Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

January, 2015 w archiwum

Kurs i po kursie

Po prawie dwóch tygodniach znów w domu. To niebywałe - tak jak półtora roku temu w Stężycy - i tym razem mogę się w praktyce sprawdzić. Sprawdzić z harcerstwa. I być potrzebnym. Tyle już lat to trwa, że już najstarsi ludzie tego nie pamiętają. No, może druh Stefan. To jednak niebywałe uczucie - po raz kolejny tak normalnie prowadzić obóz lub kurs.
Fakt, to nie ja bezpośrednio układałem program, nie ja martwiłem się o zaproszenie wykładowców, i również nie ja wybiegałem na poranną codzienną rozgrzewkę. Ale jednak - starając się być w tle (przepraszam wszystkich tych, z którymi sobie dłużej nie porozmawiałem), musiałem koordynować, zastępować, pomagać, przyjmować raporty, inicjować puszczanie wieczornej “iskierki” i tak dalej, i tak dalej.
Czasem się zastanawiam, czy nie mogliby ona - cała nasza kadra - działać zupełnie samodzielnie. bez takich jak ja. I dochodzę do wniosku, że oczywiście tak. Jednak ja jestem taką ochroną, zaporą, osobnikiem, która może zawsze poradzić, pomóc, zapewnić, że zawsze wszystko się uda. I czasem ustawić do pionu.
Ot, taka opowieść z niedawnych czasów - młoda kadra w czasie wyjazdu nie ma autorytetu i ktoś z tych starszych (a czasem młodszych) instruktorów marudzi, przeszkadza, utrudnia. Oczywiście mając dużo dobrych chęci, ale mając inne zdanie niż komendant obozu czy kursu. Mówię więc: - Mnie tam zabrakło, ustawiłbym wszysto i wszystkich na właściwych miejscach. Byłoby jeszcze lepiej. Beż zgrzytów i zbędnych dyskusji.
A na naszym kursie odniosłem kilka osobistych sukcesów. S. mnie podsumował i powiedział,że nie spodziewał się, że będzie nam się tak dobrze pracowało. K. porozmawiała ze mną jak z człowiekiem - i za to jej serdeczne dzieki (choć o “Ferdydurke” rozmawiać nie chciała), druga K. popłakała się przeze mnie, ale mam nadzieję, że mi to wybaczy, P. choć trochę przyzwyczaiła się do moich dowcipów. Naprawdę warto choćby z tych powodów (także autentycznego płaczu drugiej K.) poprowadzić kurs.
A kurs - to nie tylko przekazywanie wiedzy i umiejętności. To, jak wielokrotnie mówimy, ładowanie akumulatorów. I nasz kurs też taki był. Ładował akumulatory. Potrzebny był kursantom i kadrze. A ja czuwałem, aby wszystko przebiegło zgodnie z planem. Tak, nadal bardzo podoba mi się harcerstwo.

Wkręcony

Tak, to się może zdarzyć tylko raz w życiu. Wchodzisz spokojnie do sali kominkowej w Głównej Kwaterze a tam mnóstwo osób w przeddzień urodzin śpiewa ci “Sto lat”. To niebywałe wrażenie. I harcerze z tak różnych “światów”. Nasz hufiec (w tym moje harcerskie wnuczęta) i Główna Kwatera z Krzysiem, ale i oczywiście Misią oraz Ewą, Anna Michalina, która to wszystko wymyśliła i Ania, którą znam z czasów naczelnikowania Ryszarda. Ania ze swą prawie trzyletnią Zosią z naszej “Trójki” i przedstawiciele Muzeum Harcerstwa. Jest Zubek (ten jakoś załapał się przy okazji, ale dostałem od niego sliczną różę), jest Teresa - była naczelniczka, jest Grzesio - szef “Czuwaj”… I Ajka, i Grażyna z Piotrkiem. Duża część z nich brała udział w tym spisku, bo jak dziecko dałem się w imprezę wkręcić.
Tak, nie da się ukryć - byłem speszony. Nie umiałem wygłosić ładnej harcerskiej gawędy o minionych latach, minionych przeżyciach, doświadczeniach. Może dlatego, że zawsze uważałem, iż człowiek ma tyle lat, na ile się czuje.
Popatrzmy na przebieg mojego dzisiejszego dnia. Rano biorę klasę ze szkoły i wiozę ją do Muzeum Narodowego na wykład na temat czytania obrazu i rzeźby. Szkoła dba, by nasi maturzyści dobrze zdali ustny egzamin z polskiego. Później jestem w Platerkach, gdzie z moimi gimnazjalistkami analizujemy ich rozprawki a następnie “Tren Fortynbrasa”. W Głównej Kwaterze rozmawiamy o “Czuwaj”, przede wszystkim o naszym 25-leciu. A pod koniec dnia miałem spotkać się z kadrą kursów instruktorskich, aby dograć wszystkie szczegóły.
Powiedzcie, czy człowiek w moim wieku bierze sobie na barki tyle zajęć? Właściwie wszystkie związane z pracą z młodzieżą. Bo może nie mam jednak tylu lat, ile mam? Nie wiem.
A pomysł Anny Michaliny z tą zabawną uroczystością był znakomity. Wydaje mi się, że nie tylko dlatego, iż był przeprowadzony w tajemnicy, ale również dlatego, że organizatorzy budując całą akcję wkręcania mnie świetnie się bawili. W świecie mailingowym, gdzie ja musiałem otrzymywać inne maile a organizatorzy prowadzili między sobą odrębną korespondencję i im się to nie pomyliło - były to trudne zadania.
Teraz przede mną ponowne oglądanie prezentacji ze zdjęciami i życzeniami, czytanie “księgi pamiątkowej” (jeszcze być może będzie wzbogacona o kolejne życzenia) i wspominanie, jaką miałem minę, gdy usłyszałem “sto lat”. Całe lata młodości przede mną.