Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2011 w archiwum

Przed laty

M., którą widziałem ponad trzydzieści lat temu, niespodziewanie przysłała mi maila - napisała w nim: “…łezka w oku się kręci, bo pamięć sięga do lat 70-tych, gdy we mnie zaszczepiał Pan idee harcerstwa. Taki powrót do przeszłości, podróż sentymentalna u progu nowego roku”. M. zdążyła zapomnieć, że jest ze mną na “ty”, ale rozumiem - wszyscy są coraz starsi, ja też. Mogę być więc Panem.
To strasznie miło otrzymać taki dowód pamięci. Bo faktem jest, że wówczas zaszczepiałem ową idę i zaszczepiam ją dziś. Nie wszystkim to się podoba, bo przecież są harcerze oraz są osobnicy przebrani z harcerskie mundury. Z tymi drugimi zawsze będę skonfliktowany.
M. ma rację. Dzisiejszy wieczór to także czas wspomnień. Powspominajmy. Lipiec. Początek lat siedemdziesiątych. Dolina Caryńskiego. Operacja “Bieszczady 40″ jeszcze przed nami. Kilka obozów naszego hufca rozbitych w niedalekiej odległości. M. ma około 18 lat - jest oboźną. Jej komendantka będzie pełnoletnia za dwa miesiące. Jest ich razem ponad trzydzieścioro. Uczniowie warszawskiego liceum budujący swoje harcerstwo w trudnych wszak warunkach. Dosłownie trudnych, nawet z obozu nad potokiem na drogę, będącą powyżej, po bieszczadzkim błocie wejść się nie za bardzo dało. I wszytko toczyło się normalnie. Dało się zbudować kuchnię, taką normalną - polową. I stołówkę, i magazyn, i wszystko, co na zwykłym obozie powinno się znaleźć. Dało się normalnie jeść. O dziwo, gorzej było w pobliżu, gdzie rządził L. i miał do pomocy cywilną nauczycielką. I także słabiutko było u A., któremu obóz sypał się z dnia na dzień coraz bardziej. A u M. i G. wszystko znajdowało się na właściwym miejscu. Porządek, dobry program na miejscu, ciekawe wędrówki. No i atmosfera, jakiej inni mogli im pozazdrościć. U mnie tak nie było. Na przykład P. postanowiła z obozu wyjechać. Mojego obozu! Do dziś nie wiem, dlaczego. Nadal mnie to dręczy. Przecież w Caryńskim z J. - moim świetnym oboźnym - poprowadziliśmy niezły obóz. To tam J. się wykazał. Byli na rajdzie na południe od Arłamaowa (kto wtedy mógł przypuszczać, że stanie się to w przyszłości jedno z najważniejszych miejsc w całych Bieszczadach). I wtedy stało się TO - busola J. zamiast północy zaczęła pokazywać południe. I cały patrol poszedł w drugą, zupełnie niewłaściwą stronę. Wiecie, jak to jest, gdy grupa na rajdzie w Bieszczadach znajdzie się kilka kilometrów od miejsca, gdzie być powinna? Ale to było kształtowanie charakterów, coś, co dziś wspomina M.
Oczywiście z Tarnicy należało schodzić szlakiem. Myśmy zeszli do Zgniłochy. Ja dalej nie poszedłem. Na mojej drodze stanął gwóźdź. Przebił podeszwę i przebił moją stopę. Nie iść dalej się nie dało, choć przecież zamierzaliśmy pochodzić sobie pasem granicznym z Ukrainą. Moi harcerze poszli dalej, ja niestety pokuśtykałem wzdłuż Wołosatego. (Dlaczego wspominam o tym, i dlaczego spacer granicą z USRR był harcerską przygodą, starszym czytelnikom tłumaczyć nie muszę, a młodszym? Zapytajcie dziadków - opowiedzą wam).
M. działała w sympatycznym środowisku. Nie, nie najwybitniejszym. Po prostu dobrym. Zakładanym od podstaw. I udało się. Nie tylko ja, ale i M. to pamięta. Powtórzę - bardzo się z tego powodu cieszę.

