Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

March, 2014 w archiwum

Dzień teatru na 6. piętrze

Niebywałe. Po raz pierwszy poszedłem do teatru “6 piętro” w Pałacu Kultury w Międzynarodowym Dniu Teatru. Dlaczego na szóste pietro nigdy się nie wybrałem? Po prostu w tym prywatnym teatrzyku bilet w najlepszych rzędach kosztuje 150 złotych. Chodzenie na komedyjkę, choćby w najlepszej obsadzie, za takie pieniądze wydaje mi się mało rozsądne. Tyle samo kosztują bilety do Opery. Jeżeli miałbym wybierać - wolałbym się wybrać na Plac Teatralny. Ale i tam bywam już rzadko. Ot, oszczędności.
Darowanemu koniowi nigdzie jednak zaglądać nie będziemy. Bilety spadły mi z nieba (a właściwie z Dolnego Śląska, ale to inna historia) i miałem okazję obejrzeć “Zagraj to jeszcze raz, Sam”. Na tym przedstawieniu byłem - sto, a może sto pięćdziesiąt lat temu. Niewiele z niego pamiętam. A filmu chyba nigdy w całości nie oglądałem.
Sala pełna, na schodach tłum tych, którzy w mniej komfortowych warunkach oglądają Wojewódzkiego za 70 złotych. Bo wejściówka też tu nieźle kosztuje. Na scenie (spektakl jest grany od czterech lat!) radośnie. Kuba Wojewódzki gra dobrze - przecież nie jest on zawodowym aktorem a my o tym zapominamy- ot, na scenie prezentuje się profesjonalista. Z ekranu schodzi Daniel Olbrychski. niestety to już nie ten sam aktor, który przed laty grał Kmicica - starzeje się on zdecydowanie za szybko. To nieprawda, że Bogart musi mówić z zaciśniętymi szczękami z lekka sepleniąc. Pozostała trójka aktorów mieści się w granicach średniej nie wymagającej ironicznych komentarzy.
Sala pełna. I jeżeli lubimy dowcip Woodego Allena, bawimy się dobrze. Miły ale gapowaty główny bohater, mnóstwo podtekstów erotycznych, znana (lub dla niektórych przewidywalna) akcja. Wszystko kończy się dobrze, choć autor rozwija akcję w różnorodnych kierunkach. Nie ma o czym pisać. Sympatycznie, radośnie spędzony wieczór, po którym zastanawiamy się, czy wybrać się jeszcze raz na 6 piętro. Zastanawiamy się i mówimy “tak”. Pod warunkiem, że i po raz kolejny bilety też nic nie będą ani grosza kosztować.

W pijanej sypialni

Taaak. Najpierw należy wybrać nazwę. Powstaje nowa trupa - grupa młodych ludzi chce się w teatr bawić i chce tę zabawę pokazywać publicznie. I wtedy (niezaleznie od programu, repertuaru i konkretnych przedstawień) pada pytanie - jak mamy się nazywać. Może tak śmiesznie, tak, aby każdy nas zapamiętał - niech będzie pijana sypialnia. Bez sensu, ale śmiesznie. Autorzy tej nazwy pewnie mają uzasadnienie. Owe narodziny nazwy na pewno przebiegało zupełnie inaczej. Ale wyszło głupio. Gdybym miał tylko sugerować się ową sypialnią, na pewnie do przedziwnej sali teatralnej przy Hożej bym się nie wybrał.
Ale czy bym wybrał się do Studia Teatralnego Koło? Przecież nazwa tego profesjonalnego testru zdaje się wskazywać na teatrzyk amatorski. A Druga Strefa? Oj, jak trudno o dobrą nazwę teatru… Na dotatek w Drugiej Strefie grają “Przygody penisa” albo jakiś podobny tytuł. Obrzydliwość.
Nic to. W pijanej sypialni “Wodewil warszawski”. Ot śpiewogra z wątłą fabułką, która nawet sensownie się zaczyna ale pod koniec przedstawienia już nie wiemy, o co chodzi. Stare warszawskie piosenki, takie z okresu międzywojennego. Ale casting już jakby współczesny. To w tej drugiej - słabszej części. Świetny taniec i generalnie ruch sceniczny, nieźle śpiewane piosenki (jakże miło, że sala nie została nagłośniona i w okolicach ust aktorów nie zwisają jakieś mikrofoniki. Orkiestra na żywo. Bawimy się świetnie (nawet wtedy, gdy już padają jakieś współczesne dowcipy. Nawet tę piosenkę o rydzu i jego twaedym solignym korzeniu da się zaakceptowac. Bo autentycznego świntuszenia w pijanej sypialni jak na lekarstwo.
Grają w jakiejś dawnej halce produkcyjnej fabryki serów. Jeszcze stoi tam jakieś okropne urządzenie. Teraz zupełnie nie wiadomo, do czego służące. I w całym pomieszczeniu słupy, uniemożliwiające stworzenie normalnej sceny. A więc słupy są elementem nieistniejącej scenografii. Wokól nich można biegać i tańczyć. Szkoda, że sypialnia nie gra w lepszych warunkach.
Ale piętro niżej ciekawa kawiarnia - obok sala gimnastyczna i ścianka wspinaczkowa. Hoża 51 to bardzo ciekawe miejsce.

