracja Kuronia i nadal ją “U Kuronia” nazywają. Sentyment robi swoje. Warto pójść do miejsca dobrze znanego, usiąść na twardych krzesłach i mieć pewność, że dostanie się na pewno dobrze lub bardzo dobrze przyrządzone danie.
Tylko także tu, jak w wielu warszawskich restauracjach, rotacja kelnerów jest ogromna. Na dodatek duża część z nich jest słaba, po prostu bardzo słaba. Gdyby nie ten fakt, bywałbym tam znacznie, znacznie częściej. Ale i tak jest to miejsce, które można polecić - odwiedzajcie restaurację Teatru Buffo!

Next Page »