Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

June, 2015 w archiwum

Być albo nie być

Nie wiem, czy zauważyliście, że ulubioną sytuacją, w jakiej bardzo lubi znajdować się uczeń, jest nieobecność w szkole. I nie jest tak naprawdę istotne, czy to nieobecność usprawiedliwiona, czy nie. Oczywiście ta nieobecność, którą nazywamy wagarami, jest połączona z nierespektowaniem obowiązków uczniowskich, ale nieobecność pozostaje nieobecnością. Wniosek, jaki należy wyciągnąć, jest dosyć prosty. Uczeń, którego obowiązkiem, zadaniem, powinnością (niezależnie, jak to nazwiemy) jest zdobywanie nowej wiedzy w ławce szkolnej, wiedzy tej i umiejętności zdobywać nie chce. Często pomaga mu w tym ojciec lub matka wagary usprawiedliwiając.
Powiecie, że na wagarach można się też uczyć. Że uczeń opuszcza dzień w szkole, by się przygotować do bardzo ważnej klasówki. No tak, ale wówczas zbierają mu się zaległości z innych przedmiotów. I koło się zamyka. Do sprawdzianu z tego drugiego przedmiotu też powinien się przygotować, nie ma kiedy, idzie na “naukowe” wagary itd.
Powiecie, że na wagarach można zdobywać tę wiedzę, którą uczeń się interesuje. Więc lepiej siedzieć przy komputerze i zajmować się czymś ucznia interesującym niż przysypiać w szkole. Z nudów. Teoretycznie to prawda. Teoretycznie. Bo w rzeczywistości nieobecności zawsze powodują zaległości. Zaległości nie do odrobienia. A z tych zainteresowań, które są grą komputerową, też się zaakceptować nie da.
Przychodzą do mnie uczniowie i tłumaczą, że byli nieobecni, ale teraz chcą nadrobić, zaliczyć, poprawić. Że chcą mieć dobrą ocenę na koniec roku. Zaliczyć można, poprawić też. Ale jak odrobić nieuczestniczenie w szkolnej lekcji? Jak odrobić nierobienie notatek, niedyskutowanie, słuchanie, nieanalizowanie tekstu? Czasu cofnąć się nie da, nieobecności na lekcjach też.
Wymagam, aby nieprzygotowania były indywidualnie uargumentowywane. Każdy nieprzygotowany musi napisać, dlaczego nie chce na lekcji odpowiadać. To trudne zadanie. Ileż jest tekstów: “Nie umiem, bo nie umiem”, “Nic nie wiem, bo nie miałem czasu (czytaj - chęci)”. “Wyjechałem”, “Zapomniałem”. Naiwne, dziecinne. No tak, ulubionym zajęciem ucznia jest nieuczenie się. Są wyjątki. Chlubne wyjątki. Ale ja bym wolał, aby wyjątkowymi byli ci słabeusze. Bo owe wyjątki wiosny nie czynią.
PS Za dwa dni, będę wiedział, jak “moja” niezbyt pilnie ucząca się klasa swą maturę z polskiego napisała. Skomentuję to. Na pewno.

Czy tylko stopień?

Koniec roku szkolnego. Wreszcie wakacje. Ostatnie dwa tygodnie wystawiam oceny. Sumuję minione miesiące pracy. Ich… i mojej. Co się udało? Co nie? Czy program został zrealizowany? Czy wszystko, o czym mówiliśmy, zostało zapamiętane? Bardzo trudno na te pytania odpowiedzieć. Przecież każda klasa jest inna, każdy uczeń też. Ale klasa to swoisty zespół rządzący się swoimi prawami, nawet jeżeli to zespół bardzo zróżnicowany. Więc czego się nauczyła?
Nauka języka polskiego to nie matematyka lub fizyka. To wieczne wiązanie przeszłości z teraźniejszością. Rozmawiamy o Mrożku, analizujemy “Tango”, i musimy pamiętać o Sofoklesie, Szekspirze i Wyspiańskim. A mój uczeń ma kłopot. Chciałby, aby ten dramat można było potraktować jak utwór, wokół którego nie ma żadnych kontekstów. Ma kłopot. Chciałby powiedzieć, że Mrożek wielkim twórcą był. I na tym zakończyć. Cóż, nie zauważył, że uczył się (lub udawał, że się uczył) powierzchownie, że tak niewiele pamięta.
Słyszę przed tygodniem w klasie: - Proszę pana, my jesteśmy nietypowe, my czytamy. Czytamy lektury, czytamy wiele książek. Chyba najwięcej fantazy, ale i inne też. I, proszę pana, mamy różne upodobania… - taka wypowiedź nie jest częsta, ale jest prawdziwa. (Tu powinienem rozpocząć pisanie felietonu na inny temat - o czytającej aż za wiele H. Ale to przyszłość. H. jest młoda, niech poczeka).
W innej klasie sprawdzam znajomość “Pana Tadeusza”. Nie, nie przeczytali. Nie przeczytali, bo nie. Ale pozytywną ocenę z języka polskiego na koniec roku chcą mieć. Wiedza zupełnie ich nie interesuje. Ważny jest jedynie stopień. Dla jednego dopuszczający, dla drugiego nieco wyższy. Zaliczyć i mieć z głowy. Bo po co czytać taką nudną lekturę? Co nas obchodzi “Pan Tadeusz”? H. by przeczytała, choćby z ciekawości. A oni nie
Nie, nie przekonam ich, że to tekst, który każdy Polak musi znać. Bo co to za argument z mojej strony? Przecież nie musi… Ja, że Mickiewicz, że jesteśmy Polakami, że wieszcz, że to dobry utwór, że się dobrze czyta. I mogę usłyszeć (ciągle przydaje się Gombrowicz), że nie zachwyca, że nie zachwyca i już. Polonista nie ma argumentów. Chciałby, aby ta wiedza zdobyta została z powodów ideowych, chciałby wyuczyć erudytów, intelektualistów. Pokazuje jakieś fragmenty, zachęca. I nic. Będzie musiał stosować metody siłowe, by cokolwiek w głowach zostało. Będzie musiał stawiać jedną jedynkę za drugą… Aż do skutku. Bo przecież tylko stopień, tylko negatywna ocena może zmusić jedną z moich klas do poznania tej lektury (i innych też). Uczyć się tylko dla stopni. Wyłącznie dla stopni. Czy to nie smutne?
Oczywiście w klasie znajdzie się jeden czy drugi uczeń, który powie: - To nieprawda, ja jestem inny. - Tylko cóż z tego. Dla reszty ważna jest ocena, choćby najsłabsza. Będę tę resztę namawiał, żeby zdobyli jakąś wiedzę dla siebie, żeby ocena była czymś drugorzędnym. Żeby nie musieli opowiadać swym dzieciom i wnukom, że “Pan Tadeusz” zupełnie nie jest im znany. Bo jednak to wstyd. Przecież Adam Mickiewicz wielkim poetą był.

