Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

June, 2013 w archiwum

Trup przy szosie

Pisałem już kiedyś o tym. Niektóre przedstawienia zapomina się w chwili wyjścia z teatru. Tak jakby się niczego nie oglądało. Jednym uchem wpada, drugim wypada i rzecz się kończy.
Jak jest z nowym przedstawieniem Teatru na Woli? Przedstawieniem, którego tytuł brzmi “Martwa kobieta na poboczu” lub jakoś tak podobnie. No tak, to “kryminał”. Jest martwa kobieta, jest śledztwo. Nawet w ostatnich scenach dowiadujemy się, kto jest mordercą.
Pytanie, czy coś z tego “kryminału” zapamiętałem? Czy opowieść o zwłokach (rozebranych) leżących gdzieś w rowie warto opowiedzieć w teatrze?
Na te dwa pytania odpowiedzi są różne. Rzeczywiście to i owo pozostaje w pamięci. Na przykład jakieś wielkie zające z ogromnymi uszami. Albo ta panienka, która ponoć naga leżała na poboczu szosy a później towarzyszyła różnym wydarzeniom, przyglądała się śledztwu oraz wykąpała się w postawionej na scenie wannie.
Ale na drugie pytanie, czy warto wystawiać taką sztukę, odpowiedź brzmi “nie”. Nie warto podejmować tak wiele wysiłku, aby pokazać, jak ten najmniej podejrzany osobnik okaże się przypadkowym dość mordercą. Zupełnie jak u Agatki C. No, gdybyśmy dowiedzieli się czegoś ważnego o ludziach, albo czegoś interesującego, lub śmiesznego. A tu nic. Nie, przepraszam. Coś bym sprostował. Bo może autor lub reżyserka uważali, że te istotne problemy egzystencjalne są na scenie prezentowane. Tylko ja, gapa jedna, tego nie zapamiętałem lub nie zauważyłem.
Po premierze, aby znudzeni widzowie nie wychodzili w kiepskich humorach, daje im się jeść i pić. No więc ta część spotkania na Woli była bardzo udana. Właściwie mogłoby się całe widowisko na tej części rozpocząć i zakończyć. Czy tak nie byłoby sensowniej? I taniej?

Dzień dobry…

- Dzień dobry, panie profesorze - w autobusie 523 słyszę głos ślicznej niedużej blondynki. Tak, “panie profesorze” świadczy, że to moja dawna uczennica. Kiedy ją uczyłem? W lekkiej panice staram sobie przypomnieć, w której mogła być klasie…
- Pan mnie nie pamięta? - nie, nie pamiętam; gdyby postawiono ją obok innej blondynki, to pewnie ją wybrałbym jako “tę moją”. I nic więcej. No tak, maturę robiła osiem lat temu. To już dla niej epoka, ale dla mnie też. Ola kończy doktorat, coś chciałaby wiedzieć o szkole. Powoli gdzieś sobie Olę umieszczam między innymi uczennicami. Powolutku, powolutku pamięć mi wraca. I myślę, że byłoby miło, gdybym jeszcze raz jej “Dzień dobry” usłyszał.
- Dobry wieczór - słyszę na osiedlu Ostrobramska. Noc, ciemno a mnie zaczepia dwumetrowy gość. - Jestem Wawrzyniec. - Aaa, Wawrzyniec, uff, kojarzę. Ale nie mam czasu, nie mam możliwości zamienienia nawet kilku zdań. Jak mnie on w tej ciemności rozpoznał? Po dłuższej chwili, gdy już jechałem w stronę domu, zrobiło mi się przykro. Dlaczego z nim nie porozmawiałem? To był taki sympatyczny uczeń.
- Dzień dobry - jadę do centrum handlowego, w autobusie zaczepia mnie młody człowiek trzymający rower. Tak, uczyłem go, nawet wiem, kto był jego kolegami. Byłem z nimi w Wilnie, byłem w Krakowie. takich klas się nie zapomina. Rozmawiamy. - Panie profesorze, czy nie miał Pan wysiąść na poprzednim przystanku? - Miałem.
- Dzień… - jakaż śliczna dziewczyna. Tak, tę też uczyłem. Rozmowa się nie klei. Może dlatego, że tej rzeczywiście przypomnieć sobie nie potrafię? Uczyłem ją rok, później przeszła do równoległej klasy. Ale chce wiedzieć jak najwięcej o szkole. Tylko jak jej opowiadać, gdy stoi się w samym środku Złotych Tarasów?
To miłe, bardzo miłe. - Dzień… - kto zaczepi mnie jutro?