Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

August, 2014 w archiwum

Gibraltar

To dziwne miejsce. Na końcu Europy. Wpisane w mity starożytnej Grecji. Wpisane w polską historię II wojny światowej. Przez wieki przechodzące z rąk do rąk. Zbudowane na skale, praktycznie nie do zdobycia. Czternaście razy w swej historii oblegane. Podziurawione przez przyrodę i ludzi (ile wykuto w tej skale kilometrów różnorodnych tuneli? 24? Prawie 40?). Dziwne miejsce - pełne symboli dla kilku narodów, nie tylko dla Polaków.
Anglicy pozbyliby się Gibraltaru z przyjemnością. Niewielkie miasto w dużej części zbudowane na lądzie wydartym morzu. Miasto, w którym oficjalną walutą jest funt brytyjski (albo gibraltarski), w którym funkcjonuje autentyczna granica z Hiszpanią, gdzie przez pas lotniska przechodzi się lub przejeżdża, jakby było to skrzyżowanie z szeroką jezdnią.
Warto pojechać na tę skałę. Popatrzeć z krańca Europy na niezbyt odległą Afrykę i zadumać się nad historią naszego lądu. Tu trwała walka chrześcijaństwa ze światem arabskim. Zwyciężyli chrześcijanie, ale tam na cyplu - końcówce wielkiej skały od niedawna przestała dominować brytyjska latarnia morska. Najbardziej charakterystyczny jest nowiutki meczet. Oczywiście o rzut kamieniem jest także skromny kościół, który przed latami także był meczetem. Dla nas najważniejszy jest odsłonięty rok temu pomniczek poświęcony gen. Władysławowi Sikorskiemu i katastrofie gibraltarskiej. Ten polski akcent na krańcu Europy budzi zainteresowanie setek turystów.
Jednak dla nich mniej ważne są tunele, kolejka górska i cudowna jaskinia św. Michała (takiej w Polsce nie mamy - piekna, naprawdę piękna). Dla turystów najważniejsze są gibraltarskie makaki. To niewielkie małpy bezogonowe, które zagnieździły się na skale i prawie zostały udomowione. Są oficjalnie karmione (turystom nie wolno dawać jedzenia małpom, grozi za to ogromna grzywna), więc przychodzą w jedno miejsce, by być tam obfotografowywane razem z ludźmi lub samodzielne. Czasem małpa skoczy na człowieka, na szczęście ludzie nie skaczą na małpy. Takie zoo bez krat.
Ponoć dopóki makaki mieszkają na Gibraltarze, pozostanie on własnością brytyjską. Ponieważ gibraltarczycy nie chcą być Hiszpanami, bardzo o swe małpy dbają.
Za to trudno powiedzieć, że miasto jest urocze, śliczne i zadbane. Jakieś tu wszystko zapyziałe, niedosprzątane, nieciekawe. Dlatego warto obejrzeć tych kilka interesującychmiejsc na Gibraltarze i wracać stamtąd do Hiszpanii. Tam jest zdecydowanie sympatyczniej.

Na wyspie

Wakacje sentymentalne. Szesnaście lat temu wypoczywaliśmy tu po raz pierwszy z Olą i Piotrkiem. Później na tej “bezludnej” wyspie byliśmy trzy razy. Znamy więc ją od podszewki. (Na innych wyspach też bywaliśmy, ale ta była pierwsza). Szwedzka wysepka, na niej nieco ponad trzydzieści drewnianych domków. Jest w nich prąd, jest więc kuchenka elektryczna, cztery łóżka, naczynia kuchenne. Ale wodę trzeba przynosić z kranu znajdującego się kilkadziesiąt metrów od naszego miejsca zamieszkania, prysznic jest też dość daleko a najdalej jest toaleta - fakt, ekologiczna z robaczkami i bez papieru toaletowego, który trzeba nosić ze sobą.
Co sprawia, że Szwedzi (a my razem z nimi) spędzamy część wakacji w prymitywnych, spartańskich warunkach? Odpowiedź jest prosta. Każdy chciałby żyć w czystej, nieskażonej przyrodzie. Cóż tam obok sąsiedzi. My mamy nasz własny widok na nasz kawałek morza, na naszą plażę, na okalające nas drzewa. Raj, szwedzki raj. Raj niezmienny. Szesnaście lat temu było tak samo. Wydaje się, że nadal dostaliśmy te same koce i te same garnki.
Nic nie trzeba robić. Ot, śniadanie (tak, po każdym posiłku trzeba zmywać naczynia w miskach i brudną wodę wylać po prostu gdziekolowiek, byle nie na ścieżkę, po której się chodzi). Kąpiel w morzu (zazwyczaj zimnym - to jednak Bałtyk), nie każdy to kocha. Spacer, czytanie, spanie, picie kawy i niewiele wiecej. To znakomity program na wypoczynek “na łonie przyrody”. Czasami bywają na wyspie grzyby, czasami zajrzy do domku wiewiórka albo w sąsiednich zaroślach zauważymy pasącą się sarnę. Cisza (mimo mniejszych i większych dzieci w sąsiednich domkach), spokój. Nie trzeba mysleć o tym, co dzieje się z drugiej strony Bałtyku…
Wypoczynek sentymentalny, choć bez Piotrka i z Olą przez trzy dni. Jest wspaniale. I gdybyśmy byli o szesnaście lat młodsi. Byłoby jeszcze lepiej. Ale nie jesteśmy. Po tygodniu pięknej słonecznej pogody Rono żegna nas burzą. To nie zwykły płacz siąpiący z nieba. To pożegnanie, w czasie którego zmoczeni jesteśmy do ostatniej nitki. Takiej rozpaczy się nie spodziewałem.

