Adam Czetwertyński » 2011 » September

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

September, 2011 w archiwum

Gdy czas się zatrzymał

Dostałem list z Hufca R. Niby nic nadzwyczajnego, listy z różnych hufców czasami otrzymuję. Takie typowe - z zaproszeniem na apel, święto, rocznicę, kominek, zlot albo wręczenie sztandaru. Ten też był typowy, nawet całkiem typowy, bo, jak to u nas bywa, dostałem owo zaproszenie już po odbyciu się owego ważnego dla środowiska wydarzenia. Cóż, poczta u nas nierychliwa, choć nie jest to czas przedświąteczny, ale to może jej wina. A może wina druhów, którzy zaproszenia rozsyłali w ostatniej chwili. Norma ogólnopolska. Temat do tej pory nie wart felietonu.
A jednak coś mnie poruszyło. Był to adres, a właściwie tytuł, jaki pojawił się na kopercie przed moim nazwiskiem. Otóż zostałem przez Druhów z Hufca R. oficjalnie nazwany Redaktorem Naczelnym “Czuwaj”. Tak, ja wiem, są w Związku instruktorzy, którzy pamiętają mnie na tej funkcji. Są nawet tacy, którzy na harcerskich imprezach podchodzą i mówią: - Ty dla mnie zawsze pozostaniesz naczelnym, bo później to już pismo tak zmarniało…. - Ja się kryguję, uśmiecham i bronię dobrego imienia Grzesia Całka, który naczelnym został za czasów naczelnika Wiesława Maślanki, ponoć (jak ten czas leci) ponad osiem lat temu. Wyleciałem wówczas z małym hukiem, potem, po pewnych zawirowaniach, wszedłem do kolegium redakcyjnego, dziś mogę powiedzieć, że jestem w “Czuwaj” numerem 3 (po Grzesiu i jego zastępczyni Misi), redaguję wszystkie teksty, robię korektę. Ale nie jestem naczelnym! Jest nim Grzegorz! Jest to napisane w każdym numerze naszego instruktorskiego miesięcznika! Od ośmiu (powtórzę) lat!
W Hufcu R. czas się zatrzymał. Po druhu Maślance naczelniczką była hm. Teresa Hernik, od jakiegoś czasu jest hm. Małgorzata Sinica. Kawał życia Związku, opisywanego w “Czuwaj”. Nie, nie wierzę, abym w Hufcu R. miał fanów, którzy nie przyjęli do wiadomości zmiany naczelnego. Po prostu w Hufcu R. nikt nie czyta “Czuwaj”. W jakim świecie ci druhowie żyją? Tamtym, sprzed lat? Zamknęli się w swojej skorupce, coś tam robią i od czasu do czasu organizują po staremu święto, uroczystość, składanie kwiatów, rocznicę lub wręczenie? Jakiż to musi być dziwny ich świat, w którym ja nadal urzęduję przy Konopnickiej 6 w pokoju nr 130.
Tak, w R. świat się jakby zatrzymał, ale nie tylko tam. Ostatnio pewien druh (sam będąc członkiem KSI) przekonywał mnie, że system stopni instruktorskich sprzed dwudziestu lat i ten aktualnie wprowadzany prawie się nie różnią, że to przecież takie same wymagania na stopień przewodnika. I każdy instruktor w stopniu harcmistrza może bez problemów, bez warsztatów czy szkolenia wejść jako członek do komisji stopni i doskonale sobie na tej funkcji poradzi. No, umie czytać, to sobie wszystko doczyta. Nie zgadzam się z tym poglądem. Jeżeli jest to instruktor żyjący problemami organizacji, to pewnie tak. Ale jeżeli (o właśnie!) pamięta, że ja jestem naczelnym “Czuwaj”, to jednak we właściwym szkoleniu wziąć udział musi. Bo przez kilka lat sobie czegoś nie poczytał, a czas płynie, ciągle płynie. Nieprawda, że zatrzymał się w którymkolwiek hufcu. Dziś mamy drugą połowę września roku 2011. Druhowie, przenieście się (mentalnie) do naszych czasów.