Niedługo Święta

Integracyjnie
Środa, 14 grudnia. Dobrze jest spotkać się towarzysko w czasie okołoświątecznym i tylko trochę mówić o polityce. Przed nami sałatki, śledź, wędliny. Wokół ludzie, z którymi nie widuję się na co dzień. Jedni wygrani, inni przegrani, dziś jakby zagubieni. Członkowie partii. Między nami W., który ostatnio pokazuje się w telewizji, słychać go w radiu. W. opowiada nam, jak już niedługo tacy jak ja będą mieli znacznie więcej do powiedzenia niż ma to miejsce dziś. “Upodmiotowienie dołów” - jak to ładnie brzmi. Wszystkim nam podobają się nie tylko sałatki, ale i to, co mówi szef znanego w Polsce stowarzyszenia.

Przynoszący dzieciom radość
Czwartek, 15 grudnia. Pełnią oni bardzo trudną harcerską służbę – przynoszą radość dzieciom specjalnej troski. Są ich nauczycielami, opiekunami, niańkami. Instruktorzy Nieprzetartego Szlaku. Jest ich w naszym hufcu spora gromada, bo NS mamy największy w Polsce. Troszczy się o nich A. - wspomaga, organizuje, nagradza. Ta wigilia jest także nagrodą. Chwilą, gdy mogą się spokojnie spotkać we własnym gronie, ale także z przyjaciółmi z hufca i z grupką byłych już instruktorów, poczuć się częścią wielkiej harcerskiej rodziny. Na stole pali się świeca Betlejemskiego Światła Pokoju…

Nasza klasa
Piątek, 16 grudnia. Na takim świątecznym spotkaniu zbiera się nas niewiele ponad 10 osób. Z częścią klasy nie mamy kontaktu, nie wiemy, gdzie jest; czworo jest aktualnie za granicą, ktoś się źle czuje, ktoś nie chce, nie widzi potrzeby brać udziału w takiej imprezie, choć na klasowej liście widnieje. To duża radość zobaczyć się o rzut beretem od szkoły. Wbrew powszechnym opiniom nie rozmawiamy o szkole i nauczycielach. Nawet sukcesy sportowe sprzed lat przestały nas interesować. Może kiedyś przyjdzie pora na takie wspominki. Najważniejsze są nasze losy, przyszłość nasza i naszych dzieci. Inne tematy są marginesowe. Polityka też.

„Trójka”
Poniedziałek, 19 grudnia. Wigilie „Trójki” mają długą tradycję. Kiedyś było nas bardzo wiele, dziś dwanaścioro. Na dodatek I. i A. są aktualnie w Szwecji a Ł. w Turcji. Ktoś nie może przyjść, ktoś się nawet nie usprawiedliwia. Więc nawet gdy przyjdzie czyjaś żona lub mąż, to i tak zbierze się nas dziesiątka. Kiedyś bardzo staraliśmy się, by pod choinką były własnoręcznie wykonane prezenty. Dziś tradycja gaśnie. Wszyscy strasznie jesteśmy zabiegani. W tle kolędy, w pokoju choinka. Zastanawiamy się, czy jeszcze kiedyś „Trójka” się odbuduje. Bo za niecały rok stulecie naszego środowiska. Więc jak będzie przebiegał jubileusz bez drużyny?

W Muzeum
Wtorek, 20 grudnia. Muzeum Harcerstwa jest dla niektórych azylem. Dobrze się tam znaleźć w gronie starych i młodych instruktorów. Coś takiego jest, że wszystkich ciągnie na parter budynku przy Konopnickiej. A gdy zaproszą na wigilię? Gdy zapowiedzą barszcz i pierogi, które przywiózł K.? W Muzeum wszystko jest takie, jak trzeba. Opłatek, dania postne, ciasta. Wiele osób przynosi różne potrawy z domu – słynny jest tort żony D. lub krem makowy druha A. W tym roku ciasno się zrobiło w niewielkich muzealnych pomieszczeniach. Ale kto nie chce pobyć choć chwilę w takim azylu?

