Adam Czetwertyński » 2015 » July

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

July, 2015 w archiwum

Fabryka wypoczynku

Siedzę i leżę, czasami stoję lub chodzę w fabryce wypoczynku. Takich samych fabryk są tysiące. Na całym świecie. Aby fabryka mogła funkcjonować, musi mieć pokoje (najlepiej klimatyzowane), stołówkę zwaną szumnie restauracją, plażę z leżakami (choć bywają fabryki bez plaży, ale to beznadziejny wynalazek). W fabryce wieczorną porą występuje zespół folklorystyczny albo pan z wężem i papugami, albo trzech klownów, albo sześć panienek tańczących bardzo nowocześnie. Bywa sam Elvis lub jego sobowtór (wiadomo - Elvis ciągle żywy) a czasami Abba. W fabrykach lepszej kategorii w ciągu dnia coś się dzieje - zapraszają cię do uczestniczenia w gimnastyce w wodzie (no właśnie - zapomniałem, że musi być basen, dwa baseny, trzy baseny - tym jeden ze słoną wodą, musi być basen kryty i spa), do pogrania w piłkę plażową, do porzucania rzutkami itd., itd.
Najważniejsze są posiłki. Dobra stołówka wydaje ich dużo i są one różnorodne. Muszą być one smaczne, bo gdy kuchrz nie umie gotować, fama pójdzie w świat i fabryka zbankrutuje. I jeszcze są napoje. W lepszej fabryce - soki wyciskanie, w gorszej - z kartonu, w najsłabszej - coś słodkiego rozpuszczonego w wodzie. Są też manufaktury, gdzie za każdą szklankę wody do posiłku trzeba dodatkowo płacić, ale ją tej wersji wypoczynku nie lubię.
A może najważniejsze jest słońce? Od rana do wieczora. Słońce na niebie bez jednej chmurki, słońce spalajace produkty fabryczne na piękny brąz. Tak, żywienie nie jest tak ważne - promienie słoneczne to jest to.
Ktoś tym firmom przyznaje jakieś gwiazdki. Ponoć one coś znaczą. Lepiej jest być produktem wielogwiazdkowym. Tkwię więc w fabryce w okolicach Bodrum i daję się otaczać wszechstronną opieką. Co za radość.
PS Miało być o kulturze ludzi na wczasach. Nie wyszło. Może to i lepiej, bo czy musimy wokół siebie widzieć tylko beznadziejnych osobników? I jeszcze ich opisywać?

Efez

Być w Turcji i nie pochodzić po ulicach Efezu wraz z tłumem podobnych jak ja, niemożliwe. Temperatura 40 stopni, do uszu dociera co drugie słowo przewodnika, a ty robisz obowiązkowe zdjęcia i cieszysz się, że oglądasz to starożytne miasto.
Co robi największe wrażenie?
Po pierwsze biblioteka. Ponoć była trzecią pod względem wielkości biblioteka starożytnego świata. 12 tysięcy papirusów. A może więcej. Nieporównywalna z Biblioteką Aleksandryjską, ale i tak imponująca. Dziś zachwycają świetnie zachowane ruiny - piękna fasada z pełną kolumnadą, rzeźby antycznych bogiń. Takich antycznych zabytków się nie spotyka.
Po drugie teatry - ten mniejszy, ponoć mieści się w nim 1500 osób, i ten większy - dla 24-25 tysięcy. Jednorazowo w teatrze oglądać mogło spektakl 10 procent mieszkańców miasta, bo Efez w czasach największego rozkwitu liczył około ćwierć miliona mieszkańców. Grecki teatr w czasach rzymskich był nieco przebudowany, występowały w nim zwierzęta, więc trzeba było odgrodzić je od publiczności.
Po trzecie opowieść przewodnika o domu publicznym. Efez był miastem portowym i dwa tysiące lat temu marynarze mieli podobne potrzeby, jak dziś. Ale niezrozumiały jest fakt budowy między biblioteką a domem publicznym podziemnego korytarza. Czy efezjanie po nauce potrzebowali rozrywki? Lub odwrotnie? Nie jest to ponoć jasne.
Po czwarte publiczna męska toaleta z czterdziestoma oczkami. W toalecie bieżącą woda. To było doskonałe miejsce, gdzie efezjanie mogli spokojnie porozmawiać, poplotkować, pożartować. Oczywiście najważniejszym miejscem takich rozmów były łaźnie. Ale łaźnie się tak dobrze nie zachowały.
Po piąte miejsce po ogromnej, 250-metrowej świątyni Artemidy. Ta bogini - symbolizująca bogactwo - była bardzo ważną dla miasta. Dziś na miejscu świątyni odtworzono jedną kolumnę (złożono ją z kilku zachowanych fragmentów). Na jej szczycie uwił sobie gniazdo nasz swojski bocian. I wychowuje tam młode. Bardzo polski widok w Efezie.
Po szóste i ostatnie - dom Matki Boskiej. Co prawda aktualny budynek nie ma z autentycznym mieszkaniem matki Jezusa nic wspólnego, ale legenda głosi, że Maria rzeczywiście tam mieszkała i w okolicach znajduje się jej grób. Poszukiwania trwają. A koło domu jest święte źródełko, jest ściana, gdzie można zostawić karteczkę ze spisanymi prośbami. Jest po conto miejsce odwiedzać.
Nie, to oczywiście nie koniec ciekawych efeskich miejsc. Ale ile można spisać ich w jednym felietonie?

