Adam Czetwertyński » 2014 » April

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

April, 2014 w archiwum

Po konferencji LUX

Ponad tydzień temu wziąłem udział w interesującej konferencji. Była ona dlatego tak dla mnie ciekawa, ponieważ po pierwsze była ogólnopolską inauguracją pracy naszej chorągwianej szkoły instruktorskiej “Iluminacja” a po drugie miałem możliwość przekazania grupie instruktorów kilku refleksji na temat opiekunów / mentorów prób wędrowniczych i instruktorskich. Z różnych powodów nie jestem częstym uczestnikiem takich wydarzeń. Ale to całkiem inny temat.
Gdy siedziałem na sali i zastanawiałem się, jak zmienić mój referat i uczynić go logiczniejszym oraz bardziej interesującym, przypomniałem sobie, co wydarzyło się dwa dni wcześniej na spotkaniu naszej hufcowej Komisji Stopn Instruktorskich. W., będący gościem (wizytatorem?) z ramienia chorągwianej komisji stopni znienacka rzucił, iż jest harcmistrzem od 37 lat. I wtedy bez namysłu strzeliłem: - Nie pamiętam, kiedy wręczono mi czerwoną podkładkę, ale podharcmistrzem jestem równo pół wieku. Była to wiosna 1964 roku. -
W czasie konferencji mogłem o tym spokojnie mówić, wszak rzecz była o opiekunach. Opiekunach, mentorach, osobach troszcząch się o właściwy wzrost wiedzy i umiejętności harcerskich członków ZHP. Jest ich wielu. Każdy kimś się opiekuje. Rozumiem wzajemność oddziaływań, ale (co na konferencji powiedziałem) gubimy odpowiedzialność za własny rozwój. Wszak w harcerstwie poza pracą w zespole bardzo ważna jest indywidualizacja, autonomizacja procesu wychowania. A my (serio) jesteśmy uzależnieni od swych opiekunów, tutorów czy w ostateczności swych przełożonych.
Tu przydał mi się przykład sprzed pół wieku. Gdy zdobywałem stopień przewodnika (nie miałem karty próby - prowadziłem drużynę, byłem po kursie drużynowych, zaczynałem przekazywać innym swą wiedzę) a później stopień podharcmistrza (to była wiosna 1964 roku, gdy go otrzymałem) - nie miałem żadnego opiekuna! Ja sam odpowiadałem za siebie i moją drużynę a później ośrodek (istniały takie związki drużyn). Byłem oceniany. I to tyle. I jeszcze jedno. Nie obowiązywało mnie uczestniczenie w warsztatach, kursach, konferencjach. Owszem, pojechałem do Cieplic na kurs podharcmistrzowski. I tyle. Gdybym w nim nie uczestniczył, też bym stopień otrzymał. Poprowadziłem samodzielny obóz nie mając kursu wychowawców kolonijnych lub kursu kierowników placówek. Nikt mnie nie nauczył, jak zachowywać się w sytuacjach stresowych, gdy mam takie lub inne problemy z wychowankami (lub kadrą - moi komendanci podobozów byli młodsi ode mnie o rok). Dałem sobie z nimi radę i oni dali sobie radę z harcerzami.
Dygresja. B. - przyszła pani inżynier, jej oboźna H. - też skończyła politechnikę, ale została nauczycielką, M. - przyszły aktor i kabareciarz i oboźny - także M. (czy nie opuścił Polski po 68 roku?), Z. - przyszły działacz partyjny, E. - nauczycielka (ale ona uczyła się w liceum pedagogicznym). Świetna kadra. Koniec dygresji.
A kłopotów z zaopatrzeniem, z gotowaniem (wszak nie mieliśmy gazu, gotowaliśmy na kuchniach zbudowanych z cegieł z żeliwnymi blatami i długim kominem). Paliliśmy wyłącznie drewnem. Było to jednak dobre, normalne harcerstwo. Świat się zmienił, harcerstwo się zmieniło. Nie wiem, czy przed półwieczem nie wychowywało nas lepiej, choć bez owych warsztatów i kursów, bez opiekunów i mentorów.
Dlatego od naszej konferencji myśleć będę o większej autonomiczności naszych działań, chyba ten kierunek wychowania ma sens.

