Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

September, 2013 w archiwum

Kabaret

Warszawski? Berliński? Nowojorski? I czy na pewno kabaret? W rzeczywistości dwa spektakle jednego wieczoru - prawie pięć godzin w teatrze. Spektakle, które nie nużą, pozwalają pomyśleć tak o naszej przeszłości, jak i teraźniejszości.
Ta przeszłość to ów Berlin przed II wojną światową. Teraźniejszość to Stany Zjednoczone na przełomie XX i XXI wieku. Konfrontacji w zasadzie nie ma. Raczej są obrazki i mniej (zazwyczaj) lub bardziej (z rzadka) radosne scenki. Bo cóż jest tematem “Kabaretu warszawskiego”? Wydaje się, że Warlikowski, który jak wiemy, swe przedstawienie wyprodukował nie tylko dla polskiej publiczności, chciał nam powiedzieć, iż w życiu człowieka dominuje przede wszystkim jego seksualność. Pokazał, że prawie sto minionych lat to ona wpływała na otaczającą nas rzeczywistość.
Prawda to czy fałsz? Każdy z widzów musi sam odpowiedzieć na to pytanie. Reżyser podpowiada nam odpowiedź drukując w programie między innymi słowa J. C. Mitchella: - Fascynuje mnie możliwość ukazywania tego, co zwykle ukryte, przysłonięte zmową społecznego milczenia.
Bo mamy w Teatrze Nowym układy hetero-, homo-, panie, panów (i świetnego transpłciowego Jacka Poniedziałka). A wszystko dozwolone od lat szesnastu. Nagość w rzeczywistości ograniczona tu do minimum. Reżyser pokazał klasę.
Z dwóch części widowiska ta pierwsza wydaje się ciekawsza. Żydzi uczący się przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych angielskiego, olimpiada w Berlinie, tłumaczenie, dlaczego należy rozwiązać “problem żydowski”… Poszczególne cząstki kabaretu układają się w logiczną całość.
Gdy zaczyna się część druga, przez dłuższy czas obserwujemy sprawność fizyczną dwojga aktorów zamkniętych w szklanej klatce. Gdy się z niej uwolnią, nadal będą próbować mieć ze sobą kontakt fizyczny, co zaczyna już nużyć. Wiele scen jest wydłużanych, zastanawiamy się, co będzie dalej i czekamy, aż runie nowojorski wieżowiec.
Cóż. Maja Ostaszewska w wywiadzie do jednej z gazet powiedziała o intencji reżysera: -W tych dwóch światach Berlina i Nowego Jorku przegląda się dzisiejsza Warszawa. “Kabaret warszawski” opowiada o naszych problemach, o naszym zderzaniu się z nietolerancją polityczną i obyczajową. O prawie do wolności, do spełnienia. O próbie zepchnięcia na margines społeczny każdego, kto nie podporządkuje się konserwatywnym regułom.
Może i tak jest, choć trudno to do końca pojąć. Warszawa spektakl doceni. Ja na pewno pójdę na kolejne widowisko Krzysztofa Warlikowskiego. I tyle.