Coś zjeść

Idziemy dowolną ulicą w Warszawie. Na prawo bar, na lewo restauracja, kilkadziesiąt metrów dalej kebab. Jest gdzie zjeść lunch. Jest gdzie zjeść obiad. Coraz częściej widać też napis, że w lokalu serwowane są śniadania. Tylko jeść i pić.

Po “Latającym kufrze”
W najbliższej okolicy mojego mieszkania lokalów gastronomicznych niewiele. Przy Baśniowej długo był “Latający kufer”, później krótko “Pinkcrow” (jedzenie przeciętne), a teraz jest “Zest”, popierający się nazwiskiem jednego z kucharzy biorących udział w którymś z konkursów kulinarnych. I niespodzianką. Zupełnie dobre, nietradycyjne menu. Po pierwsze krótka karta. Po drugie smaczne dania. Jedliście chłodnik z avokado? No właśnie. Jedliście dobrze zdobione policzki wołowe? Ją wiem, że policzki teraz są w modzie, co drugą restauracja je serwuje. Ale jeszcze trzeba je umieć zrobić.

Po meksykańskiej
W Alejach Ujazdowskich, zaraz za placem Trzech Krzyży była restauracja meksykańska. Jakież dobre było tam gaspacho! I ni z tego, ni z owego pojawili się tam Gruzini. Nie pracują w poniedziałki, co mnie zdumialo. Ale gruzińska kuchnia mi odpowiada. I nie tylko mnie. Idę zjeść tam zwykły lunch, a tam pełno, jeden stolik przy wejściu w przeciągu. No dobrze, udało się. I samo jedzenie nie najgorsze. Co jest w karcie, opowiadać nie będę, sprawdźcie sami.

U Najsztuba
Całkiem niedaleko od Alei przy Mokotowskiej zjeść można u Najsztuba. Czy znane dziennikarskie nazwisko przyciąga? Fakt, sporo w knajpce ludzi. Punkt pierwszy - drogo. Punkt drugi - tak dają jeść w całej Warszawie. Czym się to miejsce charakteryzuje? Tym, że przez lata był tam sklep spożywczy czy też sklep ze sznurami? Nie wiem. Naprawdę są ciekawsze miejsca niż ta mała przeciętna restauracyjka. Jaką jest ogromną różnica między knajpką na Mokotowskiej a tą przy Baśniowej!

W Warszawie jest gdzie zjeść. To dobrze. Różnie. Też dobrze. Ale następnym razem będzie o lodach. Też różnych.

