Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2012 w archiwum

W Sztokholmie (2)

Jadąc metrem G. powiedziała: - Czy nie wydaje ci się, że w Szwecji nie ma Szwedów? - Rzeczywiście, obok nas sami obcokrajowcy o bardzo różnych rysach i posługujący się bardzo różnymi językami. Czasem wydaje się, że siedzi obok nas Szwed, ale czyta książkę wydrukowaną cyrylicą. Więc chyba Szwedem nie jest.
By zobaczyć Szwedów, wystarczy wyjechać na prowincję lub na przykład latem na jakąkolwiek plażę poza miastem. Sami Szwedzi! Ale na naszej najbliższej plaży nad Melaren piknikujące rodziny arabskie wypłoszyły innych plażowiczów. Odpowiadając na problem G.: - W Szwecji stwierdza się obecność Szwedów. To pewne.
Szwedzi znaleźli się też w sklepach w trakcie wielkiego poświątecznego wykupowania towarów różnych. Wcale nie cieszyły się zainteresowaniem bombki i gwiazdy. Nie - kolejki po sukienki, kolejki po buty, kolejki po damską bieliznę. Właściwie to przede wszystkim do przymierzalni i do kas. Bardzo interesujący widok.
Szwedów w zasadzie nie ma na Starym Mieście. Tam są turyści. Nawet sklepiki z pamiątkami ze Szwecji coraz częściej prowadzone są przez osoby skośnookie.
Od lat obserwuję “rozwój” Starego Miasta. Jeszcze kilka lat temu składało się z jednej zadbanej ulicy - od Rynku Żelaznego do zamku. Dziś jest zdecydowanie lepiej. Sklepiki, kawiarnie, restauracje (pełne ludzi!) spotkać można na terenie całej dzielnicy. Rozwinęły się galerie sztuki, wokół kościoła niemieckiego nowe miejsca, gdzie można zjeść coś dobrego (zazwyczaj po mało umiarkowanych cenach). W kawiarence przy Dużym Rynku specjalizującej się w sprzedaży czekolady szpilki nie można wcisnąć. Nam się jakimś cudem udało znaleźć wolny stolik. Pijemy gorącą czekoladę z bitą śmietaną, na ścianach gejowskie obrazki. Ot, Sztokholm. Wokół ludzie mówiący różnymi językami…
Dziś kupowaliśmy konika dalarneńskiego. Drewniany, ręcznie strugany, zazwyczaj czerwony, z pięknymi także ręcznie malowanymi zdobieniami. Kupienie konika jest sztuką. Kosztuje dużo (te oszukiwane, wycinane mechanicznie są tańsze), ma różne wzory - jedna z ważniejszych szwedzkich pamiątek. Byliśmy może w dziesięciu, może piętnastu sklepach. Staliśmy się wysokiej klasy specjalistami od tych koników. No i wreszcie kupiliśmy. Konik jest śliczny, powinien się O. podobać.
Szliśmy (z konikiem w torbie) w kierunku T-Centralen i nagle zauważyłem, że jest zupełnie ciemno! Przed chwilą między zamkiem a parlamentem robiłem jeszcze zdjęcia budynku opery, a tu najczarniejsza noc. Było około czwartej. Tak, Szwecja to kraj, gdzie są bardzo miłe długie dni w czerwcu i krótkie w grudniu. Słońce u nas jest około czterech godzin. Bardzo krótko…