Nasi młodzi
Wtorek, 20 grudnia. Wigilia kadry naszego hufca, tej jego najmłodszej, a może najbardziej zróżnicowanej części. Nieco wcześniej zaczęła się w pobliskiej szkole uroczyste świąteczne spotkanie kręgu seniora, zwanego dla niepoznaki kręgiem instruktorskich pokoleń. Tam około 50 osób, tu – tych młodych – prawie setka. Chcą być ze sobą, chcą bawić się razem, ale także pracować. Po raz pierwszy zamiast jasełek poważny spektakl „przedwigilijny” teatru Paradox. Po raz pierwszy dwóch księży święci nam opłatki. Po raz pierwszy nasi seniorzy podarowali nam harcerskie hufcowe kalendarze na przyszły rok. Po raz pierwszy dostaliśmy mądre myśli o wierze i nadziei. I mogliśmy o nich chwilę porozmawiać. Nie po raz pierwszy mieliśmy świetną atmosferę.

W harcerskiej centrali
Środa, 21 grudnia. Kilkudziesięciu instruktorów (i instruktorek) związanych z Główną Kwaterą ZHP. Dwóch byłych przewodniczących, kilkoro byłych naczelników, dwóch kapelanów, grupa tych najaktywniejszych… Tylko szefostwo gdzieś się zapodziało. Byli niedaleko, dopieszczali posłów ze świeżusieńkiego parlamentarnego zespołu przyjaciół harcerstwa, któremu przewodzi nasza B. Czekaliśmy i się doczekaliśmy. Wreszcie możemy składać sobie życzenia. Najwięcej było takich mało zobowiązujących: “wszystkiego najlepszego”, “szczęśliwego nowego roku”, “abyśmy zdrowi byli”. Ale następną grupą były: “trzymaj się”, “pisz tak dalej”, “nie daj się”. Hmm… No dobrze, jak chcecie, to się nie dam. Na pewno. A na końcu łamanie opłatkiem z J., która bardzo życzeń składać mi nie chciała. Ale były one osobiste, szczere i zupełnie inne. Będę te życzenia pamiętał. Jako jedyne.

Belfrzy i okolice
Czwartek, 21 grudnia. Szefowa przygotowała nam mowę. Czego tam nie było! I “Chłopi” Reymonta, i nasze wynagrodzenie, i problemy dyrekcji, i podziękowania, i nadzieje na przyszłość. Mieliśmy mowę, że hej! Słuchaliśmy - ci uczący, i tzw. obsługa, i kilkoro emerytów, i przedstawiciele rodziców. To był dobry pomysł, spotkanie wigilijno-noworoczne zorganizowali rodzice. Niby w szkole nic nadzwyczajnego. Ale gdy przypomnimy sobie naszych uczniów, którzy starali się sprostać zadaniu, będąc grupą młodocianych kelnerów. W szkole są nieliczne możliwości pełnego towarzyskiego pogadania. Dzień Edukacji, studniówka i takie spotkania, jak ten nauczycielski lunch. Za mało, stanowczo za mało jak na tak oryginalny zakład pracy. Dlatego piękne podziękowania i prośba o jeszcze.

Kończy się czas wigilii, pora zacząć się przygotowywać do Wigilii. A to, oczywiście, całkiem inna historia.