Iluzje

Kibicuję Mistrzowi Słobodziankowi. Dużemu człowiekowi ze znakomitymi pomysłami. Kibicowałem na Olesińskiej, kibicuję jako dyrektorowi Teatru Na Woli. Zachwyciłem się “Naszą klasą” (choć trudno przy tym przedstawieniu mówić o zachwycie, tak mocny tekst przejmuje, wzrusza, wymaga refleksji). Z wielką nadzieją szedłem więc na premierę “Iluzji” . Wszak autor tego dramatu - Iwan Wyrypajew został okrzyczany najzdolniejszym współczesnym dramaturgiem rosyjskim, wszak zakochany jest w Polsce i u nas pracuje, ma żonę-Polkę, Karolinę Gruszkę, cenioną, dobrą aktorkę.
Zapowiedzi przed premierą były też interesujące. Agnieszka Glińska jest bardzo dobrym reżyserem, czwórkę aktorów wybrała nienajgorszych (wśród nich naszą szkolną uczennicę - Dominiczkę Ostałowską). Czego chcieć więcej? Tekst, reżyser, aktorzy - sukces w garści.
I co? Ano okazało się, że nie pistolet nie wypalił. I trudno powiedzieć, dlaczego.
Dramat to kolejne opowieści o umieraniu, o tym, kto w tym czworokącie kogo lubił, kochał, a kto komu był obojętny. I powiedzmy - całkiem niezłe niezłe opowieści. Przewidywalne, ale zaciekawiające.
Siedzimy na widowni. Aktorzy wypowiadają swoje monologi (bo z monologów składa się ten dramat), czasem mówią bezbłędnie, czasem zaczynają tekst sztukować. To długie kwestie, a brak dialogów jest utrudnieniem dla aktorów. Mówią oni jednak rzeczy ciekawe a publiczność się nudzi. Dlaczego? Bo przedstawienie statyczne? Bo brakuje ruchu na scenie i typowych dialogów? Bo bohaterowie wszyscy są mili, rozumieją innych, wybaczają? Bo tak sobie umierają bez większych kłopotów? Nie wiem.
Posłuchałem, popatrzyłem, wyszedłem z teatru. Wrócę tam na coś lepszego. Zapowiadał się hit. A wyszło jak zwykle. Szkoda, ogromna szkoda…

Sieroty

W Powszechnym “Sieroty”. Po spektaklu (dwie godziny bez przerwy) człowiek na róg Zielenieckiej i Zamojskiego wychodzi skołowany. Przed nim ogromny koszyk Stadionu Narodowego, wokół autobusy i tramwaje a tam zostawiliśmy trójkę bohaterów w sytuacji bez wyjścia.
On nr 1 - brat i morderca. On nr 2 - człowiek, który chciałby żyć normalnie, zamykając się w obrębie swej małej stabilizacji. Ona - siostra nr. 1 i żona nr. 2. Wyrwała się ze świata ludzi niechcianych, ludzi wychowywanych w domach dziecka czy rodzinach zastępczych. Bo ta para to sieroty. Tak, Ona z bratem powinni trzymać się razem. Dlatego bardzo chce mu pomagać. Robi, co może, lecz jest po wielu latach już zmęczona, marzy jej się ów zwykły dom, spokojny, normalny, z wieczorami przy świecach, z dobrym jedzeniem i winem. Mamy trójkąt, w którym dobro miesza się ze złem, marzenia z rzeczywistością. Wszak za rogiem jakieś dzieciaki mogą rzucić się na każdego z nich, pobić go i skopać. Ileż w tym trójkącie może się wydarzyć! A wszystko na granicy jawy i jakiegoś koszmarnego snu, w który On nr 2 został wplątany, którego On nr 1 jest głównym bohaterem. Kolejne sceny wydobywają coraz gorszą, obrzydliwą prawdę. Tekst może mało odkrywczy, ale to “samo życie”. Takie bywają sieroty.
Zastanawiam się jednak, dlaczego reżyser uważa, że emocje wyrażać można tylko krzykiem? No, krzykiem połączonym z machaniem rękami, robieniem min albo siedzeniem nieruchomo. Gdzie próby wytonowania uczuć, gdzie nerwy, które człowiek w sobie dusi, gdzie jest cząstka normalności, która jednak w każdym z nas tkwi, w sierotach też. Ten krzyk i ta ekspresja jest tak sztuczna, że przez pierwsze pół godziny widz współczuje aktorom, że muszą się tak męczyć. I nie świadczy to dobrze o spektaklu, że nie mogę się skupić na akcji, przeżywać dylematy bohaterów, być w teatrze wewnątrz niego, lecz na zewnątrz.
Bo, nie ma potrzeby ukrywać, takie życiowe teksty zmuszają nas do refleksji - jak my postąpilibyśmy w danej sytuacji, czy zadzwoniłbym na policję, gdyby ktoś z rodziny był zagrożony, czy tak ekstremalna sytuacja doprowadziłaby mnie do myśli, że moja żona powinna przerwać ciążę. Chciałem skupić się na akcji a ten krzyk zmuszał mnie do zastanawiania się, czy w butelce jest sok jabłkowy czy winogronowy. Absurd.
Na szczęście aktorzy po pół godzinie zmęczyli się i akcja toczyła się na scenie tak, że można było przedstawienie oglądać. Dlatego, gdy zazwyczaj piszę, że tekst był słaby, to tutaj mogę zapytać: - Czy nie mieliście w teatrze lepszego reżysera?

