Adam Czetwertyński » 2015 » November

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

November, 2015 w archiwum

Andrzej Janowski ukończył 80 lat

Uczelnia Warszawska (ciekawy skrót nazwy uczelni - UW, coś mi ten skrót przypomina…), nosząca imię Marii Curie-Skłodowskiej stanęła na wysokości zadania. Choć w rzeczywistości na wysokości zadania stanął Kuba. Zorganizował on sesję naukową na UW (tej MC-S) na temat autorytetów i dedykował ją 80-letniemu Andrzejowi Janowskiemu. Andrzej - pedagog, ale i polonista, harcmistrz, wychowanek 1 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej, profesor doktor habilitowany. Człowiek wielkiej łagodności, intelektualista, o którym wielu mówi - to jest mój (nasz) autentyczny autorytet. W harcerstwie między innymi znawca dorobku, jaki pozostawił po sobie Aleksander Kamiński.
Tak - sesja dotyczyła autorytetów. W kontekście jubileuszu Andrzeja temat wydawałoby się znakomity. A okazało się, że rozmowa o autorytetach jest niezwykle trudna. Można o nich mówić w sferze publicystyki, ale nie nauki. Na dodatek okazuje się, że nie ma dziś powszechnie uznanych autorytetów. Nawet postać Jana Pawła II zdecydowanie zbladła, dla młodzieży jest osobą coraz mniej znaną. Wiedza o tym, co JP II powiedział, jest nikła. Ponoć dlatego najczęściej pojawia się w odpowiedziach na temat największego autorytetu jedno słowo - matka. Okazuje się, że to ona jest dla różnorodnych respondentów najważniejsza.
Ale w wielu przypadkach ów idol, bo tak można nazwać współczesnym językiem autorytet, osoba najbardziej ceniona, jest dla nas zupełnie niedookreślona. To może być aktor, dziennikarz, polityk. To może być także nauczyciel lub społeczny wychowawca, jakim jest instruktor harcerski. Dla każdego z nas, jak mówili dyskutanci, osoba mająca autorytet może być zupełnie inna.
My, powszechnie, chcielibyśmy, by autorytetami były osoby bez wad, wzorce. A może być nim piłkarz, który posługuje się językiem mało parlamentarnym, może być aktor, który ma już trzecią żonę i z każdą z nich dziecko. Może być jakiś piosenkarz lub tancerka. Ktokolwiek.
Dlatego rozmowa była wyjątkowo trudna. Dłuższą chwilę spędziłem w kameralnym gronie starając się podyskutować o bohaterach literackich. Ale także o literatach. Obiektem naszego zainteresowania był Henryk Sienkiewicz. Na pewno idol, na pewno celebryta minionych czasów. I zrobić z takim wzorcem? A nasi nobliści? Są osobami, które należy cenić? Naśladować?
Cały problem, że definicja owego autorytetu jest tak nieostra, że nauka i naukowcy nie powinni się nimi zajmować. To nie moje zdanie, lecz państwa profesorów.
Ale nie przejmujmy się. Dla wielu właśnie Andrzej jest niekwestionowanym autorytetem. Życzmy więc Mu stu lat w dobrym zdrowiu. Andrzeju, wszystkiego najlepszego!

