Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

February, 2012 w archiwum

Wieczór z Piotrem M.

Jak dobrze jest spędzić wieczór w gronie ludzi cywilizowanych! Ludzi kultury lub kulturą się interesujących. W gronie ponad setki osób, których, nie da się ukryć - średnia wieku oscyluje koło sześćdziesiątki. W gronie ludzi, którym chciało się przyjść na wieczór autorski Piotra. Nudzą się? Kochają Piotra? Chcą pokazać, że są cywilizowani? A może nie mogli się doczekać nowego tomiku poezji Piotra?
Bo Piotr (którego zawsze nazywałem Piotrusiem) M. jest poetą, dobrym poetą, zdobywającym nagrody, nominowany (i to nie jeden raz) do nagrody warszawskiej “Nike”, wydającym tomiki poetyckie. Trzeci w cyklu publikowanych przez krakowskie Wydawnictwo Literackie był pretekstem naszego spotkania w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu. Piotr też się zna. Na przykład jest świetnym biblistą, jest też znawcą twórczości Tuwima oraz życia Korczaka. Piotr przeczytał też niezliczone lepsze i gorsze utwory literackie - ponoć (nie słyszałem) opowiada o tym co tydzień w radio.
Czy zainteresowania Piotra łączą się z jego pochodzeniem? Prawdopodobnie tak. Będę musiał kiedyś przy okazji o to go zapytać. Bo porównano tego wieczoru Piotra do Tuwima i Leśmiana. Mistrzów polskiego słowa, w których żyłach płynęła krew żydowska.
Piotr, najskromniejszy człowiek pod słońcem, nieco się wstydzi swej popularności. Ma też świadomość (tak można to nazwać) swego pochodzenia. W tomiku zamieścił pojedyncze wiersze na temat Holokaustu lub refleksje na temat osobistych przeżyć dotyczących czasów zagłady.
Jaka jest jego poezja w “Widowni”? Dojrzała? Codzienna? Osobista?
Co można powiedzieć o poecie-intelektualiście, który zbliża się do siedemdziesiątki i pisze wiersze “od zawsze”. Przecież gdy zdawaliśmy na polonistykę, w trakcie egzaminu, którym nie byliśmy w stanie się przejąć, zakładaliśmy klub poetycki. Wtedy była to szczeniacka zabawa. Dziś Piotruś jest znaczącą postacią wśród tych, którzy nieco inaczej, oryginalniej widzą i opisują świat.
Jaka jest jego poezja? Oryginalna? Świeża? Zmuszająca do własnej, osobistej refleksji? Ktoś siedzący za mną szepnął: “Pisze Białoszewskim”. Ale to nieprawda. Poezja Piotra, choć stara się on prezentować realną rzeczywistość go otaczającą, jest znacznie bardziej liryczna, bogata w metafory. Piotra nie bawią neologizmy. Świat Piotra składa się z tak licznych skojarzeń, że z dosyć prostackim Białoszewskim nie może się równać.

Znów “Metro”