W Sztokholmie

W czasie lądowania zastanawiałem się - Sztokholm to czy Londyn? Wylądowaliśmy w gęstej mgle. Takiej jak śmietana. Są jednak lotniska, gdzie normalny samolot może bez kłopotu usiąść na pasie. Cóż, nasz Modlin do nich nie należy. Ale lotniskom w Skandynawii śnieg, mróz i mgła nie straszne.
We mgle Sztokholm jest jakiś smutny. Na dodatek śnieg, który ładnie leżał sobie grubą warstwą jeszcze dwa dni temu, zaczął się roztapiać. Robi się mokro. Jesiennie.
Na szczęście mamy jeszcze dekoracje świąteczne i (jak co roku) rozpoczynają się poświąteczne wyprzedaże. Piękne dni dla tych, którzy postanawiają zaoszczędzić. oczywiście nie tylko na bombkach i anielskich włosach, które kupuje się za połowę ceny. Dlaczego nie wpadliśmy na pomysł, by kupować prezenty pod choinkę o tydzień później? Wydaje mi się, że dobrze na swych obyczajach wychodzą Rosjanie i mieszkańcy dawnego Związku Radzieckiego. Ichniejszy Dziadek Mróz (a towarzyszą mu Śnieżynki) przynosi prezenty na Nowy Rok. Taki dziadek może kupić dwa razy więcej prezentów. Ale my wszyscy na szczęście też.
Pomimo tej mgły i roztopów miasto jest kolorowe i radosne. Wigilijne szynki zjedzone, a w domach, gdzie hołduje się tradycji, wypity też wywar z tejże szynki. Suche pierniczki cynamonowe lub imbirowe (julpepparkakor) jeszcze w domu pozostały, ale ciasteczka drożdżowe (też z dużą ilością cynamonu i rodzynkami) zjedzone. Te ciasteczka (kanebullar) je się przez cały rok, ale dlaczego nie jeść ich w Święta?
Właściwie jest już po świętach. Tu i ówdzie w domach zachowało się nieco gloogu, ale wypija się go szybko. No i julmust - taki napój gazowany (teraz tani), który w Polsce można kupić w IKEI. O smaku (bardzo przeciętnym, taka przesłodzona nasza Polo Cockta) pisać nie będę. Tak, czekamy (wszyscy) na Nowy Rok.
A jutro pora iść na zwiad do sklepów. Może rzeczywiście coś będzie warto kupić?

Bambino

Bambino? Z czym się kojarzy ta nazwa? No tak “Lody Bambino jedz latem i zimą”. Kto jeszcze pamięta takie niesmaczne lody wodnośmietankowe sprzedawane na polskich plażach? (Tak, wiem - lody Pingwin były słynniejsze, ale z innego powodu). Nie ma lodów Bambino…
Przy ulicy Kruczej mamy jednak cudowny relikt minionych czasów - bar mleczny “Bambino”. Dziś barów mlecznych w Warszawie jak na lekarstwo, a niegdyś było to jedno z najlepszych i (tak jest do dziś) najtańszych miejsc, gdzie można było zupełnie dobrze coś zjeść. Całe (długie) czasy studenckie jadałem w barach mlecznych. W tym na Mokotowskiej niedaleko biblioteki na Koszykowej. Spędzałem w tej bibliotece wiele godzin, więc nic dziwnego, że leniwe zjadałem tam najczęściej. Teraz mieści się w tym miejscu jeden z lokali Magdy Gesler. Słono-słodki czy może gorzko-słodki? Jakiś taki. Po wyjściu z biblioteki dochodzi się przez prześwit na MDM, stamtąd już niedaleko do Złotej Kaczki. To był chyba największy bar mleczny w Warszawie, dwa poziomy, ciekawa (jak to w tamtym rejonie Warszawy) aranżacja wnętrza. I ten stały, nieznany dziś bywalcom barów, zapach pary pomieszanej z zapachem mleka, zup, przeróżnych naleśników i ścierek.
Bary mleczne? Najlepszy był ten (także dwupoziomowy) przy Świętokrzyskiej. Na górnym poziomie sprzedawano bliny, takie rosyjskie. Czy gdzieś jeszcze można je było w Warszawie kupić? Nie lubiłem “Karalucha” - tego obok Uniwersytetu. “Karaluch” trzymał się przez wiele lat mocno. Ale go już niestety nie ma. Nie lubiłem też tego na Nowym Świecie (istnieje - jakim cudem?) i tego w Alejach - naprzeciw dworca Śródmieście. Nie lubiłem, nie chodziłem. I tyle. Nie zachwycałem się też tym przy Międzynarodowej. W jakiejś odnowionej formie istnieje on nadal. Ale tam było mi nie po drodze. Za to lubiłem ten przy Targowej - koło Bazaru Różyckiego. Niby wszędzie taki sam (no, prawie taki sam) jadłospis, ale na Pradze naleśniki smakowały jakoś lepiej.
No i jeszcze jeden bar mleczny, w którym bywałem częściej - ten przy placu Narutowicza. Taki normalny, swojski. Tam bywałem też na zapleczu, poznawałem więc życie barowe od kuchni. Teraz jest tam restauracja chińska. Nawet niezła, ale mało mleczna.
A bar mleczny “Bambino”? Już dawno, jak w innych takich barach, można kupić mielone lub schabowe. taki on mleczny. Jak to w takim barze - najpierw płacę w kasie, w której zasiada królowa baru. Dostaję paragonik (kiedyś były takie śmieszne żetony) i odbieram moją zupę lub drugie. Czasem trzeba poczekać na podgrzanie i z okienka słychać głośne “leniwe!”. Tak, w barze “Bambino” nie jest znany dawny socjalistyczny okrzyk “leniwe odebrać proszę!”, lecz nowy kapitalistyczny “leniwe!”. No trudno, niech już sobie będzie po nowemu. I tak czuję się jedząc mielony jak w studenckich czasach. I choćby z tego powodu niech bar “Bambino” wiecznie trwa. Cudowny relikt lat minionych.
PS. Nie ma już chyba ani jednego baru szybkiej obsługi. Takiego z tamtych czasów. Szkoda.

