Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

November, 2014 w archiwum

Jak cię widzą…

Siedzę przed telewizorem i ogladam sprawozdanie z uroczystości Święta Niepodległości. Oczywiście najbardziej zainteresowany jestem “naszymi”. Naszymi harcerzami, którzy co roku pełnią istotną rolę tak na placu Piłsudskiego, jak i w zainicjowanych przez prezydenta Komorowskiego przemarszach ulicami Warszawy aż do Belwederu. Składanie wieńców i wiązanek kwiatów przed poszczególnymi pomnikami wielkich Polaków właśnie 11 listopada to piekny nowy zwyczaj. “Razem dla Niepodległej” niech trwa.
Ale mnie interesują harcerze, jest dopiero dwunasta. Są. Spiker zapowiada “Ogień Niepodległości”, który przywieźli harcerze z Kostiuchnówki. Szkoda, że ciągle nie wiemy powszechnie o bitwie i cmentarzu legionistów. A przecież już (chyba) po raz czternasty znicz harcerze z Chorągwi Łódzkiej (a może powinienem napisać Zgierza) przywożą ogień do kraju.
I rzeczywiście. Zanim zostaną złożone wieńce pod Grobem Nieznanego Żołnierza, trzej instruktorzy harcerscy godnie i z powagą stawiają znicz z ogniem. Wypadamy bardzo dobrze.
A później jest już coraz gorzej i gorzej. W okolicach grobu widać drużynę reprezentacyjną. Część harcerzy w czerwonych kurteczkach. Może to ratownicy medyczni? Ale po co grupę ratowników wykorzystywać do takich zadań? Czy nie mogliby pełnić na placu służby?
Po dłuższej chwili wszystko się wyjaśnia. Na samym końcu jako ostatnia delegacja przedstawiciele trzech organizacji harcerskich składa wieniec. Pięcioro ich - nasza druhna Naczelniczka i nasz druh Przewodniczący w czerwonych kurteczkach! Horror! Mamy nowy regulamin mundurowy! Tylko nie mówcie, że w regulaminie nie ma nic o kolorze naszych okryć jesiennych. Na dodatek (tak widzę) jedna kurteczka nie za bardzo się na naszym instruktorze zapina.
Obok dwojga istruktorów ZHR (ubranych po harcersku) i naszej radosnej pary druh w średnim wieku - Skaut Europy. W samym mundurze, z podwiniętymi rękawami! Z wypływającym z munduru brzuchem. Czyżby ten druh przybył właśnie z lasu, gdzie stawiał obóz, budował prycze lub bramę obozową? Czy nikt mu nie powiedział, że rękawy zawwijamy do pracy a gdy jesteśmy na jakiejkolwiek uroczystości, rękawy muszą być opuszczone? (Tu przy okazji uwaga do naszych pocztów sztandarowch, które niejednokrotnie także podwijają rękawy wyglądając niepoważnie. Rękawy muszą być odwinęte!). Harcerska kompromitacja.
I gdy widzę w telewizorze smętną drużynę sztandarową (tam czerwonych kurteczek nie ma, czyżby to ZHR), idącą nierówno, jakkolwiek, ot, aby iść, mogę westchnąć - słabiutkie, bardzo słabiutkie mamy harcerstwo.
PS Po jakimś czasie usłyszałem uwagę, że czerwone kurteczki są wspaniałe, bo harcerze się wyróżniają z tłumu. Dziękuję, takie wyróżnienie mnie nie interesuje.

Marianna albo kot w pustym mieszkaniu

Kot w pustym mieszkaniu czeka na swojego pana (czy też panią). Obrazony indywidualista nie potrafi zrozumieć, że ten głos już nie wróci, że ta ręka nie da już czegoś do jedzenia, nie pogłaszcze i nie nakrzyczy. Że nigdy już nie będ\zie tak jak było. Ten brak musi pozostać na zawsze.
Mineły dwa tygodnie, gdy Marianna odeszła do lepszego (ponoć) ze światów. Dwa tygodnie czy wczoraj? Przecież jej pokój pozostał. Jej numer telefonu ciągle jest taki sam. Aż dziw, że oglądam telewizję a ona nie ma do mnie kolejnej prośby.
Syndrom kota w pustym mieszkaniu wynika chyba z faktu, że Marianna, niezależnie od tego, jak daleko od nas była, po prostu istniała w naszej rodzinie. Od ponad trzydziestu lat w Szwecji, ale zawsze można było do niej pojechać, odpocząć, pobyć w innej atmosferze. W stanie wojennym i po nim - dziesiątki paczek. Jakaż to była radość rozpakowywać kolejną przesyłkę. Piotr i Ola przez kilka lat wychowywali się częściowo w Warszawie, częściowo w Sztokholmie. To “nasze” dwa miasta, z oboma jestesmy mocno związani. I nie byłoby tego związku, gdyby kiedyś, jeszcze przed stanem wojennym, Maraianna nie podjęła decyzji, ze wyjeżdża, że u nas - w Polsce - żyć się normalnie nie da.
Była zawsze - na Saskiej Kepie i za morzem. Po prostu czasem tu, czasem tam. Zawsze energiczna, mająca własne zdanie, często wypowiadająca je ostro i jednozmacznie. W dobrej wierze, ale czasem zbyt brutalnie, mocno, zbyt jednoznacznie.
Jednak, niezaleznie od tego, iż bylismy strofowani przez całe życie, brak pozostaje brakiem. Tego strofowania też brakuje. Człowiek jest jak kot. Czeka. Moze jednak ona przyjdzie, może się odezwie. Poczekajmy. Ile czasu bedziemy czekać?