Sztuka ulicy

Na początku lipca doroczny festiwal “Sztuka ulicy”. Już dwudziesty szósty rok, kiedy oglądamy teatry uliczne. Towarzyszę temu festiwalowi od lat. Oglądałem teatry uliczne przed Pałacem Kultury, na Agrykoli, na Rynku Nowego Miasta, na Polu Mokotowskim… Ileż przedstawień obejrzałem! W dzień, wieczorem i w nocy. Najciekawsze te nocne. Na szczudłach, z lalkami, samochodami, wykorzystaniem ognia… Z rozbudowaną scenografią i ascetyczne. Oglądałem teatry, które prezentowały prawdziwą sztukę, dzięki nim przeżyłem nieco wzruszeń, ale umożliwiły mi refleksję na bardzo różne tematy. Bywały też amatorskie gnioty. Bardzo, bardzo rzadko.
Cóż, tegoroczna “Sztuka ulicy” to bardziej “sztuczka ulicy”; nie festiwal to, lecz festiwalik organizowany przez dzielnicowy ośrodek kultury. Tym razem na Ochocie. Pewnie miasto nie ma na taki prawdziwy festiwal środków i w efekcie oglądamy kilka spektakli prezentowanych przede wszystkim w Parku Szczęśliwickim. Może przyjdą lepsze czasy…
Nie będę opisywał klęski Teatru Formy z jego “Mistrzem i Małgorzatą” (a ostatnio dwa inne przedstawienia według tej powieści oglądałem), nie będę pisał o wrażeniach po A3Teatrze prezentującym “Sen nocy letniej”. Skupię się na spektaklu “Poza czasem” Teatru Akt.
Widowisko o czasie. Teatr-pantomima. Teatr-cyrk. Teatr-zabawa w teatr. Czas a z nim związani wieczni podróżnicy, Z walizkami, w różnorodnych strojach. Bo podróżnicy są różni. Są nami. Zbierają się, czekają, gdzieś jadą, gdzieś przebywają. Ot, tacy śmieszni i zarazem normalni.
A między podróżnikami, a między nimi i nami pan Czas. Raz dyryguje przepływającymi godzinami, raz kieruje zegarami, raz ludźmi. Bo w początkowych scenach dużo jest zegarów - tych miękkich, jakby składanych i tych wielkich, twardych, na których można kręcić się, obracać, przewracać - solo i w grupie. Te grupowe imponują. Cyrk zawsze nas zachwyca.
Strasznie dużo owego czasu w poszczególnych scenach. W końcowej części spektaklu gdzieś on ginie. Zegary stają się mniej ważne. Jeszcze pojawia się wielkie wahadło z tańczącą na nim dziewczyną. Im dalej, tym więcej scen plastycznych, wizyjnych, jeszcze bardziej metaforycznych. Sceny są przepiękne, na przykład ta z “Dziewczyną z wiatrem”.
I na jedno warto tu zwrócić uwagę - muzyka na żywo. Śpiew-muzyka, perkusja-muzyka i muzyka - ciekawa, pobudzająca, będąca integralną częścią opowieści o czasie.
Jeżeli jeszcze raz będzie ten spektakl grany w Warszawie, postaram się na niego pójść jeszcze raz. Czy to nie najlepsza recenzja?

O harcerzach z Białorusi

Przygotowujemy w hufcu obóz szkoleniowy dla harcerzy z Białorusi. Ale odbędzie się on dopiero w sierpniu. Będziemy się starali zorganizować dla 80 osób kursy: zastępowych, przybocznych i drużynowych. Zorganizować jak najlepsze kształcenie. Stężyca przed nami.
A na razie w szerokim gronie na szczeblu Głównej Kwatery ZHP rozmawiamy o zdobywaniu przez młodszych i starszych członków harcerstwa na Białorusi stopni inatruktorskich. To ważny temat. Od wiedzy i umiejętności liderów organizacji zależy, jak pracować będą ich drużyny i szczepy. Liderzy ci są często doskonale przeszkoleni, potrafią bardzo wiele, wiemy to, obserwujemy przecież pracę ich drużyn od lat. Ale wielokrotnie brakuje kadrze postawienia kropki nad “i”, brak im zdobytego i przyznanego stopnia instruktorskiego. Co prawda niektórzy liderzy białoruskiego harcerstwa noszą pod krzyżami kolorowe podkładki. I nie wiadomo, co one w rzeczywistości oznaczają. Niektórzy z owych instruktorów twierdzą, że stopień zdobywali. Ale ilu jest takich, którym stopień ktoś przyznał “za zasługi”? A więc wbrew jakimkolwiek zasadom obowiązujących w organizacjach harcerskich? Niestety nie ma żadnej dokumentacji, nie ma rozkazów. Nic niczego nie wie. Kto więc stopień dostał a kto zdobył? Nie wiadomo.
W Białymstoku zebrało się nas kilkanaście osób z Białorusi i Polski. Staramy się wypracować czytelne procedury, aby za naszą wschodnią granicą zdobywano stopnie instruktorskie na wysokim poziomie. Aby zdobywano je według jednolitych zatwierdzonych regulaminów.
Stopnie będą przyznawane na Białorusi przez tamtejsze władze naczelne, ale próba będzie prowadzona przez naszą, zethapowską, komisję stopni. Kto ma być opiekunem? Jak przepływać będą dokumenty? Kto do kogo przekazuje kolejne wnioski, w jakim czasie? Pracowaliśmy kilka godzin, a przecież wcześniej mieliśmy już opracowane wymagania na kolejne stopnie instruktorskie.
No tak, jesteśmy na dobrej drodze do polepszenia działania harcerstwa na Białorusi. Procedury opracowane, będzie lepiej. W sierpniu Stężyca a we wrześniu zjazd organizacji, wybory nowych władz, zmiany w statucie. I jeszcze zatwierdzenie programu organizacji na najbliższe cztery lata. Tylko te wrześniowe zadania już nie będą związane z pracą Hufca Praga-Południe. To oni sami muszą popracować. My będziemy im tylko kibicować. To też bardzo dużo.

Next Page »