Jak się Wam czytało?

Zadałem jednej z moich klas proste pytanie: Jak wam się czytało ostatnią lekturę? - Odpowiedzi można podzielić prosto - “źle i lektura mi się nie podobała” oraz “dobrze, lektura jest fajna”. Czytanie lektur szkolnych to problem wszystkich uczniów. Od jakiegoś czasu zapanowała moda na czytanie opracowań, streszczeń - sama lektura jest często traktowana niezwykle powierzchownie. Ot, takie pójście na łatwiznę. Podobnym jest ułatwianie sobie życia i przepisywanie wypracowań z internetu - często zupełnie bezmyślnie. Innym przejawem tego obyczaju - wręcz patologią jest kupowanie prezentacji maturalnych. Jeżeli mamy takich uczniów, czy możemy się dziwić, że zamiast rozbudzonych intelektualnie młodych kandydatów na studentów wypuszczamy często ze szkół niedouczonych cwaniaków? Rzeczywistość jest niepokojąca i warto o tym kiedyś więcej o tym napisać.
Powiedziałem jednak klasie, że ich (anonimowe) wypowiedzi na temat lektury szkolnej zacytuję. A więc spróbuję wybrać typowe wypowiedzi.
Lekturę czytało mi się źle, ponieważ jest ona nudna. Autorka mogła mieć na celu przekazanie wartości moralnych, jednak…. powieść przypomina tanie romansidło.
Uważam, że jest to książka warta przeczytania, ponieważ autorka zmienia archetypy, tworzy opowieść, która nie wzoruje się na utworach romantycznych czy z innych wcześniejszych epok.
Książkę tę czyta się źle. Problemy i tematy podjęte w tej powieści są interesujące i ważne, ale opisane w sposób nudny.
Powieść czyta się dobrze, ponieważ jako jedna z niewielu lektur napisana jest mniej więcej współczesnym językiem. Porusza interesujące wątki.
Utwór czyta się źle, ponieważ nie interesuje mnie zupełnie jego tematyka. Wszelkie perypetie głównego bohatera uważam za nudne i nieciekawe.
Powieść czyta się dobrze, ponieważ jest ona ciekawie napisana. Czytelnik z niecierpliwością czeka na poznanie historii głównego bohatera.

