Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

November, 2011 w archiwum

Miłe zjazdowe dni, czyli notatki pisane na kolanie

Zbliżający się zjazd Związku (nadzwyczajny, jak wiemy, i to nadzwyczajny z trzech powodów) jawi mi się jako sympatyczne spotkanie znajomych instruktorów, którzy nie widzieli się dwa lata i z ogromną przyjemnością porozmawiają sobie o harcerstwie w kuluarach lub w trakcie spożywania posiłków. W czasie tych rozmów krytykować będą innych a pokazywać siebie w jak najlepszym świetle. Opowiedzą, jak ogromnie zależy im na dobrym działaniu organizacji, chorągwi, hufców i drużyn. Ich opowieści nie będą się różnić od tych, które słyszeliśmy przed dwoma czy czterema laty. To dobrze? To źle? Nie, to nasza normalność. Nie może być inaczej, gdyż nasz Związek nie zmienił się od tego czasu. I sytuacja prawna chorągwi niewiele tu zmieniła.
To, co dziać się będzie na sali obrad, może od rozmów kuluarowych być dla wszystkich zebranych mniej znaczące. Dlaczego? Uważam, że materiały, jakie w ostatnim czasie wypracowaliśmy na zjazd nadzwyczajny, są marniutkie i nie są w stanie wzbudzić zbyt wielkiego zainteresowania delegatów. No, może sobie skrytykują oni jakiś odlotowy nowy projekt statutu. Skrytykują, odrzucą. I wrócą do rozmów w kuluarach.
Czy rzeczywiście warto było uruchamiać całą machinę zjazdową, by dwustu lub trzystu instruktorów sympatycznie spędziło czas? Na zdrowy chłopski rozum - nie. Cóż z tego, że mamy pomysły na nową strategię, na nową koncepcję programową i propozycje zmian w statucie. Czy to są pomysły na nasze współczesne, nowoczesne w harcerstwie? Czy uchwały te będą w jakikolwiek bodźcami (że użyję mało popularnego słowa) dla nas wszystkich do lepszego działania? Czy rzeczywiście po zjeździe drużynowy znajdujący się w centrum uwagi będzie przez całą kadrę uważany za oczko w głowie? Czy dzięki temu, iż ów drużynowy w centrum uwagi będzie, cały Związek będzie rósł w siłę a drużyny funkcjonować będą coraz bardziej dostatnio?
Hmmm.
A więc jak? Pogadamy, delegaci nacisną odpowiedni przycisk (tak, tak, po raz drugi głosowanie na zjeździe ZHP będzie nowoczesne - elektroniczne) i znajdziemy się po zjeździe w starej rzeczywistości, tym samym świecie, w którym pracować będziemy tak samo, jak poprzednio.
Wszystkie propozycje statutowo-strategiczno-programowe są, powtórzę, słabiutkie. Nikt mnie nie przekona, iż wielkość konsultacji przekłada się na jakość dokumentów. Projekt dokumentu musi być nie tylko prosty, ale i wewnętrznie spójny, a tego naszym propozycjom brakuje. I na zjeździe nikt tych materiałów nie będzie w stanie przerobić na dobre, autentycznie dobre uchwały.
Patrzę na mój hufiec, na hufce okoliczne i nasze harcerskie oczko w głowie - Hufiec Podtatrzański. I tak sobie myślę, że nasza przyszłość zależy od dwóch czynników. Po pierwsze od szalonych, zapalonych, zaangażowanych liderów. Od ludzi, którzy konsekwentnie będą realizować plany rozwoju organizacji, ludzi (znów mało modne słowo) z charyzmą. Wezmą się tacy do pracy - harcerstwo będzie się rozwijać. Nie będzie takich - harcerstwo umrze.
Po drugie ci ludzie muszą szkolić. Szkolić wszystkich: zastępowych, przybocznych, drużynowych. Szukać kandydatów na kadrę wśród uczniów szkół ponadgimnazjalnych, wśród nauczycieli, rodziców, byłych harcerzy, studentów itd., itd. No i później z nimi pracować.
Bo wszystko, co uchwali zjazd, może nawet i w pojedynczych miejscach słuszne, nic nie da, jeżeli zabraknie nam liderów, jeżeli nie będziemy szkolić.
Więc życzę zjazdowi miłych dni, spędzonych w Warszawie. Ale przyszłość harcerstwa od naszego zjazdu, twierdzę, niewiele zależy.
PS Tekst ten prawdopodobnie po redakcyjnych obróbkach ukaże się w listopadowym numerze “Czuwaj”.