W dobrym towarzystwie

Sobotni wieczór. Tłok. Podobno prawie dwieście osób w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu. To ludzie zainteresowanie polską szkołą, edukacją, wychowaniem, młodzieżą. Tych dwieście osób to przede wszystkim współpracownicy i przyjaciele fundacji Czerneckiego. - Dzień dobry, pani Minister - słyszę z lewej. - Dobry wieczór, panie Prezesie - pada z prawej. Zdumiewające. Prawie nikogo nie znam a wiem, że łączy nas wspólna sprawa - dbać o jakość szkolnictwa, rozwijać je, nie dać jej psuć. A pomysły na ową szkołę mamy bardzo różne.
Pani Prezes walczy o zachowanie małych szkół, od jakiegoś czasu pracuje, aby te, które już są zamykane, jednak przetrwały. Bo dlaczego dzieci, małe dzieci mają jeździć codziennie do sąsiedniej wsi, jeżeli we własnej mają dobrze wyposażony obiekt i grupkę dobrych nauczycieli.
Była pani Minister zakłada sieć swoich autorskich szkół. Już nie tam, gdzie przez laty mieszkała. Ma pomysł na oryginalne szkoły funkcjonujące w całej Polsce. Obok stoi pan Prezes. Patrzy na nas nieco z góry. Jego fundacja ma ogromne środki, aby wspomagać te mniejsze. I czyni to z niezłym skutkiem. Dalej pani członkini zarządu, od dłuższego już czasu stara się zorganizować uczelnię, w której kształceni będą nauczyciele-pasjonaci. Kształceni dobrze, ba, najlepiej w Polsce… Stoi w sali tłum pasjonatów.
Nie rzecz w tym, by wymieniać kolejne inicjatywy, kolejne postacie obok których staram się przecisnąć… Rozmawiają, cały czas powtarzając: nauka, szkoła, wychowanie.
Fundacja Czerneckich, a właściwie oficjalnie mówiąc Edukacyjna Fundacja im. prof. Romana Czerneckiego to niesłychana i niespotykana inicjatywa społeczna. Syn znakomitego pedagoga Romana Czerneckiego - Andrzej zdobył duże pieniądze na produkcji jednego produktu - igieł do jednorazowego pobierania krwi. Zdecydował, że cały majątek, dosłownie cały, przekaże jako kapitał żelazny fundacji. Dziś pod opieką fundacji znajduje się około 240 licealistów z całej Polski. Jest to młodzież ze wsi i małych miejscowości, która bez pomocy fundacji nie miałaby szans na naukę w najlepszych wybranych szkołach w kraju. Młodzież ta otrzymuje pełną pomoc - mieszkanie, wyżywienie, podręczniki, środki na dodatkową naukę języków obcych, hobby a nawet na naukę savoir vivre. Długo pisać. Dziś fundacją kierują dwaj młodzi synowie Andrzeja Czerneckiego. I jeszcze jedna informacja. Roczne wydatki fundacji to około 4 milionów złotych.
Mamy w kraju sponsorów różnych zacnych przedsięwzięć. Ale takiego drugiego Andrzeja Czerneckiego w kraju nie ma. Bo kto cały swój majątek przeznaczy na taki cel?
Na sali mnóstwo pasjonatów. Polska szkoła ma wielu przyjaciół. Bardzo się cieszę.

Czterech niezbyt przystojnych panów

Na scenie czterech panów ubranych dość dowolnie. Wokół kilka różnych instrumentów muzycznych. Nuty. Z tej czwórki znam tylko Mirosława Czyżykiewicza. Ma piękny niski zachrypnięty głos. Nadal piękny głos. Towarzyszy mu dwóch wokalistów. Śpiewają, grają, opowiadają. Czwarty pan tylko akompaniuje. Jesteśmy na ponad godzinnym obcowaniu z Edwardem Stachurą - z jego piosenkami oraz fragmentami tekstów prozą o charakterze autobiograficznym.
Edward Stachura - pisarz, poeta, wieczny mityczny buntownik. Indywidualista. Idol niepokornej młodzieży kilku pokoleń. Autor piosenek, dziś nadal śpiewanych przez Stare Dobre Małżeństwo. Kto nie potrafi zanucić “Życie to jest teatr, mówisz do mnie, opowiadasz. Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada. Życie to zabawa, życie to jest taka gra”.
Gdyby Stachura żył, miałby dziś prawie osiemdziesiąt lat. Mityczny młodzieniec, który zamknął swój życiorys samobójczą śmiercią. Pod koniec życia wcześniej próbował pozbawić się życia, także pod swą białą lokomotywą. “Kto mi tu przysłał ją, Bym się wydostał stąd Białą Lokomotywą” - pisze w wierszu pod tym tytułem. Lokomotywa nie pomogła, obcięła mu tylko cztery palce, ponoć pomógł zwykły sznur.
Zastanawiam się, jakby to było, gdyby obok nas na wypełnionej niewielkiej widowni w piwnicy Teatru Ateneum usiadł dziadek Stachura i posłuchał, co o nim mówią, jakie fragmenty tekstów cytują. Czy te teksty by zaakceptował?
Ze sceny płynie piosenka za piosenką. Niektóre znane, inne mniej. Wszystkie z muzyką Jerzego Satanowskiego. Słuchamy piosenek z zainteresowaniem. Część melodii znana, niektóre nie. Czy to tak przedziwna aranżacja, czy po prostu Satanowski napisał nową muzykę? Nie wiem… Dawno nie widziałem tak zasłuchanej widowni. A siedziała na przedstawieniu jakaś klasa szkolna (w większości chłopcy!) o oczywiście wile osób w starszym wieku. Bo Stachura to “ich” a może powinienem napisać “nasz” poeta. Pokolenia, które uczyło się o młodych będąc młodymi.
Wszyscy słuchamy: “Z nim będziesz szczęśliwsza, Dużo szczęśliwsza będziesz z nim. Ja, cóż – Włóczęga, niespokojny duch, Ze mną można tylko Pójść na wrzosowisko I zapomnieć wszystko”. Warto słuchać.

