Adam Czetwertyński » 2013 » April

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

April, 2013 w archiwum

Progressive

Miało być śmiesznie, miało być poważnie, miało być krytycznie, i ironicznie, i miało nam dać nieco do myślenia. Ot, błahostka pokazująca jakieś eliminacje do jakiegoś popularnego programu telewizyjnego, tzw. talent show, gdzie jakieś zacne czy też nawet znakomite jury wybiera najlepszą… tu w tym przypadku piosenkarkę. I przepuszcza ją dalej, do kolejnego etapu zabawy.
Zbigniew Zamachowski - bystry obserwator takich programów- napisał scenariusz, zaprosił też jako członków do swego jury Katarzynę Groniec i Pawła Królikowskiego. Miał podstawę, na której widowisko zostało zbudowane. Zaprosił też do swego kameralnego spektaklu Aleksandrę Długosz - grającą naiwną i perfidną, zakochaną i odrzucającą zaloty, ostrą i łagodną panienkę biorącą udział w tychże eliminacjach. Niestety wykruszyła się (chyba) Ola Radwan, której zdjęcie widnieje na programie “Progressive. Eliminacji”.
Punkt wyjścia bardzo interesujący. Jeżeli do tego dodać piosenki skomponowane przez Jerzego Satanowskiego - sukces wydawałby się murowany.
I co? Ano nic. Jury stara się, jak może, abyśmy myśleli, iż stanowi grupę skretyniałych nieudaczników. Groniec gra Korę do sześcianu, na dodatek chyba pijaną - i wcale nas nie śmieszy. Królikowski, będący świetnym aktorem, przekonuje nas, iż mówienie tekstów złożonych z samych nonsensów rzeczywiście sensu nie ma. Ale wsłuchiwanie się w bełkot wypowiadany przez przez najlepszego nawet artystę może bawić przez pięć minut. Pokazywanie, iż członkowie jury zupełnie nie są zainteresowani tym, co prezentuje kandydatka na piosenkarkę to plus przedstawienia, ale wystarczy przecież otworzyć telewizor w któryś weekendowy wieczór i widzimy to samo, tylko nie tak przerysowane. Czy końcowe pięć minut wypowiadania samokrytycznych uwag o zawodzie warte jest siedzenia na widowni? Nie umiem do końca odpowiedzieć na to pytanie.
Na szczęście widowisko jest krótkie, więc cała czwórka aktorów nie musi się zbyt długo męczyć na scenie. Najmilsze jest (co nie dziwi) posłuchanie kilku piosenek w wykonaniu młodej aktorki. Co prawda w obowiązkowym “dymku”, więc jest i tu nieco dodatkowego banału. Ale piosenki są miłe, wykonane poprawnie.
Następnym razem, gdy Zbigniew Zamachowski będzie chciał coś pokazać własnego, niech wynajmie sobie do pomocy zawodowego scenarzystę czy dramaturga. Bo pomysł był. I na pomyśle się zakończyło.

Młody Stalin, czyli rewelacja

Na scenie Teatru Dramatycznego pierwsza autentyczna premiera tego sezonu. Premiera niezwykła. Autorem sztuki jest dyrektor teatru (i jego dyrektor artystyczny) Tadeusz Słobodzianek. Ta premiera to start do nowego etapu działalności tej sceny. Po “Przodowniku” przy Olesińskiej (dla mnie, przepraszam z góry wszelkich krytyków, najciekawszej propozycji teatralnej minionych lat), po Teatrze na Woli (co tam było rzeczywiście interesującego poza “Naszą klasą”?, przecież nie “Amazonia”?), prawdziwy miejski teatr, w którym mistrz Słobodzianek stara się posprzątać. Trzecia, a właściwie pierwsza scena “trójteatru”.
Autor i dyrektor - po raz pierwszy widziałem go w marynarce i białej koszuli - usatysfakcjonowany. Pokazał ze swym ulubionym reżyserem Andrejem Spisakiem kolejne widowisko historyczne - tym razem z roku 1907 rzecz o młodym Stalinie.
Ileż w tym świetnie napisanym tekście znakomitych dialogów. Ileż możemy ważnych i ciekawych wiadomości o przyczynach tego, co wydarzyło się w Europie od roku 1917 aż do połowy XX wieku.
Od sceny, gdy Soso Dżugaszwili zadaje swej matce pytanie, czyim właściwie jest synem, wymieniając jej kochanków i potencjalnych kochanków. Aż do zastrzelenia z zimną krwią swego szkolnego kolegi. Cały czas autor trzyma nas w napięciu. Czego jeszcze o tamtych czasach się dowiemy? Bo niewątpliwie jest to autentyk, bo niewątpliwie wydarzenia relacjonowane miały miejsce, bo cynizm Stalina, jego stosunek do otoczenia trzeba uznać za prawdziwy.
Słobodzianek przenosi akcję z Gruzji do Paryża i Londynu, do Krakowa i Wiednia. Za każdym razem wędrujemy ze Stalinem - działaczem bolszewickim, który (jak i ukazany przez chwilę Hitler) jest człowiekiem z innego świata, z trudem rozumiejącym, jak funkcjonuje współczesna. Ale czego chcieć od człowieka, który przez kilka lat w gruzińskim seminarium kształcił się do funkcji popa?
Wychodzimy z teatru mądrzejsi. I nie jesteśmy znudzeni. To naprawdę sukces autora i całego zespołu.
PS Ciekawy dla nas jest epizod krakowski, gdy w kawiarni Michalika nasi twórcy kabaretowi przygotowują występ, mający wzmocnić ich wniosek o dotację. I co okazuje się najlepszą piosenką? “Musimy siać” Wincentego Pola. Cóż… grunta nasze marne… nam do orki pługów brak i bron… Niech żyje Piwnica pod Baranami!