Latanie na Olesińskiej

Jakość obejrzanego przedstawienia teatralnego można oceniać z różnych punktów widzenia. Szczególnie gdy i autor, i reżyser jest młody - tylko aktorzy w różnym wieku. Jednym z moich osobistych kryteriów jest ocenienie, co ja z tego obejrzanego przeze mnie dramatu po tygodniu, dwóch, trzech pamiętam. Bo cóż to za sztuka, którą zapomina się wraz z zapadnięciem kurtyny? Zupełnie jak jeden w wielu filmów wyświetlanych w telewizji. Oglądasz - dobrze, nie oglądasz - nic nie straciłeś.
Niedawno byłem na Olesińskiej. Mistrz Słobodzianek nie tak dawno nazwał swą eksperymentalną scenę, będącą laboratorium teatralnym, “Przodownik”. No dobrze, niech będzie “Przodownik”, tak jak mieszczące się w tym miejscu kino za dawnych, zapominanych już czasów. Teatr nawet dorobił się przy Puławskiej neonu, pokazującego, w którą stronę widz powinien zmierzać.
Po zejściu na dół (bo teatr mieści się w piwnicy) - szok. Normalna teatralna kawiarnia, czeka na nas zaparzona herbata, jakieś batoniki, stoliki, krzesła. Nawet zepsuty ekspres do kawy nie psuje dobrego wrażenia. Zrobiło się miło i nastrojowo. Tak wygląda przodownicza piwnica ponoć od lata. Czyżbym od września nie był tam? Wszystko jest możliwe.
Na plakacie Dominiczka w czapce-pilotce. Sztuka będzie o lotnikach? Pilotach RAF-u? Tajemnicza sprawa. Jak panisko wchodzę na widownię z kubkiem herbaty w ręku. Ja wiem, ze nie wypada, ale “Przodownik” to teatr przychylny widzowi. Tam można.
Sztuka? O czym to było? Co ta Ewa-Dominiczka chciała nam przekazać? Ewa-Dominiczka i jej młodsze wcielenie. Jakoś to drugie (a właściwie pierwsze) lepiej zapamiętałem. Ewa męczona przez panią od muzyki, Ewa męczona przez pana od muzyki. Tak, ta młoda Ewa to było to. I kolejne “uśmiercanie” swych znajomych, krewnych, otaczających ją wrogów.
Szukam w pamięci. To jaka była ta Ewa? Co o niej mogę dziś powiedzieć? Chyba niewiele.
Ale pamiętam scenografię, pamiętam obrazy. Tylko o czym to było? O czym? O lataniu?

O Willmanie w Grodowcu

Kilka lat temu zachwyciłem się inicjatywą mieszkańców wsi, której nazwy już nie pamiętam, w Dolnej Saksonii. Przez dobę (może nieco krócej a może dłużej) kilkudziesięciu młodszych i starszych czytało w szkolnej sali gimnastycznej “Fausta” - całość, wszystkie jego części. Aktorzy się zmieniali, widzowie także. To było niesłychane wydarzenie kulturalne integrujące większość mieszkańców.
Tak chciałem, aby w Polsce też takie wydarzenia miały miejsce. Należące do kultury wysokiej a tworzonej tam gdzieś na dalekiej prowincji.
I doczekałem się. W listopadowe chłodne popołudnie siedzę w kościele w Grodowcu. Wsi w gminie Grębocice. Cóż, każdy może te miejscowości znaleźć na mapie Polski - generalnie to północne krańce Dolnego Śląska. Zagłębie miedziowe. Ponoć kościół też “stoi” na miedzi, ale pod nim nikt nie kopie, więc stoi bezpiecznie.
Sanktuarium Grodowieckie to perełka architektury barokowej, jeden z najpiękniejszych kościołów nie tylko na Dolnym Śląsku. Na widok XVII-wiecznej ambony (przedstawia sceny z życia Chrystusa: Rozmnożenie Chleba, Górę Tabor – Przemienienie Pańskie oraz Kazanie na Górze) szczęka opada.
Siedzę w kościele w Grodowcu i słucham opowieści na temat dolnośląskich barokowych obrazów, szczególnie Michaela Willmana, jakie zachowały się w wielu kościołach do dziś. Tak przy okazji - sporo obrazów dolnośląskiego malarza po wojnie przewieziono do Warszawy. I nikt nie pamięta, że ich miejsce wcale nie jest w stolicy.
A później wraz z ponad 400 mieszkańcami wsi i gośćmi oglądam wystawę reprodukcji tych obrazów. Nie tylko Willmana. Wystawę opracował G. Potrafi tak rozjaśnić obraz, tak go wyeksponować, że możemy sobie wyobrazić, jak wyglądał on w chwili powstania. przedstawić.
A później wysłuchuję znakomitego koncertu na dwa klawesyny polsko-niemieckiego małżeństwa Grychtolików. Grają nie tylko Bacha, ale i własne kompozycje. Publiczność, w części po raz pierwszy uczestnicząca w podobnym wydarzeniu (te oklaski nie w tym momencie, gdy klaskać trzeba, ta nieumiejętność klaskania aż do momentu, gdy artyści zaczną bisować) zafascynowana. Takiego koncertu, w takiej scenerii, nie mógłbym wysłuchać w Warszawie.
A później panie z Koła Gospodyń Wiejskich zapraszają na kolację. Taką typową. Poszczególne sałatki, mięsa, dodatki, ciasta są przyniesione z domów. Tylko żurek i kawa przygotowane na zapleczu. Jest nas może dwustu gości. Z nami władze gminy, miejscowi księża, historycy sztuki i dużo mieszkańców wsi.
Daleko od Warszawy społeczność wiejska tworzy wydarzenie kulturalne na najwyższym europejskim poziomie. Nie, nie jest to jeszcze czytanie pełnego tekstu “Dziadów”, ale I Grodowieckie Zaduszki Barokowe są bliskie takim moim wymarzonym inicjatywom kulturalnym. Wymarzonym.

