Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

September, 2012 w archiwum

Ale wąsy!!!

Gdy idę na przedstawienie teatralne “dozwolone od lat osiemnastu”, zawsze zastanawiam się, z jakiego powodu jakiś ważny człowiek takie zastrzeżenie na afiszu teatralnym napisał. Panienki nago biegają w teatrze po scenie? Aktorzy klną jak szewcy? Temat jest bardzo drażliwy, bo źle się mówi o władzy przeszłej, teraźniejszej lub przyszłej?
Z “Wąsami” było podobnie. Co prawda biegających nago panienek się nie spodziewałem, bo żaden z czterech aktorów Montowni na panienkę nie wygląda, ale ciekawość pozostała.
No tak. Wydaje się, że chodziło o te “nibyprzekleństwa”. Bo panowie klną. Czynią to dość specyficznie (jakaś wurwa jego kać nad pięknym Wałtykiem). Taki język na wszelki przez autora samoocenzurowany. No i starają się nas bawić dziwnie wyimaginowanym seksem. Seksem bez seksu. Dlaczego więc tym razem od lat osiemnastu? Podejrzewam, że autor-reżyser chciał zaciekawić i zachęcić potencjalnych widzów, którzy na widowisko “tylko dla dorosłych” powinni masowo pobiec kłusem.
Rzecz nawet zaczyna się ciekawie - czterech panów griluje sobie, pije wódeczkę i odcina się od czterech pań, które w zasięgu głosu bawią się oddzielnie. Więc jakiś pomysł na zachowania męsko-damskie jest. Na dodatek wszyscy panowie posiadją atrybut męskości - tytułowe wąsy. Siedzimy więc przez akt pierwszy, śmiejąc się czasem z niewybrednych dowcipów.
I nadchodzi (po nadejść musi) akt drugi - prezentacja świata widzianego od strony pań. I co? Klęska. Wiemy, nie od dziś wiemy, że cała czwórka Montowni to dobrzy aktorzy. Potrafią się więc wcielić w postacie kobiet. Ale czy to jest śmieszne? Czy udowodnienie nam, że potrafią się szybko przebierać, było niezbędne? Na dodatek świat żeński jakiś jest jakiś smutny, ot faceci z wąsami wygłupiają się, można się z tego śmiać, ale wcale to w rzeczywistości radosne nie jest.
A pointa? Świat “po potopie”? Tragedia. Nieporozumienie. Maciej Kowalewski reżyserujący własną sztukę dokonał harakiri. Bardzo mi go żal.

Trzy teatry

Może znów wrócę tu i zacznę pisać? Zobaczymy…

Środa w “Powszechnym”
“Nieskończona historia” miała nadzwyczajne recenzje. Gdy się je czyta, wydaje się, że wreszcie pojawił się w Warszawie Teatr - taki przez duże “T”. Oratorium, opera, dramat dnia codziennego. Białoszewski pomieszany z Koterskim. Muzyka, ruch sceniczny i scenografia - wszędzie doszukiwano się doskonałości.
Tak, to prawda - to jest Teatr. Widowisko zmuszające nas do pomyślenia o tym, jacy dziś jesteśmy. Śmieszni i tragiczni, religijni i powierzchowni, chamscy i poetyccy. W jednej kamienicy śmierć miesza się z myśleniem o nowym życiu. I mieszkańcy tej kamienicy (ponoć z Bielska-Białej), choć tacy różnorodni, tworzą jednolity chór. Mocno, pięknie śpiewają lub recytują (tak, tak, Białoszewski się kłania).
To się może podobać, choć wymaga oderwania się od patrzenia na teatr z akcją czy z logiką wypowiedzi. Gdy tylko chwycimy, że można się zachwycać słowem, że bawią nas albo wzruszają poszczególne scenki - siedzimy w teatrze jak urzeczeni. I dobrze nam się robi na myśl, że my w takiej kamienicy nie mieszkamy. Piotr Cieplak wykonał dobrą, solidną pracę.

W piątek w “Teatrze TR”
To przedstawienie miało taką reklamę, że dziwiłbym się, gdyby wczorajsza premiera nie zachwyciła. Nie pojawi się nikt, kto nawet przez zwykłą przekorę nie krzyknie, że nie zachwyca. No dobrze, to ja też dołączę do chóru zachwyconych.
Temat jest trudny - eutanazja. Jak ją pokazać, jak o niej mówić, by widzowie chcieli przyjść do teatru i spokojnie wysiedzieć na dwugodzinnym przedstawieniu? Pomysł młodego (jeszcze) węgierskiego reżysera jest prosty. Wprowadzić motywy wraz z niektórymi ariami “Zemsty nietoperza” (rzecz nazywa się “Nietoperz”), wpuścić skromniutki wątek erotyczny, pokazać na wstępie nagiego aktora, kazać oglądać widzom znaną kreskówkę (”Wilk i zając”), rozbuchać dylematy moralne (co robić, gdy zdrowa żona chce umrzeć razem z bardzo chorym mężem?), włączyć do akcji publiczność (na przykład dając jej pastylki na uspokojenie). No i sukces jest gotowy. A, o jednym zapomniałem - pan reżyser cały czas znajduje się na scenie - taki żart z jego strony.
I bawimy się nieźle. Bo eutanazja staje się zabawą. Lekką i przyjemną. Nie przekona nas jedna z postaci, że działalność kliniki, gdzie wypijana jest trucizna, jest niemoralna.
Cóż, wszystkie produkcje TR Warszawa są skazane na sukces. Czekamy na kolejne przedstawienia Kornela Mundruczó.

Niedziela w “Narodowym”
Wieczny kłopot - na co iść z klasą do teatru. I kiedy. Bo zebranie całej klasy staje się często niemożliwe. Ale byliśmy - w każdym razie większość klasy. Szekspir “Wiele hałasu o nic”. Przedstawienie grane piąty sezon. Nic nowego - solidnie przygotowane i zrealizowane przez Macieja Prusa widowisko. I choć oglądam typową popołudniówkę, grane jest bardzo przyzwoicie. Co może (żeby nawiązać do poprzedniego tekstu) zachwycać? I scenografia (jak rzadko widzi się tak czystą, jasną scenę!), i muzyka, i ruch sceniczny (dobra robota Emila Wesołowskiego). A jak miło słuchać tekstu w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka! W natłoku samych przyjemności mało znaczący staje się sam Szekspir. Bo przecież wszyscy wiemy, jak jego komedia się skończy. To czym się przejmować? Więc, wyobraźcie sobie, wszystko dobrze się skończyło. Czy to nie powinno także zachwycać?