Adam Czetwertyński » 2013 » November

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

November, 2013 w archiwum

Przedstawienie szkolne

Wolny piątkowy wieczór. W Akademii Teatralnej studenci IV roku grają “Zimową opowieść”. To rzadko pokazywana sztuka Szekspira, którą moglibyśmy dziś nazwać typową tragikomedią. Na scenie chyba komplet młodych aktorów. Co najmniej dwadzieścioro. U Szekspira ról bez liku, więc każdego da się obsadzić - każdemu należy się jakaś rola lub rólka. Na widowni też sporo widzów. Nie tylko ja jeden lubię zorientować się, kto nas będzie niedługo zachwycał (lub nie zachwycał) w teatrach w najbliższych sezonach.
Tegoroczny czwarty rok niestety nie prezentuje się nadzwyczajnie. Czegoś temu zespołowi brakuje. Trudno zdefiniować, czego. Poczekajmy na kolejne premiery, może mi się uda całą ekipę opisać. Lecz każdy ze studentów (i każda) swoją buławę ma w plecaku. Niezależnie od dykcji, krzywych nóg czy nieporadności w zachowaniu się na scenie. Z tego, co widać (i słychać), najlepsi są jako wokaliści. Ale już od dawna wiemy (np. słuchając wcześniej “MP4″), że głosy w Akademii Teatralnej są dobrze ćwiczone.
Przedstawienie szkolne. Do analizowania w liceum. Część pierwsza - tragedia, część druga - komedia. Grana tak konwencjonalnie, tak umownie, jakbyśmy oglądali operę. Zresztą piosenki są świetnymi przerywnikami toku akcji. Po obejrzeniu “Zimowej opowieści” można z każdym uczniem porozmawiać o kilku podstawowych problemach. Na przykład o scenografii. Tutaj bardzo ascetycznej i zarazem pomysłowej. Albo o reżyserii światła. Tym razem tak ustawiano światła, by punktowo wydobywać postacie aktorów i eksponować osoby, które prowadzą dialogi. Można też rozmawiać o konwencjonalności teatru jako sztuki pozornie ukazującego prawdziwe wydarzenia. Tu możemy wykorzystać postać Czasu - przy okazji - znakomicie zagranego.
Dlatego mało znacząca jest wiedza o Szekspirowskich Czechach i Sycylii. O prostakach i książętach (tych drugich zdecydowanie więcej), o przebierankach i ukrywaniu twarzy…
W sumie miły wieczór. Bo przecież pomimo tragicznej części pierwszej wszystko skończyło się dobrze. A młodzi aktorzy? Życzmy im sukcesów.

Motety w Sztokholmie

Taki laik jak ja nie powinien pisać o muzyce. A pisanie o koncercie, w czasie którego słuchamy kilkunastu motetów, jest już bliskie chodzenia po linie. Można spaść i zrobić sobie krzywdę. Więc o muzyce postaram się nie pisać.
Na zewnątrz ciemny jesienny szwedzki wieczór, ostro pada, kilkadziesiąt metrów od wyjścia z metra, a my już jesteśmy mokrzy, obok kościoła na wprost Dworca Centralnego wielkie maszyny kruszą skałę. W Sztokholmie śpiewa w kościele św. Klary Chór Motetowy (jak to poprawnie napisać po polsku?)… Szesnastowieczne mury, skromne wyposażenie, wygodne ławki (dlaczego w kościele ewangelickim siedzi się wygodniej niż w katolickim?) i piękne głosy.
Motet (z francuskiego mot - “słowo”) to gatunek muzyczny obecny w muzyce od XIII w. Motet powstał przez podkładanie słów pod jednosylabowe odcinki melodii. Jak czytamy u cioci Wikipedii, największą rolę odegrał w okresach średniowiecza i renesansu, ale tworzony jest przez wielu kompozytorów do dziś. Śpiewany jest przez kameralne zespoły wokalne a cappella lub z towarzyszeniem instrumentu. Tak samo jest w Sztokholmie. Chór śpiewa bez akompaniamentu lub przy dźwiękach fortepianu.
Moje ucho nie rozróżnia, kiedy który z motetów powstał. Katarzyna Assandra swoje motety pisała na przełomie XVI i XVII wieku, ale słuchamy znacznie późniejszego Verdiego, Brahmsa i Rheinbergera. Słuchamy też współczesnych kompozytorów. Krótkie, tematycznie związane z tokiem mszy.
Jak to się dzieje, że kilkunastoosobowy chór potrafi bez nagłośnienia tak świetnie być słyszanym, jakby śpiewało stu solistów? Jaka musi być akustyka kościoła, że każdy dźwięk tak się rozchodzi? Nie wiem. Było wspaniale. Mnie po prostu strasznie się podobało, znacznie bardziej niż niedawno słuchany w Lipsku Bach i Britten.

Druh Mirek

Wydaje mi się, że powinienem utworzyć odrębny dział “Pożegnania”. Bo tych pożegnań, często niespodziewanych, robi się niepokojąco dużo.
Fakt, znam wiele osób. Fakt, czas płynie tylko w jedną stronę. Ale to już kolejny instruktor odchodzi na tę drugą stronę. Kolejny żal.
Nie, ze zmarłym wczoraj druhem Mirkiem nie byłem zbyt blisko. Różniło nas wiele, nie tylko wiek, wszak jestem znacznie młodszym pokoleniem harcerskim, ale chyba spojrzenie na naszą organizację, na jej pracę, sukcesy i klęski.
Bo Mirek był człowiekiem bezkompromisowym. Jednoznacznym ideowo. Człowiekiem, który zawsze miał rację. I rzeczywiście tę rację bardzo często miał.
Po 56 roku jako już młody doświadczony instruktor został komendantem Hufca Grochów. Ten Grochów, który szybko podzielił się na dwa hufce (powstał mój macierzysty Hufiec Saska Kępa). I być może druh Mirek długo działałby na Grochowie (a miał tam sporo sukcesów), gdyby nie koncepcja tworzenia wielkich hufców dzielnicowych. Po połączeniu z odłączoną Saską Kępą już na komendanta mianowany nie został. Dlaczego? Może owa bezkompromisowość tu zaważyła?
To był dla Mirka cios, opuścił swoją ukochany teren (mieszkał wszak od zawsze na Grochowie) i powędrował na daleką mu Wolę. Stamtąd już niedaleko było do zawieszenia harcerskiej działalności.
Mirek w ostatnich latach był członkiem chorągwianej komisji historycznej. Przejął ode mnie redagowanie “Biuletynu historycznego”. Był aktywny, zapraszał do swojego biura (on, starszy pan od dawna w wieku emerytalnym prowadził duże ogólnopolskie stowarzyszenie właścicieli prywatnych nieruchomości). Zapraszał do swojego domu (a dom to małe muzeum historyczne z dużym zbiorem pamiątek). Chwalił się swoim antycznym prawie samochodem. Dobrze się z nim rozmawiało. Przedstawiciel polskiej autentycznej inteligencji. Takich jest już mało.
W październiku w czasie spotkania komisji przekazał nam kolejny numer “Biuletynu”. Był z niego dumny. Wydany nie za pieniądze organizacji, lecz prywatnych sponsorów. Jak zwykle ostry, jak zwykle konkretny.
Będzie go nam w harcerstwie brakować.