Po zjeździe (ale nie całkiem)

Przewodniczący ZHP nieco nas zaskoczył. Porozmawiał z komendantami chorągwi i ze zjazdowej trybuny zaproponował przerwę w obradach zjazdu. Zdziwiłem się. Ale po pewnej chwili doszedłem do wniosku, że zbiorowa mądrość komendantów ma sens. Bo na co byliśmy skazani wczesnym niedzielnym popołudniem? Delegatów (spieszących się na pociągi lub wsiadających do samochodów, by w poniedziałek móc pójść do pracy) byłoby coraz mniej, szanse na przegłosowywanie kolejnych uchwał “statutowych” byłyby coraz mniejsze. Tak, to była jedyna rozsądna decyzja. I zupełnie nieważne, jak to Adam uzasadniał.
Spotkamy się więc 10 marca i będziemy się starać (no, może nie ja, lecz delegaci), by zatwierdzić wszystkie rozsądne zmiany w statucie. Jak dobrze pójdzie, może delegaci wrócą do uchwały programowej? Jakie to wydaje się proste.
Ale za nami ponad dwie doby zjazdu. Co się w tym czasie wydarzyło?
Na przykład delegaci wybrali, która z dwóch propozycji zmian statutowych (dokonywanie modyfikacji w aktualnym statucie czy zajęcie się nową oryginalną wersją) im odpowiada. Z góry było wiadomo, że niedopracowana koncepcja druha Janka (zwana chyba dla żartu statutem Chorągwi Kujawsko-Pomorskiej) nie będzie zaakceptowana. Ale dyskusja trwała. Nie wiadomo, po co. Zadawano Jankowi pytania, czas płynął, nawet dla grzeczności pytano o coś Darka, szefa zespołu statutowego, powołanego przez Przewodniczącego Związku. A czas płynął.
Dalej też było oryginalnie. Na przykład ciekawe były wyniki pierwszego głosowania w sprawie uchwały programowej. Te dwie liczby: 71 i 70 przeszedłby do historii, gdyby nie inicjatywa związana z reasumpcją tegoż głosowania. Po powtórnym głosowaniu okazało się, że zwolenników takiego programu ZHP ubyło a liczba przeciwników powiększyła się. I w efekcie nie mamy uchwalonego programu, choć przecież między innymi zjazd zebrał się w tej sprawie.
Dlaczego tak się stało? Napisałem to nie tak dawno - ten projekt uchwały był bardzo słaby.
Drugi projekt uchwały - w sprawie strategii - został zaakceptowany ze względu na osobisty urok Rafała. Rafał - demagog (jak ktoś nie wie, co to znaczy, niech sięgnie do słownika) przekonał salę, iż strategia przez niego wymyślona (piszę to jak najbardziej świadomie) poprawi działalność organizacji. Twierdzę, że ten dokument jest kiepski, lada chwila się przekonamy, jak trudno nam będzie go realizować. Może go udoskonalić? Zjazd ma jeszcze szanse.
A przy okazji uchwał statutowych zabawna sytuacja, kiedy Przewodniczący Zjazdu nie ma pojęcia, co to znaczy większość kwalifikowana. Nie wie, ile osób uczestniczy w zjeździe. Tak, Rafał - tak doświadczony przewodniczący - był kolejnym słabym ogniwem (po słabych projektach uchwał) zjazdu. Jakby prowadził zjazd po raz pierwszy w życiu… Szkoda mi Rafała.
W poprzednim felietonie, napisanym przed zjazdem, stwierdziłem, że najbardziej ciekawe będą rozmowy w kuluarach. I moje przewidywania sprawdziły się. Bo burzliwe dyskusje na sali obrad były normalnym, zbędnym biciem piany.