Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2015 w archiwum

Różewicz, Różewicz…

W Narodowym “Białe małżeństwo”, w Polonii “Na czworakach”. Kiedy to w Warszawie grano równocześnie dwie wybitne sztuki Różewicza? Fakt, brakuje jeszcze “Kartoteki”, którą zawsze, niezależnie od wersji, z dużym zainteresowaniem oglądam. Jest w tym dramacie tyle smaczków, tyle sformułowań dotyczących naszych postaw… Historia splata się z teraźniejszością. I nie jest ważne, że owa teraźniejszość prezentowana przez Różewicza to dla współczesnych licealistów czasy sprzed wielu już lat. Tekst brzmi bardzo prawdziwie, realistycznie. Tylko kto zagra Bohatera tak dobrze, jak Wojciech Siemion? Nie wiem. Ponad czterdzieści lat a ja tę rolę pamiętam. A Bohaterów z kolejnych oglądanych inscenizacji już nie.
“Białe małżeństwo” - jak zwykle w tym teatrze pokazane ze smakiem. Tyle zawsze mi się wydawało, że to dramat o dojrzewaniu. Dojrzewaniu dwóch dziewcząt “z dobrego domu”. W Teatrze Narodowym mamy dramat o seksualności człowieka. O wszechogarniającej nas wszystkich seksualności. Dlaczego ten problem utworu został tak wyeksponowany? Nie wiem. Ale jest oczywiste, że właśnie z tego powodu ogląda się “Białe małżeństwo” dobrze. Na dodatek pomysły scenograficzne zachwycają. Gdyby jeszcze reżyser Artur Tyszkiewicz nie wpadł na pomysł, by naturalistycznie pokazywać krew. Bo szokowanie w ten sposób widzów było zupełnie zbędne. No i warto zwrócić uwagę na grę aktorów. Ze Zbigniewem Zamachowskim na czele. Widać, że jest to rzeczywiście scena narodowa.
U Krystyny Jandy bryluje reżyser i czołowy aktor Jerzy Stuhr. Właściwie to o tym przedstawieniu miał być ten felieton. Stuhr jest nadal w znakomitej formie. Świetnie przedstawił dramat Różewicza. A “Na czworakach” nie jest prostym do pokazania na scenie tekstem. Stuhrowi opowiastka o wielkim i cenionym twórcy się udała. Opowiastka o wielkim pisarzu i jego służącej, znakomicie grającej Dorocie Stalińskiej. Tylko po co na aktorka na końcu robi gwiazdę? Aby pokazać, że jej postać nie jest autentyczna? Różewicz bawi się swymi bohaterami, bawi się słowem (Jak nazwać to naśladownictwo Wyspańskiego? Weselszczeną?). Bawi się w efekcie nami - widzami. Czy poznamy cytat? Czy skojarzymy z którymś z naszych wieszczów?
Cóż odbrązawianie naszych wielkich nie jest pomysłem nowatorskim. Każdy z nas zna dwa życiorysy wielkich Polaków - ten z podręczników i ten “prawdziwy”. Nie ważne, czy to wielki polityk, np. Piłsudski, czy wielki poeta, ot - Mickiewicz. Każdemu z nich należy się odpowiednie muzeum i ta druga opowieść - “prawdziwa”. Siedzimy na widowni i zastanawiamy się, kogo opisuje Różewicz, kogo przedstawia Stuhr,wielkiego bufona i cynika. Odbierać więc będzie medale bawiąc się w psa - na czworakach. A my będziemy się zastanawiać, jak często akceptujemy na co dzień takie postawy. Obawiam się, że często.