Gala pięćdziesięciolecia (i nie tylko)

Trudno powiedzieć, czy to radosna rocznica. Ale, jak wiadomo, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A my dostaliśmy pięćdziesiąt lat temu odgórne polecenie: - Łączyć się. - Proletariusze się łączyli, dlaczego nie miały się łączyć hufce ZHP? Miały powstać wielkie, silne, wielotysięczne jednostki. Ponoć stwierdzono, że takim kilkutysięcznym hufcem kieruje się łatwiej niż na przykład tysięcznym. Nie wierzycie? Naprawdę. Bo przecież jeden był komitet dzielnicowy naszej partii-opiekunki. I wydział oświaty, i rada narodowa… Po co władza miałaby współpracować z kilkoma hufcami, gdy mogła z jednym. Więc było niby łatwiej.
No i z Saskiej Kępy (i Grochowa, Anina, Falenicy a później jeszcze Rembertowa) narodziła się potężna Praga-Południe. Dlaczego tak piszę? Bo w rzeczywistości do nas (Saskiej Kępy) dołączano inne hufca. Żeby było śmieszniej - najpierw Anin i Falenicę, a później, do takiego hufca - przyłączono Grochów, wtedy już znacznie mniejszy od nas. Ale to historia - taka sprzed pięćdziesięciu lat. A refleksja? W tamtych czasach od instruktorów harcerskich takie decyzje nie zależały. To nad nami były siły, które decydowały. I tyle.
Bardzo się staraliśmy zintegrować. Te pierwsze kadrowe zimowiska na przełomie 1961 i 1962 roku. Na Głodówce - dh Stefan (Saska Kępa), opiekujący się instruktorami harcerskimi, w Murzasichlu dh Michał (Falenica) z harcerzami starszymi (dziś zwanymi wędrownikami) i w Poroninie dh. Miecia (Grochów) z zuchami. Oj, jakich wtedy mieliśmy przeciętnych instruktorów zuchowych! Nieco czasu musiało upłynąć, by namiestnictwo zuchowe (tak, tak “Praskich świerszczy”) zostało jednym z lepszych w Polsce.
Ale jakoś poleciało, jakoś się scaliło. Zostaliśmy jednym hufcem.
19 listopada zorganizowaliśmy galę - kominek z okazji 50-lecia hufca. Przyszło nas ponad 250 osób. Starych i młodych. Tych, którzy chcieli przypomnieć sobie dawne dzieje i tych, którzy czegoś o tamtych czasach chcieli się dowiedzieć. Tych, dla których gala była przyjemnością i tych, którzy zawsze krytyczni i tym razem także musieli sobie ponarzekać.
Była gala. Prowadziłem ją. Z Krzysiem - akompaniującym nam, znającym piosenki sprzed lat. Z kilkoma gawędami (”Dlaczego on nie potrafi gawędzić?”, “Dlaczego on fantazjuje, jeżeli miał mówić prawdę?”, “Czy o tym należało opowiadać publicznie?”…). Było miło. Druhna Danusia zaśpiewała, druh Stefan rozdał swoje książki, Krysia była szczęśliwa, że może pracować w hufcu z takimi tradycjami.
Następnego dnia spotkali się byli i aktualni instruktorzy. Ale to już inna historia.