Oj ten Fantazy!

Michał Zadara jest młodym (jeszcze) reżyserem. Jak to się mówi - wziętym. Proponuje interesujące inscenizacje, czasem kontrowersyjne, czasem uznawane za genialne. A czasem wypuszcza gniot, który wielcy nasi recenzenci uznawać będą za siódmy, ósmy czy dziewiąty cud świata. Takim gniotem jest wystawiony w warszawskim Teatrze Powszechnym “Fantazy”. Komedia, a właściwie tragikomedia, której akcja toczy się na Podolu około dziesięć lat po powstaniu listopadowym. Bardzo dobra sztuka Słowackiego, trudna w interpretowaniu postaw poszczególnych postaci.
Przy okazji “Fantazego” zadać warto proste i banalne pytanie: - Dla kogo wystawiane są klasyczne dzieła dramatyczne? Takie właśnie jak utwór Słowackiego? - Dla przyjemności zarobienia przez reżysera kilku złotych? Dla recenzentów? Dla aktorów, aby też coś zarobili? (Przecież to sztuka ze stosunkowo dużą obsadą). Dla widzów? - Tak, właśnie dla widzów. Aby przeżyli nieco wzruszeń, aby poznali polski wybitny utwór, aby zastanowili się, czy problemy sprzed lat są nadal aktualne lub jak zmieniły i czy nadal nas bolą, choć nieco inaczej. A w przypadku klasyki - jeszcze dodatkowo dla młodych widzów, uczniów liceum.
Ze słów, jakie spisano w programie teatralnym, tego widza nawet widać, ale nieprawdą jest, że podano mu ciekawe widowisko o problemach Polaków z czasów popowstaniowych. Czy autor kpi sobie z postaw romantycznych a właściwie pseudoromantycznych? Oczywiście tak. Czy pokazuje prawdziwą i autentyczną miłość? Owszem. Czy po Mickiewiczowsku Rosjanin może być dobrym człowiekiem? Czy za pieniądze można sprzedać córkę? Wydać ją bogato za mąż? A zazdrość Idalii? Czy jest autentyczna? Jak ją zaprezentować?
U Michała Zadary mamy groch z kapustą. Mieszają się konwencje, miesza się sposób gry aktorskiej. Komediowe chwyty nikogo nie bawią, prawdziwa tragedia nikogo na widowni nie wzrusza. I cóż, że wyjściowa dekoracja z pierwszych aktów jest ciekawa. taki weryzm w czystej postaci. Ale akt czwarty i piąty - koszmar. Jak z innej bajki. A bajka powinna być ta sama - od pierwszej do ostatniej sceny. Cóż mi z tego, że będę pamiętał “autentyczne” grzebanie psa. Zdecydowanie wolę pamiętać Hanuszkiewiczowski sprzed lat “Miesiąc na wsi” i piękne charty na scenie.
Zapowiedzianą mamy na koniec sierpnia drugą Zadarową premierę - “Lillę Wenedę”. Aż strach pomyśleć, co się może dziać w tym przedstawieniu. Naprawdę strach.