25 lat Czuwaj

Tydzień temu spotkaliśmy się w stuosobowym gronie przyjaciół, aby oficjalnie podsumować 25 lat wydawania naszego instruktorskiego miesięcznika “Czuwaj”. Pisma przez cały czas publikowanego na papierze, pisma docierającego dziś do niezbyt licznego grona czytelników, ale cały czas, miesiąc w miesiąc publikującego ważne teksty pokazujące bieżące życie Związku Harcerstwa Polskiego. “Czuwaj” było i jest, pomimo różnych zawirowań będzie miało charakter publicystyczno-informacyjny. Czasami starano się, by było także metodyczne, poradnikowe, ale z tych pomysłów nic nie wychodziło. 25 lat - szmat czasu, towarzyszenia odrodzonemu (umownie od Zjazdu Bydgoskiego) Związkowi Harcerstwa Polskiego. Z jednej strony być pismem wspierającym władze Związku, a z drugiej strony być w stosunku do tych władz krytycznym - kwadratura koła. Ale przez ćwierć wieku się to udaje - oczywiście z lepszymi i gorszymi efektami.
Występuje jednak ciekawe zjawisko - zaobserwowaliśmy je w trakcie przygotowań do jubileuszu - teksty publicystyczne sprzed pięciu, dziesięciu czy dwudziestu lat są często nadal aktualne. I nie dotyczy to wyłącznie często pojawiającego się wątku przestrzegania (bądź nie) dziesiątego punktu harcerskiego prawa. Ileż myśmy napisali (i pozostawili dla przyszłych pokoleń) ważnych i interesujących materiałów! Przyznam nieskromnie - bardzo mi się nasze stare “czuwajowe” artykuły podobają.
Pretekstem spotkania była konferencja instruktorska, ale w rzeczywistości najważniejsza była jej pierwsza oficjalne część - gratulacje, uśmiechy, medale, powitania, krótkie wspomnienia. Uroczystość wymyślił Grzegorz, on zaprojektował medal pamiątkowy, który oficjalnie przyznała druhna Naczelnik grupie ponad 60 instruktorów (i instruktorek też), którzy od pierwszego numeru tworzyli pismo. Powiecie - skromna pamiątka. Tak, ale pozostaje ona w naszych harcerskich zbiorach do końca życia. Przypominać będzie: “jesteś członkiem czuwajowej wspólnoty”. Jeden egzemplarz trafił do zbiorów Muzeum Harcerstwa. Tam zostanie do końca świata, a może nawet jeden dzień dłużej.
Gdy opadły już emocje i można było spokojnie podsumować całą imprezę, kilka osób, z którymi rozmawiałem, powtarzało kilka tych samych słów: “przyjaźń”, “wspólnota”, “harcerska atmosfera”. Tak - spotkało się grono przyjaciół, tych, którzy poświęcili mniej lub więcej czasu naszemu periodykowi, starając się, by był on jak najlepszy, by ukazywały się w nim teksty mądre i dopracowane pod względem redakcyjnym. Od Wojtka, który liczy ponad osiemdziesiąt lat, po młodych, którzy niedawno ukończyli lat dwadzieścia. Kogo wśród nas nie było! Naczelniczka i druh Przewodniczący, dwóch byłych przewodniczących, dwójka byłych naczelników, byli członkowie władz naczelnych (i aktualni też) i dalej instruktorzy, z których moglibyśmy ułożyć piękną różnorodną paletę tych, którzy odpowiedzialnie przed laty obiecywali pełnić swą harcerską i instruktorską służbę. Nie wszyscy dziś są czynnymi instruktorami, ale każdy z nich to harcerka lub harcerz. I dlatego nasze spotkanie było tak wspaniałe. Anita - skautka irlandzka na całe życie, Bronek (i Krysia) - drużynowi w swej podpoznańskiej wsi, Zubek, który może przywróci do życia swego Jossariana, Ryszard obiecujący precyzyjniej napisać w drugim wydaniu swej książki o roli “Czuwaj” w ZHP, Zabłocka, która już nie była i znów jest instruktorką, Jacek, który pozostaje wierny swym “Powsinogom”, optymistycznie patrzący na świat Adrian, Adam stojący dziś nieco z boku organizacji, ale będący kopalnią wiedzy historycznej, zapalony do tworzenia nowego harcerskiego periodyku Paweł, lekko rozgoryczony Zbyszek (ale czy wszyscy muszą być jednego dnia szczęśliwi?), Staszek, wydający swą kolejną harcerską książkę. Ze wszystkimi nimi rozmawiało się, jakbyśmy rozstali się wczoraj, jakbyśmy jeszcze wczoraj jedli rodzinną kolację i znów się zobaczyli. A przecież niektórych widziałem piętnaście lat temu! To niebywałe, to wspaniałe.
Opowiada się (i śpiewa), że wszyscy harcerze to jedna rodzina, ale rzadko mamy szansę sprawdzić to w tzw. realu. I tu była taka okazja. Bez zgrzytów, bez narzekania, bez fałszywych uśmieszków. Wszyscy w naszej rodzinie dobrze się czuliśmy, wszyscy myśleliśmy o jednej dobrej organizacji wychowujących młodych Polaków. Może takie spotkania (niech to się nazwie konferencją) warto częściej organizować?