A w Sztokholmie

Weekend w Sztokholmie. Cóż, nic dla mnie nadzwyczajnego. Ale zawsze coś nowego można zobaczyć.
Święta za pasem
To był taki weekend, w czasie którego pojawiły się po raz pierwszy w tym roku Święta. Budowano na wybrzeżu największą choinkę, w sklepach pokazały się różne wyroby w białym i czerwonym kolorze (te gwiazdki, Mikołaje, dzwonki, kalendarze adwentowe, świeczniki, serwetki, bombki, kartki z życzeniami świątecznymi i o świątecznych motywach itd., itd.). W galeriach handlowych wieszano świąteczne dekoracje, to samo na niektórych, tych bardziej reprezentacyjnych ulicach. Nie słyszałem jeszcze kolęd, pastorałek czy świątecznych piosenek. Na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. Ale te dwa dni były jakby preludium do wielkich zakupów. I czuje to całe miasto.
Coś zjeść na mieście
Czy da się zjeść lunch na Starym Mieście? To nie jest łatwe. G. mówi: - Zjedzmy zupę w tej piwnicy, gdzie byłam z O. miesiąc temu. - W piwnicy nie ma ani jednego miejsca. I nie ma w lokalu obok, i jeszcze w następnym. W czwartym (a jesteśmy cały czas przy rynku) miejsce jest. Czytamy kartę. No nie, czy musimy wydawać za lunch 300 złotych? - To może pójdziemy do misjonarzy? - Nie - mówi G. - Tam nie jest miło. - Wędrujemy głodni. I nagle bar, nagle piwnica, nagle kawa z dolewkami (to zasadnicza różnica - miejsce, gdzie można pić dowolnie dużo kawy za 25 koron, i miejsce, gdzie za tę samą sumę dostaje się filiżankę kawy), nagle pojawiają się miejsca przy stołach i bardzo dobre jedzenie. Cud na Starym Mieście. I życie staje się piękne.
Monet i inni
Nie ma to jak pójść do Moderna. Za każdym razem jest tam inaczej. Tym razem wielka wystawa trzech wielkich malarzy: J. M. W. Turnera (1775-1851), Claude Moneta (1840-1926) i Cy Twombly’ego (1928-2011). Kuratorzy wystawy napisali: trzech największych malarzy 150-lecia. Nie, nie wiem, czy największych, ale bardzo interesujących. Te same wątki, te same nastroje, a czasami ogromne kontrasty. Miasto, morze, przyroda… W całej Szwecji są dwa obrazy Moneta. A tu jest ich kilkanaście. I to nie tylko lilie, nie tylko ogród japoński, nie tylko Londyn we mgle lub wybrzeże morskie. Uczta dla oczu.
Nasi w Sztokholmie
Nasi są w dużej liczbie. W pewnym momencie w metrze na siedmioro pasażerów na sąsiednich siedzeniach, było nas - Polaków - pięcioro. Słychać nas - mamusia krzyczy na mniej więcej pięcioletniego syna. Tak, to Polka. Na rogu czworo młodych ludzi klnie po polsku. W sklepie w Skarholmen polskie produkty i polscy klienci. No, w Moderna polskiego nie słyszeliśmy, w piwnicy na Starym Mieście też. Dla naszych ciągle najbardziej charakterystyczna jest pani, która rozprawia przez telefon, że ma trzynastu pracodawców, po prostu sprząta.
Sztokholm - bardzo lubię to miasto.

Harcmistrzowska czytanka

Harcerstwo to styl życia. Być harcmistrzem – to być mistrzem życia.

Po kilkudziesięciu latach instruktorskiej służby mogę żywić przekonanie, że niewiele nowego w harcerstwie się nauczę, że tyle już przeczytałem (i napisałem), iż właściwie wszystko, co pisze ktoś, ja już przemyślałem, wypowiedziałem, przeanalizowałem. Ja wiem – pomyślicie sobie – gość nie ma racji. I pewnie rzeczywiście wy rację mieć będziecie.

Wiem to od niedawna. Po prostu zostałem zaskoczony. I to zupełnie niespodziewanie. Nasz naczelny – Grzesio Całek wykonał pracę banalną - zebrał razem wszystkie felietony, które przez wiele miesięcy dla harcmistrzów publikował w kolejnych numerach „Czuwaj”. A więc teksty 27 instruktorów plus rozmyślania na temat idei stopnia harcmistrza pisane przez hm. Anitę Regucką-Kwaśnik.

No i szczęka mi opadła. Gdy czytałem każdy z odcinków osobno – były to jakieś takie prościutkie opowiastki o tym, jaki to musi (powinien być) harcmistrz. Jaka jest jego rola w organizacji i czy każdy z nas jakoś nie powinien nad sobą pracować, jeżeli rzeczywiście chce być harcerskim mistrzem. Nic szczególnego.

Ale gdy czyta się te materiały razem, gdy tych dwudziestu ośmiu instruktorów atakuje mnie swoimi pomysłami, już nie mogę powiedzieć, że jest to miałkie, nijakie i banalne. Powstał znakomity zbiór tekstów, z którego wyłania się nasze instruktorskie życie, wyłaniają nasze instruktorskie postawy. Nie waham się tu napisać, że powstała książka, która może być porównywana ze „Stylem życia” druha Stefana Mirowskiego.