A w Zamościu

Mieszkańcy Zamościa mówią: - To jest miasto doskonałe. - Dziwić może ta opinia, bo gdzie tu doskonałość z normalnie rozwijającym się mieście na wschodzie Polski? Do granicy z Ukrainą kilkadziesiąt kilometrów, bardzo wielu młodych pracujących nie tu - w mieście - lecz gdzieś na zachodzie Europy… Miasto jak miasto.
Ale ta doskonałość jest widoczna na każdym kroku. Bo wymyslił je w epoce renesansu podkanclerzy koronny Jan Zamoyski. ten, dla którego Jan Kochanowski napisał “Odprawę posłów greckich”. Jak było naprawdę, nie będę tu opisywał, ale fakt - “Odprawę” wystawiono na Zamku w Jazdowie (dziś to centrum Warszawy o rzut kamieniem od Łazienek) z okazji ślubu tegoż Jana - założyciela Zamościa i Krystyny Radziwiłłówny. Jak wiemy, premiera “Odprawy” miała miejsce w obecności króla Stefana Batorego i Anny Jagiellonki.
A w czym widać ową doskonałość? Najpierw rynek (ten Wielki) 100 na 100 metrów. I ratusz z imponującymi schodami. Po bokach dwa mniejsze rynki - Solny i Wodny. Pałac Zamojskich, Akademia Zamojska. (Usłyszałem: - Ten nasz uniwersytet był lepszy od krakowskiego i wileńskiego. No tak… Przede wszystkim mógł konkurować z królewieckim - wcześniej założonym, to w Królewcu studiował Jan Kochanowski).
Miasto doskonałe dla trzech tysięcy mieszkańców. Niech będzie. Jeszcze piękna kolegiata (dziś katedra) i odbudowane częściowo mury miejskie. To duża przyjemność patrzeć, jak wyglądała niegdyś twierdza, która (obok Częstochowy i Gdańska) nie uległa Szwedom w czasie potopu.
Na rynku na wieży ratusza w południe hejnalista pięknie ubrany w renesansowym stroju gra hejnał miasta. Gra go tradycyjnie w trzy strony. Tę od strony Krakowa skrzętnie omija. Bo Zamojscy w ten sposób chcieli wyrazić swe lekceważenie do tego królewskiego miasta.
Zamościanie szczycą się nie tylko swą histrorią, nie tylko czystym, cały czas odnawianym miastem (może już niedługo dawną świetność odzyska pałac Zamojskich), ale także swym prezydentem, którym jest Marcin Zamoyski - syn ostatniego ordynata. Mieszka przy rynku, pracuje z jego drugiej strony. Zna miasto, problemy jego mieszkańców. Ma duże szanse, aby być wybieranym na kolejne kadencje.
Bardzo piekny jest Zamość, miło jest siedzieć na rynku, patrzeć na śliczne kamieniczki, na ratusz, pić kawę i rozmyślać o historii Polski.