Kulturalny tydzień

Poniedziałek
Zaczęło się fatalnie. Dzwoni pani z “Powszechnego”: - Panie Adamie, miał Pan pójść za tydzień na “Romeo i Julię”, ale aktor uszkodził sobie nogę i przedstawienie jest odwołane. - Życzę więc panu aktorowi szybkiego powrotu do zdrowia, aby mógł na obu nogach wskakiwać na balkon lub z niego zeskakiwać. Cóż mogę więcej.
Wtorek
Dzwoni O.: - Może chcesz pójść dzisiaj na “Kabaret warszawski”. Mieli grać tylko pierwszą część, ale grają obie. Wczoraj była premiera. Cała kulturalna warszawka o niej mówi. - Jasne, że chciałem. Nie poszedłem, gdzie miałem pójść, zawaliłem, czego nie miałem zawalić i swoje prawie pięć godzin w Teatrze Nowym odsiedziałem (o czym napisałem odrębny felieton). Po raz pierwszy byłem w hali Nowego przy ul. Madalińskiego. O rzut kamieniem od dawnej siedziby. Pomieszczenie pewnie będzie do końca świata w remoncie (to wejście, ta szatnia, ten brak możliwości napicia się czegokolwiek w czasie kilku godzin), ale dziś prezentuje się imponująco.
Czwartek
“Ciało i umysł” - festiwal teatrów… hm… tańca? ruchu? Nie znam się na takich teatrach. Tu taniec solo, tu w zespole. Jedni ubrani, drudzy całkiem rozebrani. Wybrałem “John the Houseband “. Zapowiedź była intrygująca. Taniec, piosenka, muzyka. Spektakl profesjonalistów udających amatorów, udających profesjonalistów. Znakomita inteligentna zabawa. Prostota i wyrafinowanie. Bomba.
Piątek
“Mewa”. Jak ja lubię sztuki reżyserowane przez Agnieszkę Glińską! W “Narodowym” kulturalnie, klarownie, przekonująco pokazana jedna z najbardziej znanych sztuk Czechowa. “Mewę” oglądać tam można już trzeci sezon. Uważam, że o klasie aktorów (i klasie teatru) świadczy, że kolejne, któreś tam z kolei przedstawienie jest nadal bezbłędnie grane. A tu nawet Joanna Szczepkowska prezentuje się bardzo dobrze, choć staje się rzeczywiście (jak u Czechowa) coraz bardziej starzejącą aktorką.
Sobota (i niedziela też)
Szalone dni muzyki w Teatrze Wielkim (i przed teatrem). Ten pomysł już chwaliłem. Godzinne, czasem krótsze koncerty grane przez najlepsze polskie orkiestry i znakomitych dyrygentów, ale także przez orkiestry szkół muzycznych z całego kraju. Bardzo miło jest siedzieć na wypełnionej sali naszej opery i słuchać poważnej, ale popularnej muzyki francuskiej i hiszpańskiej (bo taki jest grany w tym roku repertuar). “Zabiłem byka…” nuciłem sobie dwa razy. Gdyby jeszcze ta publiczność nauczyła się klaskać w odpowiednich momentach. Ale wszystko jeszcze przed nią.
Tydzień zaczynał się paskudnie, ale nie był jednak najgorszy. Zaczyna się następny.

Nosferatu

No tak, tego mogłem się spodziewać. Przecież spektakl Grzegorza Jarzyny nie mógł być inny, nawet jeżeli obsadził w jednej z ról samego dyrektora naszej narodowej sceny. Siedziałem sobie na widowni i myślałem “O co reżyserowi chodzi?”.
Owszem - wampir jest nieszczęśliwy, nawet jeżeli przeniósł do swojego świata aniołka - śliczną Lucy. Fakt - w Lucy kocha się trzech zacnych panów, ona nie umie wybrać, dlatego najchętniej omdlewa. W chwili otrzeźwienia zastanawia się, czy kobieta nie mogłaby mieć trzech mężów. Ale to była tylko chwilka. Właściwie to dobrze, że Nosferatu zabrał ją do siebie. Przecież na ziemi, choć mieszkała w nie najgorszych warunkach, dobrze jej nie było. A poznajemy ją w wielkim pomieszczeniu pałacowym, które może być też szpitalem (ileż tam umysłowo chorych?) i ekskluzywnym hotelem (całkiem nowoczesnym, wszak bohaterowie korzystają z telefonów komórkowych).
Ja rozumiem - Jarzyna musiał trochę nawiązywać do powieści, która go zainspirowała do stworzenia spektaklu. Ale czy nie mógł wziąć się za jakiś inny tekst? Czy musiał nam pokazywać kolejne śmierci kolejnych bohaterów - zazwyczaj mordowanych przez swych towarzyszy? No, Nosferatu też do tych zabójstw się przyczynił. Na szczęście reżyser nie zamontował swemu wampirowi długich wystających kłów. Nakłucia na przykład na szyi Lucy były bardzo delikatne (ale pokazane na ogromnym ekranie - bo dlaczego by nie).
No cóż. Witkacy zawsze żywy. Na pomysłach Witkacego zawsze można wybudować kolejny spektakl. Niech więc nie będzie żadnej logiki w zbiorze poszczególnych scen, ponoć tak być musi. Tylko czy my musimy twierdzić, że to wybitne przedstawienie?

