Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

May, 2015 w archiwum

Degustacja w Szklarni

Nowa (dla mnie) moda. Zamiast normalnych, pełnych, dużych (jak w wielu tzw. polskich restauracjach) - kilka malutkich dań. Takich na jeden ząb, no, może na dwa. Dań degustacyjnych. Po zjedzeniu sześciu (a może ośmiu) takich porcji powinienem być najedzony, choć nie przejedzony.
W zagłębiu żywieniowo-kulturalno-mieszkaniowym przy Mińskiej restauracja “Szklarnia”. Podobno to rzeczywiście dawny budynek, w którym chodowano rózne rośliny. Drzewek cytrynowych już nie ma, ale inne rośliny są. Nie sposób chodząc po terenie postindustrialnym zorientować się, co mieściło się w kolejnych fabrycznych budynkach. Są one zmieniane, dekorowane, na przykład PRL-owskimi neonami. Ślicznie wygląda, wydaje się, że autentyczny, neon “Warszawy Wschodniej” (restauracji należącej do najmłodszego pokolenia Gesslerów).
“Szklarnia”, w której zjadłem sześć dań, to świetne miejsce dla rodzin z małymi dziećmi. Oczywiście w ciepłe słoneczne dni. Jest gdzie pobiegać (mając dwa czy cztery lata), pobawić się w plastikowym domku czy pozjeżdżać na zjeżdżalni.
Ale mnie pasjonowały kolejne dania. Z możliwości zjechania na zjeżdżalni nie skorzystałem. Najpierw podano śledzia holenderskiego na grzance przypieczonej na oleju rydzowym (nie, nie jest olej z rydzów, lecz z dość popularnej rośliny oleistej). Później rewelacyjna zupa-krem z kapusty kiszonej. Rewelacyjna, bo takiej zupy nigdy nie jadłem. Niby kapuśniak, ale nie do końca. Kolejne danie mnie nie zachwyciło. Była to sałatka z buraczków. Ale ja po prostu buraczków nie lubię. Mdłe to jakieś, bez dominującego smaku. Dalej dorsz (chyba gotowany na parze) położony na czymś w rodzaju kuskusu. Tu najlepsze były warzywa zasmażane (chyba) w sosie pomarańczowym. Bardzo ciekawe połaczenie delikatnego dorsza z wyraźną smakowo pomarańczą. Później jeszcze coś w rodzaju zapiekanki ziemniaczanej z dziczyzną. Ciekawy smak jelenia czy dzika. I na koniec ciasto czekoladowe. Usłyszałem, że to pudding. Może był to pudding, ale dla mnie bardzo dobry kawałek ciasta.
Co ciekawe - wszystkie dania były oryginalne. To ogromny plus szefowej kuchni. Żadnego schabowego z kapustą, żednych frytek, żadnej sałatki greckiej. Zestaw degustacyjny wypadł na piątkę. Trzeby by pójść tam na normalny obiad.
Modne też stały się brunche. Pisuję tu rzadko, więc nie znalazł się felietonik o saskokępskim “Domu Polskim”, gdzie niedzielny brunch jadłem. A to ciekawe miejsce i, co naważniejsze, mają tam bardzo dobrą kuchnię. Więc choć jednym zdaniem moją obecność przy Francuskiej zaznaczę.

Odpowiedzialność

Postanowiłem kopiować tu felietoniki, jakie piszę do naszego hufcowego pisemka. Zasięg nasz “Praski Świerszcz” ma ograniczony, może tu harcerski felieton kogoś zainteresuje? Fakt, że piszę w tych felietonach o problemach podstawowych. Ale czy nie należy ich także zauważać?

Pamiętacie? Organizujemy rajd, taki z fabułą, potrzebne są nam w trakcie imprezy osoby, które pomogą na trasie. Od jednego, drugiego, trzeciego harcerza słyszymy: - Będę. - Prosimy, aby przyszli na start na godzinę przed wyjściem pierwszego patrolu na trasę. Czekamy… i nic. Z pięciu umówionych osób przychodzą trzy. Dwójka nie dojechała. Jedna osoba zaspała, druga właśnie “zachorowała”. Po prostu ich nie ma. To ponoć bardzo dobrzy harcerze. Oboje uważają, że nic się nie stało, przecież rajd się odbędzie. Zaspać każdy może. A “choroba” jest od nas niezależna. Czują się usprawiedliwieni. Cóż ich obchodzi, że rajd, który miał być „bombą”, już na początku stał się niewypałem, czy to dla dwójki tych dobrych harcerzy jest ważne?
Pamiętacie? Umawiacie się z drużyną na zbiórkę. Macie reprezentować hufiec na ważnej imprezie. Wszyscy powinni stawić się wzorcowo umundurowani przed szkołą. Kilkunaścioro członków drużyny zobowiązało się, że przyjdzie. I z tej grupy na zbiórce pojawia się pięcioro harcerzy. Razem jest was szóstka – idziecie, ale zamiast radości i dumy macie na twarzach nieco smuteczku. A przecież w waszej drużynie są sami dobrzy harcerze. Co, po prostu rano stwierdzili, że im się nie chce? To dobrzy czy niezbyt dobrzy członkowie ZHP???
Pamiętacie? Jeden z instruktorów hufca proponuje wam pójście do teatru. Zgłaszacie się. Ma to być radosna dla kilkudziesięciu osób impreza. Instruktor kupił bilety i czeka w teatrze. 44 osoby przychodzą, rozliczają się, dobrze się bawią. Instruktor-organizator bawi się gorzej. W ręku został mu bilet, za który zapłacił. I za który nieobecny druh (a może druhna) pieniędzy (jak się później okazało) nigdy mu nie zwróci. Miał przyjść, nie przyszedł – no to co? Ba, druh (a może druhna) chowając głowę w piasek nawet nie powie „Przepraszam”. To słowo kosztowałoby go (a może ją) 25 złotych. Więc się nie wychyla, może rzecz przyschnie. (Druh instruktor - organizator wyjścia do teatru przy trzeciej podobnej sytuacji zrobił awanturę na pół hufca i zwrot pieniędzy natychmiast otrzymał).
Pamiętacie, ile razy wasza obietnica okazała się bez pokrycia? Ile razy po prostu byliście nieodpowiedzialni? Ile razy wasi wychowankowie zapomnieli, zaspali, „zachorowali”. Co to jest? Jakaś epidemia? Bo to, bo tamto, bo owamto. Zamiast satysfakcji, zamiast normalnej harcerskiej służby – klapa. Totalna nieharcerskość.
I wiecie co, owi harcerze, owi instruktorzy uważają, że to przecież normalne, że fakt, iż oni nawalają, zawodzą innych, jest czymś normalnym.
Ze zdumieniem patrzę na osoby, na które liczyć nie można, ale które uważają się są dobrymi instruktorami. Coś powinniśmy z tym zrobić.