Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

March, 2013 w archiwum

300 “Czuwaj”, czyli było nieźle

Przed tygodniem spotkaliśmy się na konferencji instruktorskiej z okazji wydania 300. numeru “Czuwaj”. Dyskutowaliśmy o inspiracjach programowych, kształceniu, czytelnictwie. Nasz miesięcznik instruktorski gdzieś znajdował się na marginesie całej debaty. Bo jest niestety “papierowy”, bo wpływ na życie Związku ma niewielki.
Dziś robiłem porządki w domu i między różnymi papierami natknąłem się na “mój” numer gazety. Z grudnia 1997 roku. Wydany zatem ponad 15 lat temu. Numer ukazał się bezpośrednio przed XXXI Zjazdem ZHP. Ileż tam interesujących materiałów! Bardzo interesujących i jakby nadal aktualnych. Po piętnastu latach!
O czym pisaliśmy cztery zjazdy temu?
O sprawach bieżących całej organizacji - nasz kapelan ks. phm. Jan Ujma, dyrektor Caritas Polska ks. Wojciech Łaczewski oraz naczelnik hm. Ryszard Pacłąwski piszą o Betlejemskim Świetle Pokoju. To takie czasy, gdy BŚP organizowalismy wspólnie. Ciekawe?
Publikujemy też pastorałkę naszego przyjaciela hm. Jacka Chlebdy oraz materiał nieżyjącej już Jadzi Skiby o harcerskich kolędach. Pisze ona, że byłoby wspaniale zebrać wszystkie harcerskie wigilijne wiersze, pastorałki i kolędy i wydać je w jednym tomiku. No tak - byłoby wspaniale.
Ja “Wężykiem” (kto pamięta te moje felietoniki?) piszę o druhach nieprzestrzegających ostatniego punktu harcerskiego Prawa oraz zachowywaniu w korespondencji z redakcją zasad ortografii. Spokojnie mogę ten tekst dziś przedrukować.
Naczelnik Pacławski pisze o harcerskim duchu wspólnoty. Krysia Narwicz o rocie Przyrzeczenia, Staszek Dąbrowski o tych, którzy byli w harcerstwie i wcale się tego nie wstydzą, Maryna Hrabowska (ówczesna przewodnicząca ZHP) wspomina jej wielkiego poprzednika hm. Stefana Mirowskiego.
I kogo możemy przeczytać na kolejnych stronach? Dwukrotnie Jarka Balona, w tym raz na spółkę z Anitą Regucką (Anita jest dziś najpłodniejszą autorką “Czuwaj”), Wojtka Katnera - ówczesnego wiceprzewodniczącego i następcę druhny Marii na funkcji przewodniczącego, Janusza Sibińskiego - niestrudzonego dziś także propagatora harcerskiego krwiodawstwa, Grzesia Skrukwę (jeszcze w stopniu przewodnika), Tomka Webera z Miastka, Frania Dębskiego (choć ma dziś chyba z dziewięćdziesiąt lat, nadal jest jak przed laty zadziorny). A dalej Henio Pytlik (przez wiele lat redaktor “Harcerstwa”) o imprezach na orientację, Ania Bieńkowska (harcerka z prowadzonego przeze mnie wtedy szczepu, dziś pani doktor nauk prawnych z ukończoną habilitacją) o Baden Powellu, Janusz M. Kowalski prezentujący artykuł pod znaczącym tytułem “Harcerz karny czy niepokorny…?”.
Robert Bokacki (lepiej pamiętamy jego żonę Kamę - zastępczynię naczelnika ZHP), Marcin Dukaczewski (lepiej pamiętamy jego ojca), Jacek Smura - były zastępcą naczelnika, Sławek Rudziński - superzuchmistrz, Piotr Uhma - później bardzo aktywny instruktor GK, Gabrysia Zielińska - nie tylko superzuchmistrzyni, ale i superszkoleniowiec, druh Andrzej Glass (druhowi Glassowi warto poświęcić odrębny artykuł), Zubek, Ola Gawlikowska, Paweł Zygarłowski i inni.
Nie, nie streszczę, choć tak zamierzałem, tych artykułów. Ale warto przypomnieć sobie, jakie to było pismo i kto w nim pisywał. Bo przy okazji tego trzechsetnego numeru ja mogę (tak jak Grześ Całek dziś) powiedzieć, że robiłem całkiem niezłe pismo.