I znów nowa

Tak, znów nowa matura. Właściwie nie całkiem nowa, ale zreformowana. Do maja 2015 roku jeszcze dużo czasu, ale czy tak myślą uczniowie drugich klas we wszystkich polskich liceach?
Przeczytałem uważnie informator zawieszony na stronie CKE. I jakie można mieć na temat matury z polskiego (oczywiście tej podstawowej) wstępne uwagi?
Wydaje mi się, że egzamin pisemny tylko trochę się zmienia. To, że będą dwa “testy” a nie jeden - to drobiazg. Nadal za ową część matury otrzymać będzie można dwadzieścia punktów, nadal będą sprawdzane te same umiejętności. Tylko osobom układającym zadania maturalne będzie łatwiej je opracowywać. Druga część matury pisemnej praktycznie się nie zmienia. To, że drugie zadanie będzie analizą wiersza, nikogo nie dziwi. Punktów nadal maksymalnie pięćdziesiąt.
Zmienia się nieco sposób oceniania. Ale tym maturzysta martwić się nie musi. Czy egzaminator będzie miał mniej czy bardziej szczegółowe wytyczne, czy będzie “klucz”, czy też go nie będzie, dla egzaminowanego nie jest istotne.
Ale egzamin ustny to pełna rewolucja - jest on moim zdaniem znacznie trudniejszy niż dotychczasowa prezentacja. Dlaczego? Wydawałoby się, że mówienie przez dziesięć minut na temat jakiegoś tekstu kultury powinno być proste. Ale proste ono jest dla nauczycieli - nie dla uczniów. Poprzednio większość abiturientów uczyła się na pamięć swojej prezentacji i recytowała ją na egzaminie. Dziś wymaga się po piętnastu minutach przygotowania pełnej, zwartej, rzeczowej wypowiedzi. I to nie tylko na temat przedstawionego materiału, ale innych wiążących się z nim innych tekstów. Wymaga to od maturzysty ogólnego rozeznania, szerokiego spojrzenia na otaczający nas świat.
Przykłady, jakie zaserwowała nam Centralna Komisja Egzaminacyjna, są charakterystyczne. Co mój uczeń powinien wiedzieć o labiryntach? A co o abakanach? Czy nieco o polskiej szkole plakatu? Czy coś o symbolach - na przykład łańcuchach? Ile musi umieć - w głowie się nie mieści.
Wiedzieć to jedno. Ale mówić dziesięć minut to drugie. Uczniowie nie są przygotowani do samodzielnego prezentowania dłuższych wypowiedzi. Posługują się językiem sms-ów. Językiem maili. Próbuję aktualnie sprawdzić w mojej drugiej klasie liceum, ile czasu potrafią uczniowie mówić bez przerwy. Nawet P., wygadana na co dzień, nie umie swobodnie dłużej się wypowiadać. Dlatego nieco się martwię. Ale będę pracował. Przecież cała klasa musi zdać maturę.

Balijska

Nie, nie będę się wymądrzał, że znam się na kuchni balijskiej. Po prostu czasami, gdy bywam w “Blue”, jem tam lunch. I lunch jest zupełnie nietypowy. Bo większość dań przygotowywana jest na parze. Te dania to na przykład pierożki, do których wkłada się bardzo różne produkty. Ja jako człowiek mięsny, proszę o odpowiednie ingrediencje. Znajduje się tam mięsko, które jest dosyć bezbarwne w smaku. Trzeba jednak pamiętać, że jest ono przygotowywane na parze. Więc ta zawartość jest jakby ugotowana.
Właśnie - ja zjadam mięsko, ale wegetarianie i weganie mają dużo możliwości pierożkowych, bo wkładane są do nich różne warzywka albo jakiś farsz szpinakowy.
Ostatnio jednak jadłem tam chili z kurczakiem (a może kurczaka w chili?). Na pozór coś podobnego do serwowanych nam dań wietnamsko-chińskich w naszych rozlicznych barach i budkach. Ale jaka jest różnica między warzywkami na parze i między kurczakiem też tak przygotowanym! Smaczne i (tak, tak) dietetyczne. Ani grama tłuszczu, ani miligrama przypraw polepszających smak. nawet soli niewiele.
Tylko czy to gotowanie na parze jest charakterystyczne dla kuchni balijskiej? Latem w Szwecji spotkałem takie same pierożki, takie same drewniane sitka, w których produkty się przygotowuje (a później w nich podaje) w barze, który nazywał się (w tłumaczeniu na język polski) “Pekin”. A więc to chińszczyzna? Powtarzam, nie znam się na tej kuchni, ale niezależnie skąd pochodzą owe pierożki, są one smaczne i znów w pobliskim “Blue City” pewnie je zamówię.

Next Page »