No i cóż masz tu począć nauczycielu języka polskiego? Wypowiedziało się 20 uczniów. Dziewięcioro było na “tak”, dziewięcioro na “nie”, dwoje napisało “wstrzymuję się od głosu” (może to ci, którzy nie czytali, więc nie śmieli się wypowiadać). A ja muszę pracować z nimi wszystkimi, choć temat ciekawy i nieciekawy, opisany nudnie i atrakcyjnie, konstrukcja jest znakomita i beznadziejna. Jak tu przekonać ich, że Juliusz Słowacki wielkim poetą był? Bo przekonywać trzeba. Tyle że innymi metodami, niż czynił to profesor Bladaczka. Ciężki jest los nauczyciela.

Jak nas widzą…

To nie jest odkrywcze stwierdzenie. Związkowi Harcerstwa Polskiego potrzebna jest dobra promocja. Na każdym szczeblu.
Drużynowy nie rozmawia na co dzień z rodzicami, nie zorganizuje dla nich pokazowej zbiórki, nie zaprosi na wigilię drużyny, nie wydrukuje folderku, w którym pochwali się sukcesami i planami na przyszłość. Drużynowy dziwi się, że drużyna mu się kurczy, choć tak ogromnie zaangażowany jest w prowadzenie zbiórek.
Komendant szczepu nie raczy przekazać dyrekcji szkoły we wrześniu swego planu pracy, nie wpisuje do tegoż planu choć jednego zadania na rzecz najbliższego środowiska, nie wybierze się na chwilę na posiedzenie rady pedagogicznej i zastanawia się, dlaczego dyrekcja szkoły myśli o likwidacji harcówki.
Komendant hufca nie działa w komisji dialogu społecznego, harcerze z jego hufca nie biorą udziału w powiatowych uroczystościach patriotycznych (wszak nie będą stali pod pomnikami) i nie bywa w szkołach, gdzie działają (i nie działają) drużyny. Na dodatek strona hufca jest, delikatnie mówiąc, mało aktualna. I komendant zupełnie nie wie, dlaczego harcerstwo jest dla władz mało znacząca organizacją.
Oczywiście można powiedzieć – nie od tego zależy jakość pracy drużyn harcerskich. Tak, ale powinniśmy chcieć, by nasi sojusznicy – rodzice, nauczyciele, władze jak najwięcej o nas i naszej pracy wiedzieli i byśmy to i owo właśnie z nimi i na rzecz nich zrobili. Taką po prostu jesteśmy organizacją. Bez przyjaciół pracować się nie da.
No tak, a jak jest z naszą promocją na szczeblu chorągwi? Tu trzeba bywać, przyjaźnić się, rozmawiać, pokazywać nas z najlepszej strony i… pisać. Pisać prośby, wyjaśnienia, referaty, wnioski i projekty. Bo na tym szczeblu najważniejsza (czasem) jest korespondencja.
Czytam więc pismo podpisane przez komendanta chorągwi. Do bardzo ważnych władz. O, jakie piękne zakończenie: „Prosimy na pozytywne rozpatrzenie się naszej prośby”. Widać, że rzecz jest trudna – rozpatrzenie się prośby będzie konieczne. O co tak prosi chorągiew? A… już wiem: „Poniesione zostały (przez nas) nakłady finansowe, włożona praca kadry – naszych wolontariuszy, nie chcielibyśmy, aby zostało to zatracone, …. dlatego wymaga również demontażu”. Jakież to piękne – nie ma być zatracone, więc wymaga demontażu. Widać, że nam bardzo zależy, aby odbiorca pisma rozpatrzył się naszej prośbie. W trakcie demontażu.
Ja sobie żartuję z jednego źle zredagowanego pisma. Ot, ktoś wziął jakiś brudnopis, ktoś podpisał, pismo do władz wysłano. Niby drobiazg. Tylko to drobiazgiem nie jest. Bo gdy jednego drobiazgu dodać drugi, trzeci… Gdy do pracy drużynowego dodać pracę szczepowego, komendanta hufca i komendanta chorągwi, to już nie jest to śmiesznie. Naprawdę nie jest.
PS. Pierwsza wersja tego felietonu ukazała się w grudniowym numerze “Czuwaj”.

Next Page »