To były najgorsze zajęcia, jakie przeprowadziłem w życiu

Może nie najgorsze obiektywnie, ale najgorzej ocenione przez uczestników kursu drużynowych. Zaprosili mnie, abym zapoznał ich z metodą harcerską, a ja je rozłożyłem. Dlaczego? Do dziś nie wiem. Było mi smutno, przykro i wstydziłem się strasznie. A przecież tak dobrze znałem broszurę Grodeckiej i Statut ZHP. I tak logicznie wszystko im wyłożyłem.
Poszedłem jednak raz i drugi na takie same zajęcia prowadzone przez znacznie młodsze ode mnie druhny. Najpierw było składanie krowy. W izbie harcerskiej leżały gdzieś jej porąbane cząstki. I okazało się, że krowie nogi to taki fundament metody. Te nogi to Przyrzeczenie i Prawo, uczenie w działaniu, praca w małych grupach, i program. A później na krowie były jakieś plamy (przypominające plamy na krowie ze znanej reklamy). Te plamy to pozytywność, indywidualność itd. Przecież znacie. Wszyscy byli szczęśliwi, że nogi się za szafą i pod biurkiem znalazły. Zajęcia oceniono wysoko i nic z nich nie wynikło.
A później pouczyłem się metody harcerskiej jako domu. Były ściany – cztery. I kilka dachówek. Te ściany i dachówki były oczywiście kompletną metodą, która pięknie się reprezentowała w formie wielkiego pudełka, do którego można było wchodzić. No i wchodzili i wychodzili kursanci do metody i z metody. Zajęcia były znakomite. Co zapamiętali? Chyba niewiele. Kursanci dom (wspaniały) przez lata pamiętali, metodę zaś w drużynach stosowali z umiarem, że nie powiem – z ogromnym umiarem.
Nie, w rzeczywistości coś jest nie tak. Ani ja, ani druhny ze swoimi zajęciami aktywizującymi nie odnieśliśmy sukcesu. Bo może rzecz polega nie na złym obojętnie przez kogo prowadzeniu zajęć, lecz na przejrzystości samej metody? Bo oczywiście ten zestaw haseł lub zadań jest słuszny. I jest bardzo trudny w przedstawieniu. I jest bardzo trudny w realizacji. Bo nasza metoda nie jest ani spójna, ani i prosta.
Tak sobie myślę, czy nie warto sięgnąć do tekstów B-P, podrasować je nieco i zacząć je na serio stosować. Proponuję następujący zestaw czterech krowich nóg (może być – czterech ścian domu):
Po pierwsze – praca systemem małych grup. To oczywiste. Nie ma harcerstwa bez zastępów. Wszelkie dwudziesto- czy trzydziestoosobowe gromady ubrane w mundury harcerskie nie stanowią jeszcze drużyny. Staje się ona w przypadku, gdy jest podzielona na działające zastępy.
Po drugie – w kontakcie z przyrodą. Harcerstwo nie jest zajęciem świetlicowym. Bieg harcerski nie może odbywać się na szkolnych korytarzach. Siedzenie w harcówce i wiązanie węzłów oraz uczenie się alfabetu Morse’a to nie harcerstwo. Proste.
Po trzecie – w formie gry i zabawy. Bo nie interesuje nas na zbiórce wykład, nawet najmądrzejsza dyskusja (chyba że jej uczestnicy mają ponad 18 lat). Wielka przygoda, ciekawa fabuła. Od zuchów aż do szarż.
Po czwarte – z drużynowym (i jego przybocznym) - wodzem, autorytetem, mentorem. Drużynowy to człowiek, który wie wszystko najlepiej. Najlepiej śpiewa i zna się na terenoznawstwie, najlepiej poradzi, jak się uczyć i jak dogadać się ze starszym bratem.
Cztery i tylko cztery elementy metody harcerskiej. Jeżeli do tego dołożymy Prawo (służba) i Przyrzeczenie (wzorce osobowe) Harcerskie, nic nam więcej nie potrzeba, prawda?
PS Pierwsza wersja tego tekstu ukazała się w lutowym numerze „Czuwaj”.

