Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2014 w archiwum

Życzenia

Święta to okres składania życzeń. Rodzinnych, przyjacielskich, z bliższymi i dalszymi znajomymi, także otrzymywania życzeń z różnych firm. Dostajemy życzenia tradycyjne - na papierze, ale także te nowocześniejsze mailem i sms-em. Gdy zbierze się je razem, ukazuje się bardzo interesujący obraz “świata życzeń”.
Kartki tradycyjne
Czasami ktoś je przyśle. Na przykład K. Młody człowiek, ale tradycję ma we krwi. Chyba najlepiej czułby się w dwudziestoleciu międzywojennym. Zawsze miły, grzeczny, uśmiechnięty. Gdyby K. nie przysłał życzeń, święta zdecydowanie byłyby niepełne.
Życzenia zwielokrotnione
Internet to takie dziwne zwierzątko, które zachowuje się mało racjonalnie. Potrafi na przykład z jednego biura przysłać kilkadziesiąt takich samych życzeń. Otrzymywanie ich mniej więcej co piętnaście minut przez ponad dwanaście godzin stało się w tym roku fascynujące.
Anonimowe
No, może nie do końca. Ale nie jestem pewny, kiim jest ów (albo owa) ABC. Życzenia są wierszem. Takie miłe i schematyczne. Wesołych Świąt, szczęśliwego Nowego Roku. Jest o rodzinie, jest o spokoju. I choć nie wiem, kim jest ten nadawca (mógłbym oddzwonić, ale czy to konieczne?) - jemu i takim jak on - pięknie dziękiję.
Uduchowione
Tak potrafi napisać tylko J. Powiązać narodziny w stajence z naszym współczesnym życiem, z naszymi problemami, których każdy przecież ma wiele. Tylko J. tak pisać potrafi. Niewątpliwie wynika to z jej autentycznej religijności. A poza tym jeszcze ma po prostu talent…
Od panny P.
Czasami dostanę jakieś miłe i bezinteresowne życzenia, na przykład od panny P. Takie normalne, sympatyczne. Wydaje mi się, że bardzo rzadko uczniowie traktują nauczyciela jak normalnego człowieka i podobnie rzadko ucznia traktuje nauczyciel. Dlatego takie życzenia bardzo sobie cenię.
Rymowanki okolicznościowe
Druh K. ślicznie rymuje. I od lat nową rymowankę przysyła. Ale w tym roku otrzymałem nierymowankę. Za to jak napisaną! Druh K. jest prawdziwym poetą, więc jego życzenia są wyjątkowo pięknie sformułowane. Tak, w tym roku nierymowanka z powodzeniem zastąpiła rymowankę. Super.
Zaginione w przestrzeni
K. pojawia się i znika. Czasami wydaje się, że jest na wyciągnięcie ręki. Więc jej życzenia dotyczą przede wszystkim niespotkania. Gdzieś ów rodzący się co roku Chrystus nie jest najważniejszy. K. znikła i równocześnie wykazuje, że fizycznie istnieje. Tylko gdzie?
Życzeń było więcej. Różnorodnych. Za wszystkie - niezaleznie od tego, jakie są i w jakiej formie zostały przysłane - serdecznie dziękuję!

