Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

January, 2017 w archiwum

Jacek

I znów pożegnanie. Dziś zmarł Jacek. Jeden z tych (jak to brzmi banalnie), który całe życie poświęcił harcerstwu. I czynił to z zapałem, z nieprawdopodobnym zapałem i zaangażowaniem. Czasami z Jackiem rozmawiałem, czasami korespondowałem. Czytałem jego zapiski na fb, był tam bardzo aktywny. Ciągle zamieszczał zdjęcia swoich ukochanych “Powsinóg”. Wczoraj, zupełnie przypadkowo, znalazłem na biurku jego życzenia świąteczne z roku 2012. Jak zwykle wypisane skośnym, równym pismem. Nie wiedziałem, że to jakiś symbol, że wtedy był na granicy życia i śmierci.
Otwieram ostatnią dłuższą korespondencję. Lato 2016 roku. Zapraszam go do naszego ośrodka w Ocyplu, bo spotykam tam (oczywiście przypadkowo) członków jego środowiska. Byłoby miło porozmawiać w towarzystwie wychowanków jego wychowanków. Jacek wychodził właśnie ze szpitala, uczył się robić zastrzyki. Cukrzyca. Nie, nie mógł przyjechać na Kociewie. Ot, piszemy do siebie, że może się spotkamy w Warszawie, może w Opolu. Ale od dzisiaj wiem, że się nie spotkamy…
Widziałem Jacka dobrych kilka lat temu. Miał kłopoty. Sytuacja, w jakiej się znalazł, z własnej winy, była mało sympatyczna. Starszy pan zrobił głupstwo, wstydził się tego, a powiedział o dwa zdania za dużo. Groziło mu (jemu, najcudowniejszemu z harcerzy) usunięcie ze Związku. Karę przyjął z właściwą sobie pokorą. Cierpiał i dostosował się do decyzji harcerskich władz. Rozumiałem Jacka, współczułem mu. Może dlatego, że co prawdę jestem odrobinę od niego starszy, ale nasze życiorysy troszeczkę, troszeczkę były zbieżne?
Dla mnie Jacek nie był przede wszystkim szefem “Powsinóg”, nie był świetnym muzykiem, autorem piosenek, kawalerem Orderu Uśmiechu. Nie, był tym, który zupełnie bezinteresownie zaczął pomagać harcerzom na Ukrainie. Przed laty byłem z Jackiem (i Misią) we Lwowie, staraliśmy się nawiązać normalne relacje z odradzającym się na Ukrainie polskim harcerstwem. Wówczas nam się to udało, a dalsze niepowodzenia to na pewno nie my. Wtedy to “Powsinogi” zaopiekowały się środowiskiem harcerskim w Drohobyczu. Czyli zaopiekował się nimi Jacek. Obozy, spotkania, pomoc - bardzo za to Jacka ceniłem.
No nie, ceniłem go za całokształt. Za postawę, za zaangażowanie, za uśmiech, za dobroć. I oczywiście nie będę Jacka wspominał jak jego liczni wychowankowie. Nie mam szans. Od dziś jest o jednego prawdziwego harcmistrza mniej. Ogromna szkoda, ogromny żal.
PS W sobotę 28 stycznia pogrzeb w Opolu. Piękne słońce. Tłum. Starych i młodych. Harcerzy i cywili. Pogrzeb godny harcerskiego instruktora. Piękne, mądre kazanie księdza, który znał Jacka. Nad grobem kilka zdań prezydenta miasta i dwóch instruktorów. Głos więźnie im w gardłach. Pozostanie po nim pamięć, dobra pamięć u wielu, wielu z nas.

Trzy razy Janda

Nieprawdopodobny weekend. Trzy razy byłem w teatrze Krystyny Jandy. Nie, nie dlatego, że uznałem, iż trzeba nadrobić wszelkie zaległości. Nie. Po prostu na jedno przedstawienie kupiłem a na dwa dostałem bilety, a darowanemu koniowi (jak wiadomo) w zęby się nie zagląda. Trzy przedstawienia. Każde inne. O każdym więc słów kilka. No i wnioski.

Piosenki z teatru
Sama szefowa bawi pierwszego wieczoru publiczność opowieściami różnej treści i śpiewaniem piosenek z trzech jej spektakli. Ponieważ pierwszy z nich był w czasach, którego widzowie i tak nie pamiętają (ach ta skleroza), a pozostałe były równie dawno, pomysł bardzo dobry. Tylko to wykonanie… Powszechnie lubimy Krystynę Jandę, lubimy, jak opowiada i śpiewa. Tylko że opowiada zacinając się, gubiąc wątki, zapominając słowa. A piosenki? Mniej lub bardziej znane? Trochę podobnie. Doświadczona artystka potrafi jakieś słowo zamienić, coś zaśpiewać, aby widz nie zauważył wpadki. Ale czasem wpadki są zbyt duże. I Janda wykrzykuje: - Zapomniałam tekstu! – Publiczność jej to wybacza, ale ja tu zbyt tolerancyjny nie jestem.

Opowieści emigranta
Czesław, czyli Czesław Mozil jest dziś celebry tą. Bo wziął udział w jakimś programie telewizyjnym. I choć z lekka sepleni, choć jego piosenki budzą duże wątpliwości, jest na tyle popularny, że zgromadził sporą grupę publiczności na spektaklu, będącym także show jednego aktora. Opowiada o swoim życiu, nieco innym niż nasze, bo wychowywał się w Danii. Osiem lat temu wrócił do Polski… Czy da się porównywać Krystynę Jandę z Czesławem, jeżeli ta pierwsza mogłaby być matką tego drugiego? Można, oczywiście że można. W tym przypadku biograficzne opowiastki przeplatane piosenkami zostały przygotowane bardzo solidnie. Czesław gra, śpiewa i mówi – wydaje się czasem, że czyni to równocześnie. To fizycznie jest niemożliwe, a jednak… Gdy trzeba – sepleni. Gdy trzeba – nie. Jak on to robi? Nie wiem. Ponoć nasi najwybitniejsi kucharze mają to samo – na wizji kaleczą język a na co dzień świetnie posługują się naszym językiem.

W domu starców
Bardzo cenię sobie „Chłopców” Grochowiaka. To jedna z najlepszych sztuk, jaka została napisana w czasach PRL-u. Mrożek, Różewicz no i Grochowiak. Znakomita trójka tak różnych twórców. W „Polonii” oglądamy opowieść o starości, o przemijaniu, o ludzkich słabostkach. O ludzkich wzlotach i upadkach. Oglądamy bardzo mądrą sztukę i zarazem oglądamy złe przedstawienie. Niektórzy aktorzy wybitni, niektórzy modni, grupka mało znanych, ale przecież wszyscy są profesjonalistami. I przed nami teatr prowincjonalny i amatorski. Nie żebym miał coś do teatrów amatorskich i prowincjonalnych. Rzecz w tym, że oglądamy sztampę, banał, jedną wielką przeciętność. Oglądamy przedstawienie, w którym nie ma ducha teatru, jakiegoś autentycznego przeżycia. Szkoda aktorów, szkoda widzów zapełniających wszystkie krzesła na widowni. Wstyd, panie reżyserze, wstyd.

No to policzmy: Janda na trójkę, Mozil na czwórkę, Grochowiak na dwa. Średnia ocena – dostateczna. Mało.