Jola

Prawie dziesięć lat na co dzień współpracowałem z Jolą. Była znakomitą szefową. Dawała nam bardzo dużo samodzielności. “Drużyny - Na Tropie” była naczelną, ja redaktorem odpowiedzialnym i cały czas czułem, że to jest moje pismo, mój miesięcznik, którym kieruję. Strukturę redakcji mieliśmy oryginalną - trzy pisma z jednym nadtytułem, poza moim jeszcze “Zuchowe Wieści” i “Propozycje”.
Wiecie, jak to jest, gdy z radością przychodzi się do pracy? Gdy każdy dzień jest wspaniały? Gdy chce się robić dobre harcerstwo? I to harcerstwo się nieco robi.
A początek nie był zbyt łatwy - mieliśmy pomagać przekształcać się wszystkim drużynom starszoharcerskim (dziś zwanymi wędrowniczymi) w świetne nowoczesne zespoły, gdzie wychowuje się znakomita młodzież. A był to koniec stanu wojennego. Robiliśmy gazetę, moim zdaniem bardzo dobrą gazetę, aż do zmian ustrojowych w Polsce.
Jola - bardzo doświadczona dziennikarka - poprzednio naczelna “Motywów” miała swoje zdanie, wiedziała, jakie harcerstwo być powinno. Jej “Pamiętnik Iki” (Ika była zastępową) był tak autentyczny, że dostawaliśmy listy z całej Polski od instruktorów, którzy z ową Iką chcieli nawiązać kontakt. Jola wiedziała o organizacji wszystko. I może dlatego harcerskie władze za bardzo nas nie lubiły. Wiedzieć coś lepiej niż władze? I pisać o tym?
Myśmy uczciwie pokazywali naszą organizację. Bez retuszu. Dziś zastanawiam się, dlaczego Jola pozwalała mi na różne ekscesy - na przykład totalną krytykę wielkiego Zlotu ZHP, jaki odbył się w 1988 roku w okolicach Grunwaldu.
Z Jolą organizowaliśmy w Perkozie spotkania korespondentów “Na Tropie”, z Jolą prawie całym składem redakcji pojechaliśmy do NRD, by dowiedzieć się, jak wielu w tym państwie jest przeciwników ustroju. Z Jolą bywaliśmy w Załęczu. Nawet gdy Joli z nami nie było, to jednak była.
Jako naczelna czytała każdy tekst. I przez cały czas nigdy nie spieraliśmy się o kształt ZHP, o kierunki rozwoju, tak samo myśleliśmy o decyzjach, które były przez nasze władze podejmowane.
Samodzielność czasami daje niespodziewane efekty. Dopiero jakiś czas po likwidacji “Drużyny” dowiedziałem się, jak Jola (i tacy jak ja - jej współpracownicy) byliśmy nielubiani przez część naszych decydentów. Ale nie zmienia to faktu, że Jola była znakomitą szefową, wiedzącą wszystko o metodzie harcerskiej i jej praktycznym w drużynach stosowaniu, cudownym człowiekiem, przez nas wszystkich bardzo szanowanym i lubianym.
Hm. Jolanta Chełstowska zmarła 28 lutego. Żal.