Benefis

Danusia skończyła 88 lat. Piękny wiek. Kto nie zna Danusi? To postać w harcerstwie mityczna. To jedna z tych osób, która “całym życiem”. Znamy się z Danką kilkadziesiąt lat. Kiedyś bylśmy konkurującymi ze sobą szczepowymi. Danka miała swoich “Błękitnych” w Aninie, Ja najpierw “46″ a później “3″ na Saskiej Kępie. Dziś każde z nas pełni inną harcerską służbę. Dzieli nas bardzo wiele. Nie tylko pamięć o przeszłości, ale także ocenia współczesnych wydarzeń w naszej organizacji. Ale bardzo wiele łączy - owa wspólna przeszłość, od której nie uciekniemy, przecież w tych samych wydarzeniach braliśmy udział. Danusia była i jest entuzjastką, kochała znajdować się na pierwszym planie, radośnie wychodziła przed pierwszy szereg. Ja, z lekka krytyczny, gdzieś mieszałem się w tłumie nigdy się nie eksponując.
Przykład? Raz w życiu załozyłem ważnej osobie harcerską chustę. Był to ówcześnie panujący wielki książę Luksemburga Jan. Będę to wydarzenie pamiętał do końca życia. Danusia zawiesiła chusty dziesiątkom generałów, sekretarzy, ministrów i posłów. To kochała. Ilu z nich do dziś pamięta. Nie wiem. Ale owo symboliczne zawiązywanie chust na szyjach, powiedzielibyśmy współczesnym językiem celebrytom, nas różni. Takich różnic jest więcej.
M., instruktorka sprzed wielu lat (z “mojej” Saskiej Kępy), postanowiła zaprosić do siebie grupę przyjaciół i zorganizować Danusi benefis. Na swe urodziny Danusia - autentyczna poetka i po części kompozytorka - wydała zbiór swych piosenek i wierszy - marzenie, o którym słyszeliśmy od lat. Ten tomik to jakby życiorys Danusi w piosence spisany, szczególnie z najlepszych czasów Jej i nas, obecnych gości, działalności. Hufcowa akcja “Szuwary”, przyjęcie imienia przez hufiec (Danka jest autorką naszego hymnu), miłość do Bieszczadów, współdziałanie z Nieprzetartym Szlakiem… Powstawały teksty lepsze i gorsze, melodie, które da się zanucić i takie, które wymagają operowego głosu (a głos Danusia ma do dziś wspaniały). Komentowaliśmy sobie na boku ten fakt z obecnym na benefisie A.
Wspominaliśmy dawne dzieje. Bo każdy mógł się wypowiedzieć. B. opowiedziała, jak jej drużyna (bardzo reprezentacyjna), ponieważ nie mogła kupić przed laty jednolitych czarnych podkolanówek (a były one obowiązkowe), wystąpiła na ważnym święcie swojego hufca jednolicie - w czarnych wysokich kaloszach. Był czerwiec, było gorąco. Ja opowiedziałem, jaką satysfakcją było być lepszym szczepem od “Danusinych” “Błękitnych”. Nawet na festiwalu kulturalnym hufca udawało się nam - “Trójkom” - zwyciężać szczep z Anina.
Takie wydarzenie, skromne, dla wybranych gości, nie zdarza się często. Na szczęscie Danusia już niedługo kończy 90 lat - może znów się spotkamy, aby powspominać i pośpiewać? A może przy okazji innych jubileuszy?

Miłość wybaczy?