Medea

Może za mało wcześniej poczytałem o tym przedstawieniu. Może czytałem nieuważnie. Szedłem do teatru “Polonia” z przekonaniem, że oglądać bedę klasyczną opowieść o Medei i że reżyser miała duży kłopot, aby umierających chłopców odpowiednio zaprezentować na scenie. A tu co? Godzinne przedstawienie, w czasie którego dwaj malcy nie schodzą ze sceny. Ile w tym wyuczonego, wyreżyserowanego oryginalnego tekstu a ile improwizacji? Nie wiem, bo gra cłopców jest bardzo autentyczna - rozmawiają, bawią się, wygłupiają, cały czas są w ruchu. Gdzieś tam po 45 minutach nieco akcja siada, chłopcy jakby się zmęczyli i nieco czekają, aż otruje ich własna matka. Ale młodociani aktorzy sprawiają się znakomicie, ot, relacjonują nam historię Jazona, wielką miłość Medei, zdradę Jazona. Ot, ojciec ma nową dziewczynę - przecież to takie normalne. Cała opowieść, napisana przez australijskich autorów jest opowiedziana zwykłym, współczesnym językiem. Oczywiście wyprawa po złote runo brzmi baśniowo - ale przecież to baśń, więc inaczej brzmieć nie może. Zadziwiająco dobre jest tłumaczenie. Ponieważ tragedia Medei opowiedziana jest przez dzieci, ten prościutki codzienny język jest na miejscu.
Właściwie najgorszą częścią są przerywniki - piosenki “o życiu” - jakieś prymitywne rymowanki, które nie zawierają zbyt wiele treści, niektórych może oczywiście zainteresować muzyka. Ale owe śpiewanki wydają się zgrzytem noża po szkle. Zresztą ponoć Małgorzata Boczarska grająca Medeę to intetresująca aktorka, a tu interesująca nie byla. Ma cierpieć - cierpi. Ma być zdenarwowana - jest. Ma być morderczynią (jak pamiętamy z mitologii - wielokrotną) - oczywiście jest także. Banał.
Za to ku mojemu jajwiększemu zdziwieniu nie zabrzmiała banalnie najbardziej banalna piosenka wieczoru - “Kołysanka”. To ona ma ukoić, uspokoić umierających Leona i Teosia. I ma to sens.
Taak. Pogratukować pani reżyser (Dorocie Kędzierzawskiej), pogratulować Krystynie Jandzie. Niech chłopcy bawią się (w teatrze) i umierają długo i szczęśliwie.

Między sztokholmskimi wyspami

To wszystko przez Piotrka. To on się uparł: - Wypożyczamy łódkę i płyniemy w archipelag sztokholmski. - A gdy Piotr się uprze, nie ma na niego siły. - Popłynęliśmy więc między wyspami jak tysiące Szwedów, dla których takie spędzanie wolnego czasu to chleb codzienny. Dla nas nie.
To morze jest nieco podobne do wielkiego jeziora, bo gdy się płynie, zawsze widać dalej lub (częściej) bliżej jakiś stały ląd - zazwyczaj wyspę. A wysp jest ponad 24 tysiące. Nazywają ten archipelag Skärgård (wym. szergord), czyli ogród szkierów - granitowych skał. To one wyrastają (czasem niespodziewanie) z morza.
Po Skärgårdzie pływa się różnie. Nasza maleńka i stareńka łódka typu Albin Vega była bezpieczna, ponieważ nie zdarzają się jej wywrotki. Ale czasem przed dziobem trafią się dwie łódki, które trzeba szybko ominąć. Lub nagle na wprost pojawić się może wielki prom, przed którym lepiej uciekać. Płynie on wolniutko, lecz być potrąconym przez wielopiętrowe gmaszysko - żadna przyjemność. Na szczęście są akweny puste, swobodne, głębokie, świetne do żeglowania. Tam Piotrek mógł się wyżyć. Na żaglach.
Tak na marginesie - w marinach nasza łódeczka budziła większe zainteresowanie niż potężne łodzie motorowe, za które ich właściciele zapłacili miliony koron. Bo ta łódka dla starszych Szwedów jest cudownym wspomnieniem ich młodości. Silnik pod pokładem, cztery koje i dwa żagle. Oni to pamiętają.
Świat żeglarstwa jest mi obcy. Dlatego każde wydarzenie, każde zjawisko było dla mnie ciekawe. Noclegi w dzikich marinach. Staje gdzieś przy wyspie w jakiejś zatoczce jedna, druga, piąta łódka. O, znak, że w tym miejscu jest się chronionym od wiatru, że dobrze z łódki można wyjść na ląd. Parkujemy więc i may. A rano przypływa do nas (i naszych sąsiadów) pontonik, a na nim zamrażarka z lodami i chłodnia z zimnymi napojami i świeżym pieczywem. Jaki żal, że właśnie zjedliśmy śniadanie.
A marina zagospodarowana - płatna? Na przykład na Sandhamn. Człowiek czuje się jak w europejskim kurorcie. Hotel, restauracje, plaża, sklepy z ubraniami (nie tylko sportowymi), pyszne lody (tylko dla nich warto tam przycumować), piekarnia z drożdżowymi bułeczkami (tymi tradycyjnymi - z kardamonem i cynamonem) itd., itd. Byliśmy tam nie raz. Ale co innego przypłynąć statkiem a co innego małym jachtem i na tym jachcie nocować. No ale marina zagospodarowana to normalna toaleta, prysznic, woda i prąd (tego ostatniego nie potrzebowaliśmy - byliśmy, między innymi dzięki bateriom słonecznym samowystarczalni).
Tygodniowy rejs to problemy z jedzeniem (ale od czego jest Grażyna?), z nawigacją (ale od czego mamy GPS?), ze spaniem (ale harcerz potrafi), z pogodą (ta za dobra też jest kłopotliwa), z paliwem. Ale daliśmy radę. Ja też.