Róża ze Skaryszewskiej

Skaryszewska jest niewielką ulicą. Zaczyna się domem na rogu Targowej (a może to jeszcze Zamoyskiego?), w którym przed laty wielu mieszkała nasza koleżanka z klasy licealnej (blisko miała do Teatru Powszechnego, no i widok na Stadion Dziesięciolecia). Dalej sklep z parasolkami (taki, który pamiętam, że był od zawsze - czy jeszcze się zachował?), następnie miejsce, gdzie Borowski umieścił akcję “Pożegnania z Marią” (śladu po owym składzie budowlanym nie ma) i szkoła, o której przy okazji opowiadam klasie, gdy omawiamy ten utwór. Dom, w którym mieszkała Róża, naprzeciwko stara kamienica znana mi od czasów wczesnego dzieciństwa - mieszkała tam ciotka, której najbardziej ulubionym zajęciem było patrzenie z wysokiego parteru na przechodniów (dziś pewnie patrzyłaby w telewizor na kolejne seriale), dalej kościół pallotynów (dziś kościół, a niegdyś kościółek) i ulica się kończy. No nie, gdy się dojdzie na skraj Skaryszewskiej, widać już Dworzec Wschodni. Tam niegdyś rozpościerał się plac, na którym były ciuchy.
Druhna Róża opowiedziała o swojej ulicy. Powstał z tego interesujący spektakl. O kolegach i koleżankach, panu dozorcy i sąsiadkach, przechodniach idących na dworzec i Hance Bielickiej, która przemknęła obok bawiących się dziewczynek idąc na ciuchy. Pojawił się ksiądz - ale nie widać wielkiego wpływu kościoła na życie domu przy Skaryszewskiej. Częściej gościł tam milicjant, którego praca nie dawała żadnych efektów. I mieszkańcy domu płci męskiej będący często pod wpływem alkoholu (piękna scenka z panem, który zdobył/kupił pralkę “Frania”). Proste opowieści, bo Róża opowiada o sprawach prostych, zwyczajnych.
A może były to sprawy niezwyczajne? Bo kto pamięta publiczne oglądanie telewizji w jedynym mieszkaniu, w którym był już był telewizor. Kto pamięta Festiwal Młodzieży i Studentów. Tę fascynację prawdziwymi Murzynami? Albo pamięta harcerzy zbierających na Skaryszewskiej butelki po alkoholu? Tych harcerzy, którzy odgrywają znaczną rolę w życiu Róży, jest mało, ale rozumiem twórców przedstawienia. Ma ono być o kamienicy a nie o ZHP.
Spektakl wyrasta poza życiorys Róży. Panu Darkowi - twórcy całego przedstawienia w Teatrze Scena Lubelska - pewnie potrzebne były inne smaczki. Dlatego pokazał na przykład zabawę w Czterech Pancernych. Pewnie w czasie, gdy na podwórkach szaleli dzielni czołgiści na swym “Rudym”, Róża już była po maturze. Ale spektakl kończy się małżeństwem Róży. Wtedy też kończy się jej młodość. Zaczynają inne czasy.
W spektaklu jest sporo drobnych wtrętów politycznych. Gołąbki nie są gołąbkami pokoju, tylko takimi hodowanymi przez jednego z lokatorów. Bijemy “ruskich” w boksie. I w piłce nożnej. I nikt nie chce być Niemcem w zabawie w czterech pancernych. Dom przy Skaryszewskiej 10 był bardzo zwyczajny, młodość Róży także. Zauważmy, że o tych czasach nie mówimy, nie pokazujemy ich. Bardzo mnie cieszy, że te siermiężne czasy socjalistycznej Polski zostały tak taktownie pokazane. Fakt, nieco złośliwie, z przymrużeniem oka. Ale także z pewną nostalgią. To była nie tylko młodość Róży, moja też.

A harcerze na Mazowszu…

A harcerze ma Mazowszu zorganizowali konferencję, A właściwie dwie. Instruktorską i harcmistrzowską. Nie byłoby to nic dziwnego, co tydzień w ZHP odbywają się różnorodne spotkania - w tym harcmistrzów i podharcmistrzów, w tym instruktorów i przyszłych instruktorów. Ale ta konferencja okazała się niezwykła. Otóż, jak wieść gminna głosi, ostatnia na Mazowszu konferencja harcmistrzowska odbyła się ponad trzydzieści lat temu, w innej rzeczywistości, w ówczesnej Chorągwi Płockiej. Instruktorzy z byłych innych ówczesnych miast wojewódzkich - Radomia czy Siedlec - nie protestowali. U nich też pewnie takie konferencje były tak samo dawno. A więc po trzydziestu latach znów w Chorągwi Mazowieckiej można było podyskutować o ważnych problemach Związku, zdobyć nową wiedzę i umiejętności.

A między nimi kłopotliwy dla druhen i druhów, szczególnie z królewskiego miasta Płocka, brak dodatkowego wyróżnienia dla wieloletnich zasłużonych instruktorów. Brak odpowiednika dawnego stopnia harcmistrza Polski Ludowej. Był to stopień o charakterze honorowym, którym wyróżniano harcmistrzów, wzorowych harcmistrzów, noszących czerwoną podkładkę pod krzyżem co najmniej przez dziesięć lat. O tym rozmawialiśmy w trakcie warsztatów/dyskusji w gronie: dziewięcioro harcmistrzów i jeden przewodnik.

Stwierdziliśmy, że dziś wszyscy mistrzowie harców są sobie równi. Ci, którzy właśnie ten stopień zdobyli i mają lat dwadzieścia kilka. I ci z wieloletnim stażem, z wieloletnim doświadczeniem nie tylko harcerskim, ale i życiowym. Nie da się ukryć, co jasno wyartykułowali instruktorzy rozmawiający z naszym zespole, że jest duża różnica między tymi dwiema grupami harcmistrzów. Ważny jest nie tylko staż instruktorskiej służby, ale i wiedza oraz umiejętności, które zdobywa się po prostu z wiekiem. Jak to pokazać na harcerskim mundurze?

Listki dębowe świadczące o długości instruktorskiego stażu nie przyjęły się. Do powrotu do stopnia harcmistrza Rzeczpospolitej raczej mowy być nie może (choć kto wie, w czasie dyskusji padło zdanie: - A dlaczego nie, to piękna tradycja). Dziwne by było, gdybyśmy współcześnie stanęli obok dwunastki hm. RP z lat dwudziestych dwudziestego wieku. Dziwne, ale nie niemożliwe.

Przyznam, jakiś sposób wyróżnienia, jakiś stopień honorowy dla wieloletnich harcmistrzów jest niezbędny. Forma jego otrzymywania powinna łączyć zdobywanie tego nowego tytułu z przyznawaniem go jako stopnia-symbolu. Bardzo trudna formuła, ale chyba możliwa w połączeniu. Musimy o tym pomyśleć. Tylko że pomysł ten nie powinien zostać wewnętrzną sprawą harcerstwa płockiego, powinniśmy o tym podyskutować w całym Związku. I ów stopień nadharcmistrza wprowadzić.