Na Magazynowej kolejne przedstawienie muzyczne. Tym razem o miłości. Po “Noclegu w Apeninach” miłość ma nam wszystkim wszystko wybaczyć. Temat ograny, każdy kilka piosenek na ten temat umie zanucić. Ot, wydawałoby się obejrzymy typowy wieczór kabaretowy, będący samograjem i przynoszący pewny sukces. W miłości, która nam wybacza, w większości gra ten sam zespół, który bawi nas w Apeninach. prawdziwi wokaliści ze znakomitym warsztatem oraz aktorzy związani z “Drugą strefą”, w tym sam dyrektor teatru, który odkrył w sobie wokalistę operowego.
Zaczyna się nieźle. Na malutkiej scence ogromne białe błyszczące schody. Ze słynną piosenką, w której wyjaśnione jest w szczegółach, dlaczego schody w takim widowisku są niezbędne. A później? A później ja się dobrze bawiłem, G. zdecydowanie gorzej. Popularne piosenki pomieszane z ariami operowymi, piosenkami Starszych Panów, melodiami operetkowymi. W większości niźle wykonywane (mimo owych symbolicznych schodów).
No i cóż, leci kabarecik. Jedna aria na prawie poważnie, później jako panienka któryś z panów, tu duet, tu prawie Kiepura. Ktoś się przebrał, ktoś klasycznie jak z operetki. Miłe to i zachwyca. Ale nie wszystkich. Widać też, że nie poszła fama po mieście, że przy Magazynowej warto spędzić wieczór. Bo zajętych połowa miejsc, a sala przecież malutka.
Kolejnego dnia “Wieczór w Apeninach” zespolik dyrektora Biragi gra w Wilnie. To oczywiście nie “Miłość ci wszystko wybaczy”, ale próba pokazania naszego klasyka (a właściwie dwóch klasyków) jest ciekawym i mądrym pomysłem (ale fakt, że to już całkiem inna historia).
W wieczorze operoffym, jak to nazwali realizatorzy spektaklu, poza dyrektorem Biragą śpiewali Tatiana Maria Pożarska, która między innymi zechciała przetańczyć całą noc, Tomasz Raczkiewicz, któremu to właśnie miłość ma wszystko wybaczyć, Marek Szymański zachwycający się brunetkami i blondynkami oraz Wiesław Kowalski. Niestety na schodach (a może pod schodami) zaginęła Betty Q - gwiazda polskiej burleski. W związku z tym spektakl trwał jakieś pół godziny krócej, niż nam zapowiadano. Dla zdegustowanej G. - znakomicie. A mnie było smutno.

Potrzebni?

Od pewnego czasu na spotkaniach komendy naszego hufca zajmujemy się siedzibą (jedni mówią “stanicą”, inni “barakiem”), którą zajmujemy (wynajmujemy) chyba ponad trzydzieści lat. Barak nasz stoi sobie na terenie zalewowym, więc gdy przychodzi większa fala, musimy ewakuować dolny poziom. A teren do duży. W czasach, gdy dostawaliśmy dotacje państwowe i mieliśmy właściwą umowę z miastem, planowaliśmy rozbudowę naszej bazy, nawet odtworzenie wybudowanego przed wielu laty basenu. Miały być magazyny, miała być możliwość organizowania letnich obozów dla harcerzy z całej Polski. Barak chcieliśmy przebudować w nową, przede wszystkim żeglarską harcówkę.
Przyszły nowe czasy, niedobre dla ZHP. Przestaliśmy otrzymywać dotacje państwowe. Odebrano nam, naszemu hufcowi budynek w Aninie, gdzie prowadziliśmy naszą działalność. Przenieśliśmy się na Wał Miedzeszyński. Wału nam nie odebrano, gdyż mieliśmy umowę, która po latach wygasła i nie została ponownie podpisana. Tamta umowa miała istotną cechę - nie musieliśmy miastu płacić za wynajęcie terenu ani grosza.
Przyszły złe czasy. Chorągiew jest w sporze z miastem. Za bezumowne korzystanie z baraku przy Wale (i terenu zalewanego przez Wisłę) jesteśmy ponoć miastu winni kilkaset tysięcy złotych. Mamy płacić i wynosić się z naszej siedziby. Komenda hufca (i przede wszystkim komenda chorągwi) martwi się, co z tym fantem zrobić. Jest kłopot.
Na tle tego wydarzenia, które - miejmy nadzieję - skończy się dobrze warto zadać kilka banalnych pytań. Czy jesteśmy dziś - w kapitalizmie - mniej potrzebni państwu niż niegdyś - w socjalizmie? Oczywiście nie. Ba, nasza misja staje się coraz ważniejsza. Dlaczego więc nie można dziś podpisać właściwych umów i dać nam baraku za darmo do wykorzystania przez najbliższe sto lat? Dlaczego musimy spotykać się, wyjaśniać, pisać, dyskutować zamiast prowadzić w tym czasie pracę wychowawczą?
Nie rozumiem. Czuję się jak ów zając zjadany przez psy. Cóż z tego. że wokół mamy ogromnie dużo przyjaciół, jeżeli nic z tego nie wynika. Czarno to wszystko widzę.
I zastanawiam się - a może my naprawdę już społeczeństwu nie jesteśmy potrzebni. Idealiści w kapitalizmie. Kto to słyszał?

Next Page »