Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

February, 2016 w archiwum

Biwaki

Nie tak dawno Główna Kwatera ZHP zatwierdziła instrukcję, w której spisano zasady funkcjonowania gromad, drużyn, kręgów, klubów. Instrukcja budziła ogromne zainteresowanie, gdyż zbiera kilka czy kilkanaście dotychczasowych dokumentów w jeden solidny plik. W tejże instrukcji znajduje się fragment (moim zdaniem nie za bardzo na miejscu) dotyczący biwaków. I jest to temat, który budzi moją dodatkową refleksję i dlatego postanowiłem o biwakach napisać.
Nie tylko ja deliberuję na ten temat. Wystarczyło na fb jedno pytanie w sprawie coraz mniejszego zainteresowania w harcerstwie biwakami, a sypnęło się tak dużo wypowiedzi, że miałem kłopot w śledzeniu dyskusji. Nasi harcmistrzowie (bo to na ich stroniczce prowadzona była rozmowa) wykazali nieprawdopodobną aktywność.
Większość z nich zajęła się analizą powyższego dokumentu GK i różnymi biurokratycznymi pomysłami naszych harcerskich władz na szczeblu hufca. Bo papierologia w naszej organizacji kwitnie. Mnie jednak (bo włączyłem się niebacznie do rozmowy na fb) interesował całkiem inny aspekt związany z biwakami. Są to mianowicie biwaki-niebiwaki, czyli wyjazdy środowisk harcerskich nie do lasu, w pole, na świeże powietrze, lecz do szkoły. Spanie w salach gimnastycznych lub na korytarzach w wielkim tłumie, a więc szumie, kurzu i (niezależnie od starań kadry) - bałaganie. Przygotowywanie posiłków nie na trawie, lecz na stolikach szkolnych. Gotowanie wody nie na ognisku lecz w elektrycznych czajnikach.
Gdy pytam, skąd ta moda na nibybiwaki, słyszę różne odpowiedzi. A to że chcemy na wyjeździe mieć zuchy a ich do namiotów na noc położyć nie można (prawda). Tylko kto mi powie, że zuchy muszą się integrować na wyjeździe w sali gimnastycznej? I czy nie można organizować prawdziwych zuchowych wypraw z zuchową obrzędowością i pełnym zuchowym programem? Albo słyszę, że harcerze z czwartej i piątej klasy nie mogą nieść namiotów, śpiworów i karimat w czasie rajdu (bo do tego lasu dojść trzeba). Też prawda. Ale od czego mamy rodziców i ich samochody? Takich tłumaczeń bywa więcej. I każde z nich nie przekonuje.
Bo prawda jest prosta. “Biwak” w szkole jest łatwy do zorganizowania. Pojechać, poprowadzić kilka gier, zabaw, kominek i impreza jest gotowa. Na dodatek harcerze są zadowoleni. I nie wyobrażają sobie, że można pojechać na normalny biwak. Spać w warunkach polowych, nauczyć się żyć w nietypowych dla nas sytuacjach. Ale dziś zmęczyć się, zmarznąć, być głodnym w dzisiejszych czasach sobie w naszym wygodnickim harcerstwie nie wyobrażamy. I nie ma już prawdziwej wielkiej przygody. Zaczyna ona przypominać tę, którą przeżywamy na grach planszowych.
Czy harcerstwo w naszym hufcu (a pewnie i nie tylko u nas) ma szanse na powrót do autentycznego wychowania w świecie natury, do wychowania puszczańskiego? Na pewno tak. Tylko musimy przestać iść na łatwiznę, a to jest trudne.

Niech no tylko zakwitną…

…jabłonie. Ile to już lat podśpiewuję sobie, że świat nie jest taki zły? Tak. Około pół wieku temu byłem w STSie na słynnym widowisku Agnieszki Osieckiej. Grano je 500 razy. Był to nieprawdopodobny sukces tego widowiska muzycznego. Właściwie Osiecka tej sztuki nie sztuki nie napisała. Zebrała piosenki, powiązała je słowem wiążącym. Ot, akademia szkolna. Grane na malutkiej scenie dzisiejszej Opery Kameralnej cały czas przy pełnej widowni. Dwie części. Najpierw nostalgiczne sceny z czasów przedwojennych, później, po przerwie, swoiste podsumowanie czasów powojennych z pokazanym ze zmrużeniem oka odbudową kraju i małą stabilizację piosenkami popaździernikową. Nie ma, tak jak w “Dwóch teatrach” nawiązania do wydarzeń wojennych. Nikt nie zginął, nikt nie zaginął. Ot, aktorzy zmienili kostiumy i grają inne postacie. To się podobało. Okazało się, w PRL-u pomimo wszystko świat nie był taki zły. I widzowie przed laty to akceptowali.
Czy dziś to widowisko przeniesione do Warszawy z krakowskiej PWST jest udaną inscenizacją? Bo wszak tekst jest ten sam. Ale nieco pomysłów interpretacyjnych może zdumiewać, ba, może nawet budzić protest. Bo przywykliśmy, że aktorzy (szczególnie w tym teatrze) mówią wyraźnie, mówią tak, że widzowie rozumieją każde słowo. Dlaczego tu jest inaczej? W dodatku we wcześniejszej o dwa lata wersji prezentowanej przez aktorską młodzież takiej usterki zauważyć się nie da. Ale to drobiazg. Gorzej jest z niektórymi powojennymi piosenkami, które mają nam pokazać, jak obrzydliwe były to czasy. A więc piosenka o Warszawie śpiewana z rosyjskim akcentem (bo przecież w Polsce rządzili Rosjanie) a “Na prawo most, na lewo most…” staje się prezentacją okrucieństwa tamtych lat. W tramwaju uchwyty to szubienice, z tegoż tramwaju wyprowadza się (aresztuje) ludzi a piosenka śpiewana jest przez przestraszonego aktora, który też może być wyprowadzony pewnie w celu powieszenia go. Tak, czasy te były dla społeczeństwa trudne, ale czy nie wystarczyło zabawne pokazanie zebrania zetempowców? Nie wystarczyło “budowanie” nowych domów z których (niech już tam będzie) kradziono materiały? Czy nie mogło być normalnie?
“Jabłonie” nie są “Dziadami” lub “Kordianem”. To nostalgiczna zabawna opowieść muzyczna o kilkudziesięciu latach dwudziestego wieku. Słusznie dwukrotnie, na początku obu części Osiecka zauważa, że Polskę trzeba budować i odbudowywać od początku. Dobrze więc by było, aby na tym skupił się pan Kościelniak. I odpuścił sobie zabawy polityczne. Niektórzy widzowie wiedzą, jak było w tamtych czasach. A niektórzy (i tych jest większość) nie powinni uczyć się na musicalu Osieckiej. Bo właściwie dlaczego?