O czym nie napiszę

Nie jestem w stanie napisać o wszystkich wydarzeniach, w których uczestniczyłem w ciągu tygodnia. To mnie przekracza. Pisanie nieco dłuższych opinii o spektaklach, które mi się za bardzo nie podobają. Dlatego tym razem, tak jak już mi się zdarzyło, dla porządku zaznaczę, że w tych notatkach nie napiszę autentycznych recenzji o:
- “Lodzie” według Dukaja na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pomysł znakomity - alternatywna historia XX wieku i zlodowacenie części naszego kontynentu. Ale już droga koleją transyberyjską, już ci Polacy w dalekiej Rosji z sukcesami ekonomicznymi, już ojciec głównego bohatera. Wszystko niejasne, nieczytelne. Gdzieś dalego zgubiły się treści. A może ich po prostu nie było?
- Bardzo przeciętnym przedstawieniu, jakim jest “Rewizor” w Teatrze Powszechnym. Ten teatr ma pecha, kolejne premiery nie zachwycają. Ileż razy można siedzieć na tej samej widowni i nie rozumieć, dlaczego dobrzy aktorzy muszą męczyć się w kolejnym kiepskim przedstawieniu. To tak świetny tekst, znakomicie pokazujący wady nas wszystkich, także we współczesnych czasach. Jedno świetnie wypowiedziane zdanie: “Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie” nie ratuje przedstawienia.
- Kończących Warszawskie Spotkania Teatralne “Czarownicach z Salem”. Wreszcie coś bardzo normalnego po dziwnych widowiskach pokazywanych w ciągu całego tygodnia. Ja rozumiem, że wyjątkowe dzieła sztuki wymagają bardzo oryginalnej formy, ale muszę przyznać, że owa forma jest bardzo męcząca. Widz nie może cały czas domyślać się, o co realizatorom spektaklu chodziło. W efekcie ginie treść. Nie po raz pierwszy na WST.
- “Klątwie” - pierwszej części serialu teatralnego w IMCE. Fragmenty lepsze i gorsze. Ten, dość długi, o posłance Pawłowicz, która weszła w ciało zwykłej dziennikarki - rewelacyjny. (Dzień później wchodzę na kawę do jednego z barków w centrum Warszawy i kogo widzę - posłankę Pawłowicz. Jak mieć szczęście do tej pani, to mieć). Inne części słabsze - ten poseł, który pozostał jako jedyny parlamentariusz (pozostali - posłowie i senatorowie - umarli lub tragicznie zginęli w czasie jednej nocy). No jeszcze wyróżnić można Jezusa. I ten okrzyk: - Jezu, jaki ty jesteś piękny!
- Dziś ostatni dzień Festiwalu Beethovenowskiego. Idę na koncert do filharmonii. Przez kilka lat byłem wiernym słuchaczem festiwalu. Poznałem kilka interesujących osób. Może to też temat na interesujący felieton…