Zjeść w Arkadii

Pisałem już. Trudno być w galerii handlowej i nie pójść na kawę lub na lunch. Kawiarnie to sieciówki, miłe, ale niczego oryginalnego w nich znaleźć nie można. (Chyba że zaczepi cię panienka zza lady: - Panie profesorze, pamięta mnie pan? - Pan na szczęście pamiętał). Zestawione obok siebie bary szybkiej obsługi z setką stolików - znów schemat. Dlatego w poszczególnych galeriach trzeba szukać jakiegoś oryginalnego miejsca. Jakaś polska kuchnia nie powiązana z innymi lokalami funkcjonującymi pod podobnymi nazwami, jakiś włoska restauracja, czasem niemiecka.
Albo francuska. Tę w “Arkadii” obserwuję od dłuższego czasu. Od początku powstała jako lokal z daniami znad Sekwany, albo choć Francją inspirowanymi. Jakieś sery, jakieś kiełbaski, grill. Tak, od początku na środku sali postawiono grill, gdzie przygotowuje się mięsa w różnym wydaniu. I od początku serwowano pieczone ziemniaki.
Tam kiedyś poszliśmy z G. Ale już zdążyłem jeść tam obiad z M. i z L. Bywam w dzisiejszej “Courtepaille”, bo życie wymusza, bym był czasem w “Arkadii”. Nie, nie ma już jakichś francuskich kiełbasek, do których kelnerka przed laty mnie zniechęcała. (”Proszę pana, one śmierdzą”). Nie ma tych prawdziwych serów. Nie ma innych paryskich specjałów. Ale jest dobra kuchnia z grilla. Naprawdę dobra. Lubię patrzeć, jak z zaplecza wyłania się pan kucharz, który wrzuca na ruszt mój kawałek mięsa. I w odpowiednim momencie go zdejmuje. Nawet hamburger (z czystego mięsa) smakuje. Do tego mięsa można sobie wziąć dowolnie dużo dodatków. I wszystkie są dobre. No nie, do jednego się zniechęciłem. To, co było lokalu specjalnością, dwukrotnie było tego lokalu wpadką - pieczone ziemniaki. Jakieś przemrożone, jakieś przebarwione. Cóż z tego, że dostaję ogromnego kartacza (pamiętacie “O krasnoludkach…” Konopnickiej?). Kartacza nie do przełknięcia. Dlatego tym razem do mojej ulubionej piersi kurczaka po hawajsku (nie, nic nadzwyczajnego) wziąłem zapiekane ziemniaki.
Tam gdzieś za ścianą setki rodaków wsuwają setki fasf foodów, a my spokojnie w ładnym lokalu jemy smacznie, troszkę jak we Francji, a bardziej to kuchnia fusion. I nic nie szkodzi. Niech sobie będzie kuchnia z grillem w roli głównej.
W “Arkadii” - wiem nadal. gdzie jeść.

Zimy żal

Urodziny G. Czy nie jest to dobra okazja, by posłuchać piosenek z Kabaretu Starszych Panów? Kto nie lubi uniwersalnych tekstów Przybory i pięknych melodii Wasowskiego? Kto nie lubi Machalicy, Zamachowskiego i Magdy Umer? Właściwie od Umer należałoby zacząć. Bo to ona bawi nas, sama bawiąc się słowem, budując narrację, opowiadając o starusieńkim przedstawieniu, które zostało odkopane, przewietrzone i wystawione w formie, jak nam powiedziała, skrótowej. Siedzimy, śmiejemy się ze znanych tekstów, słuchamy kabaretowych melodii - cudowna atmosfera na sali. Tylko od czasu do czasu przychodzi skojarzenie - to śpiewał Michnikowski, to sami Starsi Panowie, a tamtą piosenkę przecież śpiewała Kalina Jędrusik. Lepiej? Gorzej? Na pewno nieco inaczej.
Pod koniec recitalu Magda Umer mówi: - Ta piosenka powinna być uczona w szkołach. Powinna być hymnem polskich uczniów. - Ma rację, to nadal piękny tekst i po latach nadal aktualny. “Już czas na sen”. Przypomnijmy, nie są w tym miejscu częste cytaty: “Dobranoc, dobranoc Ojczyzno, już księżyc na czarnej lśni tacy. Dobranoc i niech ci się przyśnią pogodni, zamożni Polacy. Że luźnym zdążają tramwajem wytworną konfekcją okryci i darzą uśmiechem się wzajem i wszyscy do czysta wymyci, i wszyscy uczciwi od rana, od morza po góry aż hen… Dobranoc, Ojczyzno kochana… Już czas na sen…”.
Polacy mają być zamożni, pogodni i czyści. Czyści fizycznie, ale także psychicznie. Mają jeździć luźnymi tramwajami i być estetycznie ubrani. Czy to nie piękna Polska, nie piękne marzenie? Marzenie sprzed lat, jeszcze z PRL-u, dziś ciągle jest świeżutkie. Świat się zmienia, a nasze marzenia pozostają…
Ponoć na podstawie tego tekstu została opracowana znakomita lekcja a nawet cykl lekcji dla uczniów liceum. Przecież jeszcze jest zwrotka mężczyzny skierowana do niewiasty oraz owej dziewczyny, która zwraca się do mężczyzny. Ileż wątków i problemów!
Kameralne, nastrojowe, zabawne widowisko. Piosenki “żeńskie” śpiewane jako “męskie”, seks powielany w różnych tekstach. Raz śpiewa Julia marząc o swoim Romeo, za chwilę Romeo marzy o Julii. Pan kocha pana, panowie idą na grzyby, Magda Umer wszystkich tłumaczy, objaśnia, zapowiada poszczególne występy. Warto pójść na “Zimy żal”. Trzeba lubić starszych panów - ale czy ktoś ich nie lubi?

Next Page »