Teatr totalny

Muszę przyznać, że od lat słyszałem o Gardzienicach. Tak jak o kilku innych ważnych ośrodkach teatralnych w kraju. Ale tylko wiedziałem o nich, że są. No, może jeszcze, że nawiązują do teatru Grotowskiego. Ale to naprawdę niewiele. I niedawno G. powiedziała: - Poznałam Włodka Staniewskiego, to nadzwyczajny facet. Warto jego teatr bliżej poznać.
Tak. To cała instytucja: Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice. Ostatnio przeniesiony do odbudowanego gardzienickiego pałacyku. Oglądam widowisko “Oratorium Pytyjskie”. Opisano je wielokrotnie, więc czy mogę coś tu interesującego dodać? Może po prostu przepisać kilka fragmentów recenzji? Włodzimierz Staniewski postarał się ukazać w formie muzyczno-plastyczno-teatralnej antycznych “Przykazań siedmiu mędrców z Delf”, uzupełniając je innymi utworami antycznymi, przede wszystkim Herodota.
Najpierw kilka przykazań (a jest ich 147): “Jako dziecko bądź skromny. Jako młodzieniec opanowany. W wieku średnim sprawiedliwy. Jako starzec rozumny. U kresu beztroski”. Najsłynniejsze to: “Poznaj samego siebie” i “Nic ponad miarę”.
Siedzimy na widowni pięknego Teatru Stanisławowskiego i chłoniemy przedstawienie. Bo rzecz w tym, że dokonuje się prawdziwe teatralne misterium - dziesięcioro aktorów prezentuje nam zintegrowany ruch/taniec/muzykę/śpiew/recytacje… Czasami zamierają jak rzeźby antyczne, czasami prezentują wieloznaczne symbole. Tak, to teatr totalny, który nie każe nam zapamiętywać akcji, ba, nie ułatwia zapamiętywania owych sentencji i pozostałych tekstów. Przeżywamy widowisko - ten dźwięk, ten obraz, ale też treści. Bo sentencje są wieczne żywe, choć powstały w większości w VI wieku przed naszą erą. Warto oglądać teatr z Gardzienic. Nawet jeśli nic się nie wie o Sybilli, wyrytych tekstach w świątyni w Delfach, świątyni Apollina i całym pięknym i pełnym mądrości świecie antycznym. I to jest wspaniałe.

W Łazienkach w dobrym towarzystwie

Czasami dobrze znaleźć się w dobrym towarzystwie. A na dodatek w dobrym miejscu - Łazienkach Królewskich w Warszawie. Nałożyło się 20 czerwca w jednym miejscu i w trakcie jednej imprezy kilka wydarzeń: otwarcie Królewskiej Galerii Rzeźby w Starej Pomarańczarni; obecność na tymże otwarciu pana Prezydenta i jego Żony oraz pani Minister Kultury, posłów, dziennikarzy, naukowców; występy Teatru Gardzienice; wręczenie jego szefowi Włodzimierzowi Staniewskiemu Nagrody imienia Tadeusza Boya-Żeleńskiego Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych . O napitkach i jedzonku już nie wspomnę.
O wszystkim napisać się tu nie da. Dlatego tym razem słów kilka o galerii rzeźby. O Gardzienicach napiszę felieton w najbliższym czasie, bo należy mu się odrębna refleksja.
Pod koniec XVIII wieku król Stanisław August Poniatowski planował stworzenie dużej galerii kopii rzeźb antycznych. Chciał je eksponować w Starej Oranżerii (tak w Łazienkach oficjalnie Pomarańczarnię nazywają), która połączona jest z przepięknym Teatrem Stanisławowskim (o teatrze tym jakoś niewiele mówimy - gdy pytam moich uczniów-licealistów o ten jeden z najważniejszych budynków w Łazienkach, nic o nim nie wiedzą, o tym teatrze nie słyszeli). Król nieco kopii zebrał, ale projekt nie został do końca zrealizowany. Teatr z Pomarańczarnią (budynek w dużej części drewniany) w czasie wojny nie spłonął. Miał ogromne szczęście.
Nie tak dawno zaproponowano, by wrócić do koncepcji króla Stasia. Odtworzyć galerię i wzbogacić ją o nieistniejące kopie. A swojego czasu zbierano w tymże budynku rzeźby marszałka Józefa Piłsudskiego. Mogła powstać całkiem inna galeria.
Mamy więc galerię rzeźby obok stanisławowskiej galerii obrazów i galerii grafiki. Zdobyto środki i rozpoczęto renowację Pomarańczarni. I wtedy pod warstwą tynku ukazały się przepiękne iluzjonistyczne malowidła Jana Chrystiana Kamsetzera. Sądzono, że malowidła te były tylko projektowane. To niespodziewane odkrycie odtworzono i uzupełniono. Dziś galeria wygląda przepięknie. Rzeźby są ładnie eksponowane. Opowieści o nich to znakomita lekcja historii i historii sztuki, a może też języka polskiego. Ale tak naprawdę zachwyca iluzjonizm, przepiękny. I gdy się stanie w królewskiej loży (zajął ją tym razem prezydent Komorowski) i spojrzy do dołu na cały teatr a w bok na galerię - można się poczuć, jak w epoce oświecenia - iluzjonizm pełny.

Next Page »