O nas, czyli opiekunach spolegliwych

Zastanawiałem się ostatnio, jak najlepiej zdefiniować nas, instruktorów harcerskich - społecznych wychowawców. Jak najsensownej krótko opisać najważnoiejsze cechy, jakimi się charakteryzujemy. Ostatni modne stało się wpisywanie nam do życiorysów słoa wolontariusz, ale chyba nie jest to droga, jaką powinnismy iść. Z definicji wolontariusza bym się wycofał.
Wydaje mi się, że najtrafniej opisał nas przed laty wielki polski filozof i etyk Tadeusz Kotarbiński, definiując sylwetkę spolegliwego opiekuna. Napisał on: “Opiekun wtedy jest spolegliwy, kiedy można słusznie zaufać jego opiece, że nie zawiedzie, że zrobi wszystko, co do niego należy, że dotrzyma placu w niebezpieczeństwie i w ogóle będzie pewnym oparciem w trudnych okolicznościach”. Zdumiewające, że nie wykorzystujemy w harcerstwie myśli profesora Kotarbińskiego.
Próbowała rozwinąć tę myśl w “Res Humana” Marlena Piesko. Pisze ona: “Opiekun spolegliwy to człowiek dobry, o czułym sercu, wrażliwy na cudze potrzeby i skłonny do pomocy. Zdyscyplinowany wewnętrznie, a co ważniejsze emanujący chęcią działania. To każdy, kto chroniąc swych podopiecznych jest gotowy przyjąć na swe barki ciężar odpowiedzialności, a także ten, kto, pomimo niechęci i presji ze strony środowiska lub wielu wpływowych ludzi, zachowuje hart ducha dając świadectwo prawdzie oraz reprezentując postulaty sprawiedliwości. W swoim życiu kieruje się miłością do bliźnich, która sprawia, iż podejmuje ogrom wyrzeczeń, by z niesłabnącym zapałem stawać w ich obronie, pomagać im wydobyć się z opresji. Strzeże ich przed największym złem, jakie może spotkać istotę ludzką, przed jej upadkiem moralnym (nr 6/2002).
Każda z tych cech dotyczy nas. Instruktorów harcerskich To jakby najtrafniejsza definicja naszej pracy, naszej służby. Spolegliwi opiekunowie, ci, na których na serio społeczeństwo może polegać.
PS Tu na marginesie – słowo wymyślone przez Kotarbińskiego zrobiło niebywałą karierę, zmieniając znaczenie. Powszechnie mówi się, iż spolegliwy to taki, na którego łatwo wpływać, uległy, który łatwo podporządkowuje się innym. Dziwne i tejemnicze są losy słów. Ktoś niezbyt wykształcony usłuszał to słowo i użył w znaczeniu nie przystającycm do tego, co napisał profesor Kotarbiński. Tak mu się brzmienie tego słowa skojarzyło. I dalej poszło - bez sensu. Może więc warto zawalczyć o przywrócenie pięknemu słowu spolegliwy właściwego znaczenia?

Spotkania teatralne - Do Damaszku

Tym razem trudny do oceny wieczór zaproponował nam swoim spektaklem Jan Klata. Wokół sami zachwyceni widzowie (ci z wejściówkami stoją lub gdzieś przycupneli z boku) a ja siedzę i niewiele rozumiem, To jest rozumiem, że nie wypada nie rozumieć i bardzo się tego wstydzę. Obok mnie jakichś dwóch osobników śmiejących się prawie bez przerwy a mnie nie do śmiechu. Poszczególne sceny łączą się w jakąś logiczną całość, ale czy rzeczywiście tę sztukę napisał Strindberg?
To przecież to nadzwyczajne i słynne przedstawienie. Dyrektor Klata zaczął nim sezon jako nowy szef Starego. W Krakowie w czasie spektaklu manifestacyjne część publiczności wyszła w teatru. A ja siedzę, zachwycam się setkami czaszek będących elementem scenografii… I niewiele więcej. “Do Damaszku” wcale mnie nie porusza. Ma zachwycić a nie zachwyca. Pewnie mam inną wrażliwość niż nasi liczni recenzenci teatralni. Tekst napisał Strindberg ponad wiek temu. Ma to być ponoć próba opowieści o naszej współczesnej religijności i miejscu religii w życiu dzisiejszego człowieka oraz opowieścią o potrzebie wspólnoty, wiary i bycia w Kościele. Hmm… A ja dalej siedzę i tego nie widzę.
Jak odebrać dramat o wielkim kompozytorze? Czy może rzeczywiście jako wielki sen, w którym uczestniczymy wspólnie - aktorzy na scenie a my na widowni? Wielki kompozytor porzucił własną rodzinę, jego Ewa też zostawia swoją. Czy coś z tego wynika? Śmierć idola i jego zmartwychwstanie? Banalny pomysł. Tutaj wśród owych setek czaszek.
Co zapamiętamy z przedstawienia, nie licząc scenografii? Na pewno dwie wokalistki, które poza własną głową noszą po cztery inne. I śpiewają świetnie. Tu artysta się sprawdza. Na pewno “wypasiony” rower, którym Idol przyjeżdża w pierwszej scenie. Rower, którego można mu pozazdrościć. A dalej? Czy to wystarczy na przedstawienie drugiejw Polsce (po warszawskim Teatrze Narodowym) naszej najważniejszej sceny?
I te tłumy zachwyconych rodaków. Ich zachwyca. Trudno.