Instruktorskie wyzwania

W misji ZHP – tekście krótkim i dobrze oddającym istotę naszej organizacji (misją jest wychowywanie młodego człowieka, czyli wspieranie go we wszechstronnym rozwoju i kształtowaniu charakteru przez stawianie wyzwań) - mowa jest o wyzwaniach – ustawianiu poprzeczki jak najwyżej i, rzecz oczywista, przeskoczeniu przez nią z sukcesem. Lecz jeżeli tak ważne są wyzwania, jakie stawiamy przed harcerzami, to czy nie tak samo ważne powinny być te, jakie stawiamy przed sobą? Mamy wszak być wzorem dla harcerzy. Ba, w rzeczywistości tym wzorem zawsze jesteśmy. Na dobre i na złe. Na nas ci młodzi ludzie patrzą z uwagą i chcą być tacy jak my. A więc stawiamy przed sobą wyzwania czy nie?
Przypomina mi się obóz naszego szczepu sprzed lat. Obóz „Trójki” nad Łaśmiadami. Kilkadziesiąt harcerek i harcerzy. Najmłodsi mają 15 lat. Prawie dziesięć zastępów i my – kadra. Komendant, zaopatrzeniowiec, magazynierka, oboźny, szefowa kuchni… Razem zebrał się niezły zastęp.
Czasy były nieco inne, budowaliśmy kuchnię polową, taką z cegieł. Gotowaliśmy sami – od początku do końca. Nie mieliśmy kucharki lub mamy, która by nam pomagała. Oczywiście była z nami instruktorka – owa szefowa kuchni, która kuchnią się opiekowała, bo ktoś zastęp służbowy musiał ogarniać. W kuchni paliliśmy drewnem, nie zawsze było suche… Na wszelki wypadek kupowalismy tonę węgla – gdyby drewno się nie paliło, zawsze można było liczyć na węgiel. Długo opowiadać.
Teraz będzie o stawianiu przed sobą wyzwań. Chcieliśmy w zespole kadry obozu pokazać, że cały nasz szczep powinien brać z nas przykład i zdecydowaliśmy, że poza wykonywaniem codziennych obowiązków będziemy pełnić służbę jak każdy z zastępów. Bo oczywiste było, że normalnie wstawaliśmy na gimnastykę i normalnie razem ze wszystkimi harcerzami szliśmy spać. Bo jak inaczej pokazać naszym wychowankom, że mamy takie same prawa, tylko więcej obowiązków, jak inaczej udowodnić, że poranna rozgrzewka jest potrzebna wszystkim, nie tylko młodzieży?
Postanowiliśmy, że będziemy jak pozostałe zastępy pełnić słuzbę i w kuchni, i wartowniczą. A więc ja – komendant i moja kadra co kilka dni po niedospanej nocy wstawalismy o szóstej rano i przygotowywaliśmy śniadanie, a później obiad, zajmując się przecież równolegle całym obozem. Zaopatrzeniowiec musiał być w dwóch miejscach naraz – w obozie i w Ełku, gdzie były robione zakupy. Dla nas wszystkich było to autentyczne wyzwanie. Bo przecież nie tylko normalnie gotowaliśmy, ale musieliśmy pokazać, że jesteśmy lepsi od harcerzy, że gotujemy smaczniej i punktualniej. Nie bez kozery napisałem powyżej, że w naszej kuchni podstawowym materiałem było drewno. Poranne rozpalanie był to swoisty rytuał, a utrzymywanie właściwego płomienia w czasie deszczu była to wielka sztuka. Do dziś pamiętam, jak w naszej kuchni przygotowywaliśmy gołąbki dla całego obozu. Zrobienie ich dla rodziny nie jest sztuką, ale dla około osiemdziesięciu osób – zadanie, które nas prawie przekroczyło. Prawie przekroczyło, bo gołąbki były pyszne.
Nie miejsce tu na opowiadanie, ile wysiłku kosztowało nas bycie takim „zwykłym” zastępem. Wierzcie, że bardzo wiele. Ale byliśmy dumni z siebie. I nasi harcerze z nas.
Gdy patrzę dziś na kadrę naszego hufca – wstającą na chwilę przed apelem (z wyjątkiem osoby prowadzącej gimnastykę), kadrę, która nie ma na obozie własnej miski i łyżki, której nie chce się zmyć naczyń po zjedzonych posiłkach i podrzucającą je do umycia zastępowi służbowemu, gdy widzę bałagan w kadrowym namiocie (a ta sama kadra wymaga, by harcerze mieli u siebie porządek). Gdy patrzę na te „wyzwania”, myślę sobie, że przed laty mieliśmy inne harcerstwo, o którym można dziś tylko marzyć.
Nie, nie chciałbym dziś, aby kadra pełniła w obozach służbę wartowniczą. Ale chciałbym, by zawsze była autentycznym wzorem dla harcerzy. Autentycznym. Aby stawiała wyzwania przed wychowankami, ale stawiała też wyzwania przed sobą.
PS Tekst ten jest nieco zmodyfikowaną wersją felietonu, który zamieściłem w grudniowym numerze naszego hufcowego miesięcznika „Praski Świerszcz”.

