Adam Czetwertyński » 2016 » May

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

May, 2016 w archiwum

Grać na kapuście

To dosyć nietypowa sytuacja. Widownia na średniej scenie Teatru Powszechnego wypełniona do ostatniego miejsca. Ludzie siedzą na dostawionych krzesłach i położonych przed krzesłami poduszkach. Najmłodszy widz ma pewnie ze dwa lata, najstarsi być może zbliżają się do stu. Wszyscy podekscytowani. Przecież muzycy będą za chwilę grać na kapuście! No, nie tylko. Jeszcze na porach, bakłażanach, licznych marchewkach, dużych rzepach, na pęczkach zielonej pietruszki, arbuzach (bardzo dojrzałych), ogórkach, cukiniach i jakichś innych produktach, które można kupić na targu. Jak nas zapewniano, wszystkie warzywa (właściwie arbuz też można nazwać dużym okrągły ogórkiem) zostały kupione w Warszawie. Bo Wiedeńska Orkiestra Warzywna, która, jak sama nazwa wskazuje, przyjechała do nas ze stolicy Austrii, ma ze sobą nieliczne gotowe instrumenty - jakieś wydrążone tykwy, jakieś trąbity czy rogi - ususzone olbrzymie owoce lub korzenie. Reszta przed kilkoma dniami rosła na grządce.

Z trudem personel nas usadza - można zacząć koncert. Jest ich dziewięcioro, każdy z artystów zmienia co chwila swój “instrument”. Grają… Czy jest to muzyka? Chyba tak, słychać rytm, słychać dźwięki jak w prawdziwej orkiestrze. Słyszymy szumy, zlepy, ciągi - jakby powiedział współczesny Białoszewski. Są to szumy i zlepy interesujące, choć cały czas interesujemy się, na czym teraz muzycy grają, czyj dźwięk można uznać za najbardziej interesujący. Najbardziej przebojowa jest marchewka. Można zrobić z niej fujarkę (no, instrument fujarkę naśladujący), piszczałkę (tam pewną rolę odgrywa pasemko pora) czy ksylofon. Może to być też skromna wersja ksylofonu złożona z trzech marchewek. Tych dźwięków nie da się opisać, melodii opowiedzieć. Niech tu pozostanie zapis, że ta muzyka (teraz cytując Herberta) konkretna może się podobać. Dużą rolę odgrywa Pan za konsolą, który odpowiednio wzmacnia dźwięki. Jak inaczej moglibyśmy usłyszeć dźwięk, jaki wydają dwie pocierane o siebie papryki?

Hitem była nie tylko muzyka, nie tylko grupa przedszkolaków zbierających w trakcie koncertu porozrzucane fragmenty warzyw. Hitem była zupa, którą otrzymaliśmy po spektaklu. Ponoć ugotowana z materiałów zużytych na próbie. Ale jak świetnie doprawiona! Lepiej niż w niejednym domu. Z koncertu wynieśliśmy też jednego pora i dwie cukinie. Nie, arbuza, który ważył z pięć kilo, nie zabraliśmy. Ale byli obładowani resztkami koncertowym bardziej niż my. Mogli grać w domu na oryginalnych instrumentach, ale także ugotować kolejną zupę.