Ile razy oglądałem “Metro”? Nie wiem. Kilka. Najpierw dwa razy w Teatrze Dramatycznym a później trzy razy w “Buffo”. A może trzy razy w Pałacu Kultury i cztery w Imce? Nieważne. Bo w tym tygodniu jeszcze raz. Po raz kolejny z dużą przyjemnością.
Janusz Józefowicz, któremu kolejne produkcje o podobnym charakterze nie za bardzo się udają (nie powiem nic o “Policie”, nic o niej nie słyszałem), dba o swoją pierwszą prawdziwą premierę. Dopieszcza przedstawienia z kolejnymi pokoleniami starszych, ale przede wszystkim młodszych wokalistów. Dba o to, by choreografia nie była gorsza niż za dawnych lat - by była nadal na wysokim poziomie. To widowisko ma przecież ponad 20 lat! Jest starsze niż zdecydowana większość osób na widowni.
W tamtej dawnej obsadzie Górniak, Groniec, Janowski, Józefowicz. Ciekawe, jaką karierę zrobią aktualni aktorzy “Metra”. Są dobrzy, może nie są równi, ale śpiewają nie gorzej niż ich starsi koledzy, których posłuchać można na płytach. Zawsze nieco gorsze w “Metrze” były głosy męskie, i tak jest tym razem. Niestety nie napiszę który z dwóch panów, znajdujących się w aktualnej obsadzie, występował w roli Jana, która z trzech pań (bo nie była to Natasza Urbańska) była Anką. Teatr skrzętnie ukrywa przed widzami aktualny danego dnia skład obsady. A szkoda, pewnie nie ja jeden chciałem wiedzieć, kogo oklaskiwałem, siedząc na widowni.
Zastanawiałem się nieco, na ile uniwersalny jest tekst, napisany przed laty przez siostry Miklaszewskie. To przedziwne, jak uniwersalne (choć bardzo proste) niesie on przesłanie. Właściwie wszystkie wątki są dla dzisiejszej widowni aktualne. I bunt młodych, i idealizm, i uczucia, i rola pieniądza, nawet częsta nijakość współczesnego teatru. Zmieniło się jedno - mamy w Warszawie jedną nitkę metra (którego przecież przed laty nie było), ale takiej opuszczonej stacji, w jakiej toczy się akcja musicalu, nadal nie ma. Tak, to polskie “Metro” było od początku bardzo mało polskie. I tak pozostać musi jeszcze przez wiele lat.
Patrzyłem na widownię. Z wyjątkiem maluchów z pewnej szóstej B, które nie dorosły jeszcze do oglądania spektaklu, młodzież była zafascynowana tym, co działo się na scenie. Nie wiem, ile razy spektakl był już grany, pamiętam, że ponad tysiąc razy. Ciekaw jestem, czy za kolejne dwadzieścia lat znów będę mógł pójść na “Metro”.

Sierpień

Cóż, czasem udaje się warszawskiemu teatrowi Studio dobrze wystawić jakąś sztukę. Wystawić dobrze, czyli nie szaleć z formą, pomysłami inscenizacyjnymi. Bo to nie czasy Szajny. Nawet gdy pojawia się na ekranie nielubiane już przeze mnie nagranie z monologami wypowiadanymi przez Jerzego Trelę, jest ono logiczne, nieudziwnione, potrzebne. Wystawić dobrze, to znaczy zaangażować do pracy aktorów, którzy tak podają tekst, że słyszymy, co mówią. Mówią do nas, do widzów a nie gdzieś w przestrzeń. I my to rozumiemy. Oczywiście przoduje tu Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Wystawić dobrze, to znaczy tak zabudować przestrzeń sceny (z lekka powiększonej i wyprowadzonej pomostem do wykorzystywanego bocznego wejścia na widownię), aby zmieścić na niej wszystkie elementy scenografii. Ileż tu zmieściło się części mieszkania. Dobre wystawienie to także reżyseria. Nie, nie jestem zwolennikiem przerysowywania postaci. Trochę mnie to w “Sierpniu” raziło. Ale trudno, nie można w teatrze mieć wszystkiego.
Najważniejszy zawsze jest tekst, taki, który byłby interesujący dla polskiego widza. Tekst na tyle uniwersalny, że każdy znajdzie w nim coś własnego, możliwego do porównań z naszą rzeczywistością. I tak jest tym razem. Nie, nie będę pisał o dominacji w rodzinie, o relacjach między rodzeństwem, o błędach rodziców, o ludziach szczęśliwych i nieudacznikach, o marzeniach jak z Czechowa, o miłości jak u Szekspira. Tak, pisać, o czym jest ta sztuka, mógłbym dalej długo. Gdyby jeszcze autor potrafił ją zakończyć w odpowiednim miejscu! Nie kazać nam siedzieć na widowni i zastanawiać się, czy wymyśliliśmy prawidłowo dalszy ciąg akcji. Ale cóż, i tak “Sierpień” da się obejrzeć. To naprawdę mnie cieszy.