Jasełka

Tego jeszcze nie było. W tej szkole nigdy nauczyciele nie występowali przed uczniami. A towarzyszę różnym wydarzeniom w naszym liceum lat kilkadziesiąt. Tym razem pan P., nasz młody katacheta, namówił kilkunastu przedstawicieli grona pedagogicznego do wystawienia jasełek. To naprawdę rzecz niebywała - pewnie normalna w innych szkołach - u nas to trzęsienie ziemi połaczone z tsunami. Za to, czego dokonał, należy się P. duża nagroda.
Akcja jasełek bardzo skomplikowana - diabły i anioły, święta Rodzina i trzej królowie, pasterze, Herod i Śmierć. Oczywiście wszystko dobrze się zakończyło - atak diabłów dzięki wykorzystaniu wody święconej nie udał się. Dzieciątko zostało obronione. Ale nie o akcję przecież tu chodziło, lecz zaangazowanie nauczycieli. Prawdziwa trema (trzeba było widzieć A., która przed swoim wystepem chodziła po korytarzu nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca - a później jako aktorka wypadła doskonale), prawdziwa gra (K. była doskonała jako diabeł, który przechodzi metamorfozę i staje się aniołem), prawdziwe stroje (M. jako pasterz - rewelacja!). No, nawet my - trzej królowie - nie wypadliśmy najgorzej, choć przydałaby nam się jeszcze co najmniej jedna próba. Bo z próbami mieliśmy najwięcej kłopotu. Od samego początku aż do przedstawienia nie udało się zebrać kompletu “aktorów”. Po raz pierwszy wszyscy spotkali się w trakcie naszej premiery.
Dlaczego jestem taki zachwycony? Pomimo tego, że panna P. tuż po występie starała się mnie zdołować, opowiadając o niedostatkach mojego aktorstwa. Pieję z zachwytu nie dlatego, że uczniowie mogli pośmiać się z poprzebieranych nauczycieli (oj, jaka śliczna Najświętsza Panienka), ale dlatego, że tak liczne grono pedagogów bawiło się w trakcie jasełek ukazując w stosunku do siebie ogromny dystans. Że pokazało ludzką twarz, której czasami brakuje nam na lekcjach. Nie, nie wierzę w jakąś ogromną zmianę w relacjach między uczniami a gronem pedagogicznym, ale moim zdaniem zrobiliśmy mały krok we właściwą stronę. O czym informuje król Baltazar.

…na Czorsztynie

To świetny pomysł. Dogorywająca od trzech lat Warszawska Opera Kameralna (cóż województwo mazowieckie jest ubogie i trzy warszawskie teatry, które są przez nie utrzymywane, są w fatalnej sytuacji ekonomicznej) prezentuje młodych artystów w cyklu “Scena młodych”. Kilka przedstawień uwieńczonych “Zamkiem na Czorsztynie”, sympatyczną operą Karola Kurpińskiego, zrealizowaną przez ekipę, która przybyła do Warszawy z królewskiego miasta Krakowa.
Ramotka o powracającym z wojny Bojomirze, który przypadkowo trafia do zamku, w którym przebywa oszalała z miłości do tegoż Bojomira Wanda, jest naiwna i zabawna. Akcja toczy się w czasach walk z Turkami, bo Bojomir wraca spod Wiednia. Ale nie akcja jest istotna, lecz lekka, wpadająca w ucho, przyjazna zwykłemu śmiertelnikowi muzyka Kurpińskiego.
Na dodatek niezłe głosy - Jarosłąw Bielecki grający owego rycerza i Iga Caban - Wanda - na pewno się wyróżniają. Lecz najciekawsza jest reżyseria przedstawiciela aktorskiej rodziny - Błażeja Peszka. Ot, okazuje się, że panowie (panie po części też) są zwykłymi podróżnymi, jakby w dzisiejszych czasach zabłąkanych w górach. Trafiają oni do nieznanego domostwa i pomimo, że gospodarze traktują ich z pewną rezerwą, nie rezygnują z pobytu. W domostwie stoi normalna współczesna długa kanapa a panie (wszak to powiastka o miłości) ubrane są gustownie, aczkolwiek nieco wyzywająco. Peszek bawi nas dodatkowo, bo wydaje nam się, że oglądamy jakiś fragment wspólczesnego horroru.
Bawimy się nieźle. A wydaje się, że młodzi wokaliści też bawią się nieźle. Czy to wyłacznie zasługa Błażeja Peszka? Nie wiem.
PS Miesiąc wcześniej oglądałem, także w ramach cyklu “Sceny młodych”, “Gianniego Schicchi” Giacomo Pucciniego. Także dobrze zrealizowane, dobrze zaśpiewane. Ogromny plus dla WOK-u. Tylko kto utrzyma tę scenę (oczywiście myślę o “dorosłej”), abyśmy na co dzień mogli słuchać i oglądać opery w najsympatyczniejszym muzycznym teatrze Warszawy?

