Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

April, 2016 w archiwum

Z góry przepraszam

Z góry przepraszam, nie chcę nikogo urazić, nikomu nie chcę zrobić przykrości. Żadnemu z moich byłych i aktualnych uczniów. Po prostu chcę stwierdzić fakt, który dla mnie, także jako dla nauczyciela z długim stażem, staje się coraz bardziej bolesny. Staje się coraz bardziej kłopotliwy i jest, wydaje się, nie do rozwiązania.
Chodzi mi o ogólną wiedzę, jaką posiadają nasi licealiści. Taką wiedzę o otaczającym nas współczesnym świecie a także podstawową wiedzę o przeszłości naszego narodu. Przyznacie, trudno rozmawiać o polskim romantyzmie, jeżeli nic się nie wie o powstaniu listopadowym, trudno rozmawiać o renesansie, gdy nie słyszało się o Zygmuncie Starym. (To znaczy pewnie się słyszało, ale jest młodemu człowiekowi obojętne, czy panował on w wieku XII czy XVII. A może był on królem francuskim?). Trudno jest rozmawiać z warszawskimi uczniami o “Zdążyć przed Panem Bogiem”, jeżeli nie wiedzą oni, w jakim rejonie miasta było getto i gdzie (tak mniej więcej) młodzi Żydzi walczyli z Niemcami w kwietniu 1943 roku. W efekcie, gdy rozmawiamy o “Pożegnaniu z Marią”, okazuje się, że getto było na prawym brzegu Wisły w bliskiej odległości od ulicy Skaryszewskiej. (Bo przecież z getta przyjechała Żydówka do składu budowlanego, pewnie to było blisko).
Kilka razy zdarzyło mi się na samym początku rozpoczęcia pracy z klasą pierwszą dawać uczniom do wypełnienia ankietkę. Interesowało mnie przede wszystkim, czy rozmawiali w gimnazjum o najważniejszych lekturach, jakie są ich zainteresowania, czy bywają w teatrze itd. Ku mojemu zmartwieniu wpisałem także pytanie: “Gdzie w Warszawie znajduje się pomnik Adama Mickiewicza?”. Pytanie ma sens, bo uczę w liceum noszącym od stu lat imię wieszcza. I co się okazało? W grupie trzydzieściorga szesnastolatków znajduje się czasem jeden, najwyżej trzech młodych ludzi, którzy znają poprawną odpowiedź. Nie znają Warszawy? Tak zupełnie? Nie pytam przecież o ukryty przed oczami warszawiaków obiekt. Nie pytam, z jakiej okazji go odsłonięto ani kto pomnik Mickiewicza wyrzeźbił. Zazwyczaj, gdy podsumowuję ankietkę, zadaję klasie dodatkowe dwa pytania: - Czy byliście w Krakowie? (Większość była). Gdzie w Krakowie jest usytuowany pomnik Mickiewicza? - Tak, z grupy, która odwiedziła miasto usytuowane pod Wawelem, o tym pomniku także pamiętają jednostki (choć statystycznie więcej osób wie, gdzie jest ten pomnik wieszcza w Krakowie niż w Warszawie).
To cóż, czy mam teraz wymieniać, czego cała klasa lub poszczególni uczniowie nie pamiętają, nie wiedzą, o czym nie słyszeli? Nie pamiętają daty bitwy pod Grunwaldem? Nie wiedzą nic o obrazie Matki Boskiej Ostrobramskiej? (przecież nie tylko dlatego, że wspominają o nim twórcy “Pana Tadeusza” i “Wesela”). Nie pamiętają najważniejszych wydarzeń z czasów II wojny światowej. Nawet bywa, że data 17 września nic im nie mówi a zakończenie wojny sytuują 11 listopada.
Nasi uczniowie nie wiedzą też nic o pracy na roli. Bez szans jest omawianie “Żeńców” Szymonowica lub “Chłopów”. Słowo skiba jest im obce, lemiesz, kierat, miedza (co może najbardziej dziwić), nawet żuraw, którym wydobywa się wodę ze studni. Ile lekcji trzeba by poświęcić, by zrozumieli, o czym pisał Reymont?
Problem jest, jak napisałem, nie do rozwiązania. Bo ten pomnik Mickiewicza rodzice powinni pokazać w trakcie spaceru z dzieckiem po Krakowskim Przedmieściu. Może także kilka innych (na przykład kardynała Stefana Wyszyńskiego). W czasie spaceru śladami “Lalki” niektórzy uczniowie przyznają, że po raz pierwszy w życiu są w Łazienkach. A w szkole podstawowej dzieci powinny pojechać na wycieczkę, na wyprawę na wieś, aby nauczyć się odróżniać kury od gęsi i indyków a pszenicę od żyta i owsa. Tam też można by pokazać dawne wyposażenie chaty i całego gospodarstwa (o jednej rzeczy uczniowie wiedzą - potrafią opisać cepy i opowiedzieć, do czego służą). Sporo informacji można przekazać też na lekcjach religii (jakaż wiedza o świecie znajduje się w tekstach biblijnych!). I tak dalej. Rodzice nie mają czasu, szkoła uczy, jak uczy. Czytanie nie jest w modzie (ale to już inny temat). W efekcie nauczyciel polskiego opowie to i owo. Na dodatek jego nieszczęścia wiedza na lekcji wpada jednym uchem a drugim wypada. Takie życie. Dlatego mogę tylko stwierdzić smutne fakty. I tyle.

