Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

August, 2016 w archiwum

We Fromborku

Ile to już lat nie byłem we Fromborku? Tak około trzydzieści. Nasza redakcja (była to “Drużyna”) ze swoimi młodymi współpracownikami wydawała “Na tropie Fromborka”. W obu turnusach reaktywowanej na krótko akcji staraliśmy się pokazywać wszystko, co najważniejszego i najciekawszego działo się przez wszystkie dni obozów. Jacek K., nasz redakcyjny grafik, ale także harcmistrz, szefował ekipie pierwszego turnusu, ja - drugiego.
Warunki do pracy mieliśmy fatalne. Obozowaliśmy poza Fromborkiem. Pod namiotami. Dla nas namioty to nic nadzwyczajnego, ale redakcję w namiocie trudno zorganizować. Posiłki (bardzo przeciętne) nam dowożono. Mieliśmy trzy maszyny do pisania. Musieliśmy zdobyć informacje, napisać teksty, przepisać je na maszynie, nakleić odpowiednie fragmenty na arkusze papieru, dorysować jakieś kreski i zawieźć (a raczej zanieść) do wojskowej “drukarni”, która powielała nasze pisemko w kilkuset egzemplarzach. Nie, nie było to profesjonalne pismo, ale robiliśmy, co się dało, aby każdy numer był interesujący. Pamiętajmy, że to czasy “przedinternetowe” i “przedkomórkowe”. No i byliśmy zupełnie niezmotoryzowani.
To historia. Dawne dzieje. Poznałem miasteczko - niby odbudowane, niby wyczyszczone, niby (a może rzeczywiście?) harcerskie. Nie, nie byłem fanem Fromborka i naszej, harcerskiej tam obecności. No cóż, może dlatego, że akcja była harcerska i nieharcerska zarazem - taka harcerka schizofrenia. Długo można na ten temat pisać.
I po trzydziestu latach pojawiłem się we Fromborku. Ot, normalny pobyt turystyczny w ciekawym miasteczku. To dziś całkiem inne miejsce na mapie! Katedra nadal monumentalna góruje na wzgórzu. W katedrze ciekawe koncerty na jednych z najlepszych organów w Polsce. Nadal Kopernik jest symbolem miasta. Ale jak tam jest ślicznie! Ale jaką tam można zjeść tartę z owocami! Jaką pieką pizzę! Jak tam jest ładnie! I czysto. Tak, zaczęli tam pracę harcerze, dokończyła Unia Europejska. Frombork jest śliczny. Warto tam bywać.
Aaa… Po ponad czterdziestu latach we Fromborku pojawiła się też Grażyna. Dla niej najważniejszym miejscem na wzgórzu katedralnym okazała się miejscowa publiczna… toaleta. Przed laty tę właśnie toaletę - nowiutką i wyremontowaną - w trakcie “Akcji 1001 Frombork” sprzątała i myła. Taką pracę też wówczas wykonywali harcerze. Dziś za wejście do tego poziemnego miejsca musi płacić 2 złote. Ale może przy okazji bytności w tym miejscu powiedzieć: - Też dołożyłam kilka godzin swojej pracy, by dziś Frombork mógł być tak piękny.