Będziemy fragmenty „Instruktorskiej czytanki” cytować. Zapomnimy być może, kto z tych 28 jest autorem, ale będziemy sobie mówić (i brać do serca) przesłania, które do harcmistrzów kierują autorzy wszystkich refleksji.

Bo, jak pisze jeden z autorów, harcmistrzom pozostaje tylko doskonalenie swego mistrzostwa – całą motywację muszą znaleźć w sobie. Organizacja nie ma im już nic do zaoferowania – to oni powinni oferować organizacji, bo na nich – harcmistrzyniach i harcmistrzach - spoczywa odpowiedzialność za to, jaka organizacja jest i jaka będzie.

PS Felieton ten, w nieco zmodyfikowanej formie, ukaże się w październikowym numerze “Czuwaj”.

Dzieci z Grodna

Trafiłem na koncert - przyjechały do Warszawy dziewczynki z polskiej szkoły w Grodnie. Przez pół godziny śpiewały, i śpiewały nam ładnie.
Ile to już lat upłynęło od otwarcia tej szkoły? Na pewno ponad dziesięć. Pogoda wówczas była piękna. Wszyscy byliśmy szczęśliwi. Polska dała pieniądze, Białorusini wybudowali budynek. Tak po swojemu, po białorusku. Zdziwiony byłem jakością (a właściwie bylejakością) prac. Od toalet poczynając na auli kończąc. Ale szkoła stała, najładniejsza w całym mieście. Pachniało farbą. Z Polski sprowadzono meble. Tak, to był sukces polskich i białoruskich władz. W planach były kolejne polskie szkoły, bo polskie dzieci chciały uczyć się po polsku nie tylko polskiego jako języka obcego, ale jako ojczystego, w którym mogłyby poznawać historię, geografię a nawet (bo dlaczego nie?) arkany matematyki i fizyki. Z planów niewiele wynikło, czasy się zmieniały, powstała jeszcze szkoła w Wołkowysku i na tym się zakończyło. Niestety.
Piękne to były czasy, wizy bez problemu w konsulacie na Saskiej Kępie, współpraca z białoruskim konsulem, któremu zależało na pracy polskich harcerzy, granica, którą przekraczało się z trudem (te postradzieckie zachowania wszystkich służb mundurowych), ale z naszej strony nasi pogranicznicy robili wszystko, by przekroczyć ją szybko.
Piękne to były czasy, kiedy rozwijało się normalne harcerstwo, kiedy jeździliśmy na festiwale piosenki harcerskiej, w których brało udział ponad 300 harcerzy, kiedy trzeba było oddzielić (bo aula w szkole polskiej była za mała) festiwal zuchowy od harcerskiego. Kiedy na spotkaniach kadry bywało prawie sto osób i czuliśmy się w wielkiej harcerskiej rodzinie.
Czas płynął. O szkole polskiej w Grodnie informacje dochodziły do mnie bardzo różne. Najpierw o tym, jaka szkoła jest wspaniała, jak świetnie wychowuje, później, że marnieje (tak jak drużyna harcerska, która jest a jakoby jej nie było), o słabości nauczycieli, którzy coraz gorzej mówią po polsku. Ale i polskość w tej szkole zaczęła być mało znacząca.
I niespodzianka - chór z polskiej szkoły śpiewa nie tylko dobrze, ale śpiewa pieśni i piosenki patriotyczne. Tam brzmi nuta o polskości tych dzieci, oczywiście “Polskie kwiaty” (to jakby hymn, który wywołuje w niektórych słuchaczach prawdziwe wzruszenie), piosenka o polskim papieżu i wierszyk, w którym autorka zaprasza nas do Grodna, polskiego Grodna. A więc nie jest źle?
Przecież gdzieś obok nadal kibicuje szkole grodnianin redaktor Lesław Skinder (to dobry duch tej placówki), gdzieś obok jest Towarzystwo Przyjaciół Grodna i Wilna.
Ile już lat nie byłem w polskiej szkole w Grodnie? Pora do niej wrócić. Pora, aby znów tam było dobre harcerstwo.

Next Page »