Aktorzy żydowscy

Czy na pewno aktorzy żydowscy? A może jednak aktorzy Teatru Żydowskiego? To ogromna różnica. Bo tytuł przedstawienia powinien po prostu brzmieć: “Jacy jesteśmy - rzecz o aktorach z placu Grzybowskiego”. Ale jest inaczej - może bardziej intrygująco? Bo nasi polscy aktorzy żydowscy stanowią dziwną rodzinę. Profesjonalną i amatorską (twierdzą, że uważa się ich za amatorów), pomieszaną narodowościowo (bo co to za aktor żydowski, który nie jest Żydem, i na dodatek pewnie nie zna języka jidysz?), z różnymi koncepcjami, jaki powinien być warszawski teatr żydowski. Pytanie oczywiście, na ile opowieści o żydowskiej babci, o szkole aktorskiej i dorastaniu do tego właśnie teatru z powodu wyglądu a także o graniu muru getta są autentyczne. Bo niektóre fakty można sprawdzić, na przykład ten o roli w filmie, który ostatnio zdobył Oscara. Ale jak zweryfikować opowieści o pierwszej komunii?
Podstawowe pytanie, na jaki stara się odpowiedzieć szóstka aktorów, związane jest z koncepcją współczesnego teatru, który nazywa się żydowski. Teatru z odległą tradycją Estery Rachel i Idy Kamińskich i niedawną Szymona Szurmieja. Tradycją teatru na poły amatorskiego wystawiającego klasykę żydowską i składanki piosenek przeplatanych (tak, w takiej kolejności) wątłą fabułą. Ten teatr, w którym występowano w języku jidysz i który promował zamierzchłą kulturę, wymordowanego narodu, odchodzi do lamusa. I pozostaje problem - jaki ma być ten współczesny teatr, ot, z Mają Kleczewską jako reżyserką. Aktorzy żydowscy w “Aktorach żydowskich” starają się jakoś nam o tym opowiedzieć.
Wątkiem łączącym poszczególne sceny jest pokazanie próby “Tewje Mleczarza”, którego próby zaczęły się ponad trzydzieści lat temu i trwają do dziś. Bo w tym teatrze do premiery przedstawienia o córkach Tewjego dojść nie może. To nieco dziwaczny pomysł, bo przecież wiemy, że od czasu do czasu przy pełnej widowni grany jest “Skrzypek na dachu”. Ale fakt, jest to ów teatr tradycyjny, nostalgiczny, pokazujący ów dawny nieistniejący świat. To nie jest widowisko współczesne, godne wystawienia w wieku XXI. Nowoczesny “Tewje” pewnie wystawiony nigdy nie zostanie. Próba będzie trwała…
To dobrze, że w tym teatrze można w niewielkiej salce, dusznej, nieprzyjaznej widzom obejrzeć kawałek niezłego teatru. I zupełnie jest mi obojętne, czy to, czego się dowiaduję, to głos bohatera sztuki, czy głos żywego aktora. Bo tekst jest prawdziwy, do bólu prawdziwy. I pokazuje ogromne szanse na dobre widowiska i dobry teatr. Nawet jeśli nie zawsze jest grany przez amatorów dobrej woli.

We Wrocławiu na Głównym

Wrocław jest ciekawym miastem. Ja wiem, stolica kultury, ja wiem, miasto autentycznie rozwijające się, ja wiem, wypada się tym miastem zachwycać. Nie będę jednak pisał o sprawach wielkich. Może o nich przy jakieś innej okazji. Będzie o skromnej galerii na dworcu. Przed laty Wrocław słynął z kina dworcowego. Konkurencji nie miał w całej Polsce. Dziś zadziwił mnie dworcową wystawą zatytułowaną “Medytacja i ekspresja”. Zgromadzić i wyeksponować po kilka dzieł naszych sześciorga najwybitniejszych współczesnych artystów - dla mnie rzecz genialna. Fakt, jestem zakodowany na zdawanie matury z polskiego. Gdy więc widzę jakiś obraz lub instalację, od razu zastanawiam się, co moi uczniowie umieliby o nim powiedzieć. I tak było tym razem.
Znakomicie wyeksponowana jest grupa abakanów. Z nimi kłopotów by maturzyści nie mieli. Dziś już chyba każdy 18-latek w Polsce umie coś wydukać o przedziwnych figurach budowanych i ustawianych przez Magdalenę Abakanowicz. Są prezentowane w podręcznikach, znajdują się jako przykład ustnego pytania maturalnego. Widzieć jednak instalację na zdjęciu i obejrzeć w galerii - ogromna różnica. Nawet jeśli abakany są eksponowane w niewielkiej galerii a nie w plenerze.
Cyferek Romana Opałki nigdy nie rozumiałem. Choć może lepiej byłoby napisać - nigdy one do mnie nie docierały z właściwą dla nich ekspresją. Cóż - zadziwić może pracowitość artysty. Może każdy z obrazów pobudzać refleksję na temat uplywajacego czasu, nawet przy okazji patrzenia na cyferki możemy zadawać sobie podstawowe pytania egzystencjalne. W dodatku te szarobiałe obrazy są bardzo estetyczne. Ale i tak nie jestem fanem tej twórczości. Ale są inni, oni wiedzą, dlaczego Opałka wielkim artystą jest.
Tylko sześcioro artystów. Jeszcze Hasior (dla moich maturzystów mam zdjęcie “Szarańczy”), jeszcze Szapocznikow (śliczna “Pierwsza miłość”), jeszcze Fangor i Sosnowski (jak różna jest ich estetyka!).
Z galerii, która ładnie nazywa się “Art Main Stadion”, wychodzi się do innego świata. Pociągów, peronów, tłumów. No i dobrze - w naszej codzienności potrzebna jest chwila spokoju i refleksji. Dlaczego nie na dworcu we Wrocławiu?