Na plaży

Na plaży fajnie jest… I u nas jakoś inaczej, niż w tych miejscach, które są opisywane tego lata przez dziennikarzy. Może dlatego, że nasza plaża nie jest całkiem dzika, ale nie jest też zajęta przez setki rodzin zajmujących swoje “forty”, “zagrody” i inne oznaczone terytoria. Jedna rodzina piętnaście metrów od nas na wschód, druga dwadzieścia na zachód. Jakieś dzieci w oddali moczą nogi w morzu. Naprawdę na plaży fajnie jest.
Aby dojść do namiotu, w którym grupką młodych mężczyzn sprzedaje produkty różne, trzeba przejść wzdłuż brzegu pół kilometra. W namiocie króluje piwo, ale mnie interesuje kawa. Długo zastanawiam się, dlaczego za odrobinę niesmacznego brązowego płynu, podawanego w papierowym kubku, muszę zapłacić osiem złotych. Espresso z widokiem na morze musi kosztować. Ale drogo i niesmacznie? Nie, to mi się nie podoba.
Na szczęście w tym roku wybudowano koło plaży kawiarnię. Kawa w różnych odmianach, świetne herbaty, lody, ciastka, rurki z kremem i gofry… Jest z czego wybierać. I wszystko podawane w normalnych naczyniach. I na normalnych talerzykach. Zarobił na mnie właściciel tego obiektu, oj zarobił.
Obok dwie ogromne smażalnie z rybami, ale także mnóstwem innych dań. Różnica między nimi jest jedna - w “Wielorybku” je się nożem i widelcem, u sąsiadów - sztućcami plastikowymi. Obie pełne. Bo dostać tam można nie tylko ryby w różnej postaci, ale wyciskane soki, gofry, kebab, kotlety schabowe i karkowkę, pierogi i kawę. Dla wszystkich coś dobrego. Nie ma tylko ciast pieczonych w domu (co dla mnie jest ważne), ale cóż, nie można mieć na plaży wszystkiego.
Jest sklepik z pamiątkami, buda z zapiekankami, stoisko z różnościami dla dzieci, pojawiają się stoliki, gdzie dziewczynkom zaplątani są kolorowe warkoczyki a wszystkim chętnym tatuaże z henny. Jest jak wszędzie, tylko w granicach rozsądku, nie za dużo tych okropnych bud i budek.
Na plaży w Kątach Rybackich będę bywał częściej. Dlatego donosy z tego kątka świata ukazywać się będą w moich tekstach częściej. Na razie, gdy będę chciał zobaczyć, co się tam dzieje, skorzystam z możliwości spojrzenia na plażę okiem kamery. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. To jest to!

Szekspirowski

Od dawna chciałem obejrzeć gdański teatr szekspirowski. Oficjalnie pisany dużymi literami. Jednak czym innym jest przeczytanie nawet kilku tekstów na jego temat, a czym innym “dotknięcie” go, obejrzenie, uczestniczenie w spektaklu. Udało się. Na scenie “Wesołe kumoszki z Windstoru”, ja na widowni. Co oceniać? Teatr czy przedstawienie? Jedno i drugie? Niech będzie.
Ponoć twórcy budynku wzorowali się na autentycznym gmachu, jaki istniał w Gdańsku i w którym grały trupy angielskie. Teoretycznie się udało. Sala wygląda, jak na rysunkach renesansowych teatrów angielskich. Loże na trzech piętrach, podest dla aktorów, scena z wbudowanym piętrowym pałacem, mogącym grać w większości dramatów Szekspira. Na parterze miejsca stojące. Wszystko na właściwym miejscu. I tylko jeden problem - z większości miejsc widać tylko część sceny. Te barierki, te słupki, te zabezpieczenia… Rozumiem, że w czasach teatru elżbietańskiego widzowie nie musieli być dobrze traktowani. Ale dziś? Jakiś czas temu dyrekcja ograniczyła liczbę miejsc na widowni. Sprzedawane są ponoć bilety tylko na siedziska, skąd widać dobrze. Idea słuszna. Ale dlaczego zapłaciłem za bilet i miałem widzieć całe przedstawienie a widziałem połowę?
To, co mi się ogromnie podobało, do kawiarnia teatralna zwana barem. Ciekawie zaaranżowana, z bardzo dobrymi rzeczami do jedzenia (i picia). Tam warto bywać.
A teraz o przedstawieniu. Trupa teatru (to chyba właściwe sformułowanie) gra z zaangażowaniem. Pokrzykuje z zapałem, biega nie potykając się. Wykorzystuje tekst wielkiego stradforczyka do bawienia nas jego nawiązaniami do seksualności bohaterów (a także nas - widzów). Czasami nawet śmieje się z własnej gry. “Wesołe kumoszki…” to, jak to zwykle u Szekspira komedia pomyłek. Widzowie mogą też się mylić. Czegoś nie rozumieć. To nie jest problem. I tak się dobrze bawimy. W dodatku że słuchamy Szekspira- Barańczaka. Jak on (to znaczy Barańczak) bawi się słowem!
Dlatego przy najbliższej okazji znów postaram się zajrzeć na tyły Domu Harcerza. Może będą grali Barańczakowego “Hamleta”?