A w chorągwi…

Dziś drugi dzień zjazdu chorągwi. Po calodniowych obradach przed trzema tygodniami, gdy wybieraliśmy władze stołecznego harcerstwa (tak naprawdę były to obrady trwające jeszcze przez dużą część nocy, wiec powinienem napisać po całodniowo-nocnych obradach)… A wiec po tamtych obradach zebraliśmy się, by w czasie drugiej części zjazdu podjąć uchwały, które będą kierunkować nasze działania na najbliższe cztery lata.
Projekty w większości dostarczone delegatom, redagowane przez komisję uchwał i wniosków (czyli także przeze mnie). Wydawałoby się, ze dwie godziny, krótka dyskusja i drugą część zjazdu mamy z głowy. A tu co? Długie godziny (od dziewiątej do chyba do dziewiętnastej) spędzone na dyskusji i wielu głosowaniach.
Fakt, strasznie trudno jest rozmawiać o pieniądzach. Nasza dodatkowa skladka, zwana także hadaczem, budzi ogromne wątpliwości. Wiemy, ze teoretycznie chorągiew powinna wspierać hufce. Teraz hufce wspierają chorągiew. O owym odwróceniu ról mówimy dość często, ale składka na funkcjonowanie władz pozostaje.
Pod koniec zjazdu uchwaliliśmy, że owa zrzuta na funkcjonowanie choragwi nie przekroczy pół miliona złotych w czasie roku. Czyli ów haracz wyniesie mniej więcej 50 złotych na każdego harcerza i instruktora. Plus harcerz płaci składkę - razem to już około 100 złotych. Niektórzy cieszyli się, że to tak niewiele. Hm…
Fakt, trudno rozmawia się o naszym chorągwianym jachcie “Warszawska Nike”. Walczą o niego nasi żeglarze. Komenda chorągwi przekazała go do CWM w Gdyni jakby na złość choragwianym wodniakom. Przyjęcie rozsądnej uchwały w tej sprawie nie było łatwe. Zadziwiające - jedyną osobą, którą (oczywiście nie wprost) winiono za zaistniałą sytuację, był retman chorągwi. Cały czas brzmiały jakieś nieczyste nuty. Niestety.
Fakt, trudno jest przyjąć program rozwoju chorągwi. I rozumieć do końca, co się napisało. Padło w tym programie słowo “wizja”, a więc do czego mamy dojść, perspektywa naszej działalności. I to słowo zmieniono na “widelec” a może “koncepcja”, a może “program” lub “plan”. Jakieś słowo, które wprowadzono absurdalnie. Przedstawiciel silnej grupy publicznie przyznał, polemizując ze mną, że mam rację, ale oni tak ustatlili, że zamiast wizji mamy sugestię czy też widelec. Po prostu ustalili nowe zasady funkcjonowania naszego języka.
Fakt, jest trudno i trudno będzie.
PS Trudnych uchwał było więcej, ale ile na ten temat można pisać?