Spotkania teatralne - Caryca Katarzyna

Oj, jakie trudne zadanie. Napisać w miarę sensownie kilka zdań o “Carycy Katarzynie”. Przyjechał z tym przedstawieniem na Warszawskie Spotkania Teatralne teatr z Kielc. Ileż napisano wcześniej o tym artykułów! Oczywiście entuzjastycznych. A dotykanie przez widzów biustu do połowy rozebranej aktorki weszło już do historii polskiego teatru. I jeszcze te paszporty “Polityki” dla twórców przedstawienia!
Co oglądamy? Refleksję historyczną na temat wydarzeń ssprzed lat? Kabaret, w którym następca tronu (i krótko car Rosji) opowiada o swoich problemach związanych z niemożliwością spłodzenia potomka? Krytykę naszego króla - kochanka carycy Katarzyny? (Pokazanego także jako postać żartująca z polskich symboli narodowych oraz parodiująca polską poezję - samego “Pana Tadeusza”). Bajaderkę, w której dokładnie pomieszano przeszłość i teraźniejszość (przecież tak dużo tej współczesnej technologii). Rozważania historiozoficzne, w czasie których udowadnia się nam, że ważniejsze jest zachowanie rodu niż przestrzeganie jakichkolwiek zadad etycznych.
A może chodziło o to, by już po oklaskach kanclerz, opiekujący się niegdyś Elżbietą Romanowną, przebrany w stój kobiecy i zachowujący się jak figurka z porcelany, gdy publiczność w części opuściła już widownię, mógł wypowiadać raz bełkotliwe a raz rozsądne poglądy o współczesnym świecie.
Nie sposób wyłowić z tekstu wszystkich cytatów, symboli, żartów, poglądów mądrych i głupich. Ale jedno jest pewne - pokazano nam ludzi uwikłanych w formę, odczłowieczanych lub uprzedmiotowanych. Jak dobrze taki proces charakteryzuje wkładanie wszystkich zmarłych, czyli zamordowanych do wielkiej torby na zakupy.
Na wszelkie procesy ukazywane w przedstawieniu nakłada się problem wykorzystania ludzkiego ciała. Stara Elżbieta, niepełnosprawny Piotr, zaborcza Katarzyna, żałosny król Poniatowski… U wszystkich ważne jest ciało, choć oczywiście najważniejsze u tytułowej Katarzyny. Jak powiedziała autorka scenariusza: “W historii Katarzyny widać bardzo wyraźnie drogę ciała na tron, politykę pisaną ciałem i na ciele”.
Dziwne widowisko, można powiedzieć - fascynujące. Czy pokazuje kawałek naszej rzeczywistości? Chyba tak, choć ta rzeczywistość tylko pozornie jest budowana naszym rozumem. Przede wszystkim jednak, co napisałem wyżej - ciałem.
PS Od dawna już piszę, że mamy w polskim teatrze dobrych aktorów. W Kielcach też. Prawidłowo podawany tekst, świetny ruch sceniczny. I trudna rola Katarzyny.

Next Page »