Zjeść na próbę

Wszyscy już chyba zapomnieliśmy o restauracyjnym promocyjnym tygodniu, który przemknął pod koniec października przez sporą część Polski i na pewno dał się także zauważyć w Warszawie. Pomysł jest znakomity. Dobre, podobno najlepsze w mieście, restauracje zaprosiły na obiady/lunche degustacyjne za stosunkowo niewielkie pieniądze. Płaciliśmy równo po 39 złotych za każdy zestaw w każdej restauracji. Za taką sumę moglibyśmy na co dzień dostać w nich przystawkę. A tu przystawka, drugie danie i deser. Oczywiście za napoje należało dodatkowo zapłacić i w efekcie to jedzonko nie było już takie tanie. Zawsze mnie dziwi, że buteleczka wody mineralnej, która kosztuje złotówkę, w restauracji musi kosztować sześć złotych. Ale czego się nie robi, aby zażyć odrobiny luksusu.
Tu dygresja - w stosunkowo nowej na Ochocie restauracji “Zest by Kibart” (też wzięła udział w akcji promocyjnej) trochę oszczędzając , trochę wypróbowując kelnerkę poprosiliśmy o szklankę wody z kranu. Rzecz na świecie normalna a woda “kranówa” w Warszawie coraz smaczniejsza. Pani kelnerka zastanawia się i po chwili mówi: - Ale ja nie wiem, ile Państwo mają za taką wodę zapłacić. - Dalej poszło łatwo, wytłumaczyliśmy panience, że wodę z kranu restauracja serwuje gratis. No i taką wodę (na razie bez cytryny, na naukę w tej sprawie przyjdzie jeszcze pora) otrzymaliśmy. Właściciel jest ponoć doskonałym kucharzem, nad swoim personelem musi jeszcze popracować.
Z naszego tygodnia restauracyjnego zapamiętamy i polecać będziemy jeden lokal. To “N31″. Trafiliśmy tam zupełnie przypadkowo, bo przypadkowy musi być wybór w masie propozycji zawieszonych w internecie. Ot, interesujące menu. Na dodatek gdzieś zauważyliśmy w menu ośmiorniczki. I co się okazało? Ta restauracja to prawie “Sowa i przyjaciele”, tyle że bez przyjaciół. Znany w całej Polsce i okolicach świetny restaurator ma nową restaurację w centrum miasta, obok byłego hotelu “Forum”. I daje znakomicie jeść. Ten tatar - niepowtarzalny, ten dorsz - palce lizać, a jakie dodatki! I jeszcze deser. Pyszny. A ośmiorniczki? Na nasze pytania, dlaczego nie otrzymaliśmy tego popularnego dziś dania, usłyszeliśmy odpowiedź, że owszem, w karcie są (to jednak Sowa}, ale nie proponowano ich do degustacji. Szkoda. A w restauracji jeszcze jeden (poza jedzeniem) plus - profesjonalni kelnerzy. Jeżeli zostali “przeniesieni” z ulicy Czerniakowskiej, wcale się nie dziwię.
Tydzień gastronomiczny już dawno za nami a ja ciągle szukam właściwej okazji, by wybrać się na Nowogrodzką. I znów zjeść coś tak pysznego jak poprzednim razem.

Next Page »