…o zwyczajnym szaleństwie

Petr Zelenka napisał na początku XXI wieku przedziwny komediodramat. Z czeskim humorem zebrał w jednym miejscu grupę nieudaczników - kilkoro przyjaciół, jedną rodzinę, różnych osobników, którzy wykorzystują piwo, aby stać się pewniejszymi w swych zachowaniach a telefony, aby się przez nie z trudem porozumiewać. Świat to dziwny, taki trochę nasz, a jednak od naszego bardzo odległy. Cóż, ów ostry czeski humor dla jednych jest śmieszny, dla innych po prostu smutny.
Bo czy marzenia, fobie, relacje między bohaterami są życiowe, normalne, codzienne? No właśnie. Na pozór tak. Ale przerysowania, ale budowanie postaci grubą kreską oddala nas od nich. I możemy na “Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” patrzeć z dystansu, jakby pomimo wszystko nie dotyczyło to nas, ale baśniowe postacie pokazujące się na scenie.
Dwunastka młodych aktorów z Akademii Teatralnej prezentuje się na scenie dobrze, a nawet bardzo dobrze. Bezbłędnie wychodzą przez otwory pozostawione w płótnie, które zwisa z trzech stron sceny. Znakomicie rzucają się na różowe i różnej wielkości poduszki znajdujące się na całej powierzchni przeznaczonej do gry. Gdy dochodzi do sceny intymnej (pewnej parze jest najlepiej, gdy jest podglądana, a nawet oglądana w trakcie zabaw erotycznych), bohaterowie Zelenki mogą się ukryć za poduszką. I widzu uruchamiaj wyobraźnię. Bo nie da się ukryć - widzowi potrzebna jest wyobraźnia, by starać się śledzić wydarzenia, które toczą się wokół głównego bohatera - Piotra.
Mówi się, że młody (przed kilkunastu laty) autor zbudował dramat w konwencji groteski, teatru magicznego czy teatru snu. Cała historia zaczyna się, gdy Piotr, by odzyskać ukochaną, pali kosmyki jej włosów. Okazuje się jednak, że pomylił się i obciął kosmyk (na scenie to jakaś wielka i ożywająca peruka) swej ciotce. Nie odzyskuje swej dziewczyny, która, poszukując swej prawdziwej miłości ściąga z ulicy kolejnych kochanków. No i jeszcze Mucha, który onanizuje się i stara znaleźć metodę na satysfakcjonujące go uprawianie miłości a to z odkurzaczem, a to z umywalką. Okazuje się, że najlepszy jest manekin, który, jak w greckim micie, ożywa. Mucha - Pigmalionem. Manekin Ewa - Galateą. Zabawny pomysł.
Akcja toczy się wartko przez pierwszą godzinę. Może to tak jest, że zaczynamy się przyzwyczajać do spektakli bez przerw. Ale gdy wracamy na widownię po przerwie, kolejne pomysły Zelenki (nawet ten z budką telefoniczną, do której dzwoni Jana, by zaprosić z ulicy kolejnego mężczyznę) jakoś wydają się coraz bardziej nużące. Powtarzam, aktorom nie można niczego zarzucić, i ruch na scenie, i dykcja, wydają się bezbłędne. (Jak to jest, że po kilku latach od ukończenia Akademii Teatralnej dykcja im się psuje - ostatnio miałem taką nieprzyjemność oglądać spektakl “Róbmy swoje” w Teatrze Ateneum. Część obsady jest nieporozumieniem). Podoba mi się ten narybek aktorski. I, pomimo zmęczenia, długo mu klaskałem po zakończeniu spektaklu.