Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

May, 2017 w archiwum

Klątwa

Tak, chyba jakaś klątwa wisi nad “Klątwą” Stanisława Wyspiańskiego. Ponad wiek temu podjął w swoim dramacie temat kłopotliwy dla kościoła katolickiego - los dzieci spłodzonych przez księży. Dalej pomysły autora nie są już istotne. Susza na wsi za bezbożne zachowanie bohaterów. Akcja chłopów, których byt jest zagrożony. Spalić bezecnicę na stosie? Spalić “księżowskie” bękarty? Ukamienować? Temat co najmniej kłopotliwy. Katolicki czy antykatolicki?

Klątwa i “Klątwa” stała się pretekstem do wystawienia dramatu, który ma co prawda tytuł utworu Wyspiańskiego, ale z tą tragedią ma niewiele wspólnego. Bo przecież nie są ważne te nieliczne fragmenty, napisane ręką młodopolskiego poety, recytowane na scenie Teatru Powszechnego. Co jest istotne? Pokazanie błędów kościoła? Ukazanie naszych postaw – postaw współczesnych Polaków? A może to rzecz o granicach sztuki, dla których owe polskie problemy są tylko pretekstem?

Nie da się ukryć, że Oliver Frljić jest artystą kontrowersyjnym, że jego pomysły inscenizacyjne mogą budzić wątpliwości. Że w jego dramacie (bo przecież nie dramacie Wyspiańskiego) są sceny budzące wątpliwości, nazwę je – mało estetyczne. Taka jest owa scena, gdy aktorka bierze udział w akcie erotycznym z figurą przypominającą postać papieża. Ale, o dziwo, po godzinie spektaklu wszystko się wyjaśnia. Bo wtedy to ze sceny padają owe słowa o sztuce, granicach sztuki i rozróżnianiu osoby aktora od osoby bohatera przez tego aktora granego.

Cóż, Frljić poczytał sobie „Wyzwolenie” (o ile prościej byłoby zbudować widowisko na takim neoromantycznym tekście) a może gnębiło go nieuctwo Polaków. Niezrozumienie podstawowych reguł sztuki. Więc każe nam wysłuchiwać, dlaczego nawet na scenie nie można zbierać pieniędzy na zabójstwo. Gdzieś owa granica zostałaby przekroczona.

Nie da się ukryć, że reżyser potraktował nas – widzów – jak uczniaków, którym trzeba nie tylko pokazywać jakieś wydarzenia, ale także te wydarzenia objaśniać lub streszczać. Bardzo ciekawy chwyt. Zresztą rozlicznych pomysłów miał Frljić dużo – owe zwierzenia na temat księży – pedofili, owa broń, składana z różnych krzyży, ów krzyż, podcięty piłą mechaniczną, nawet poszukiwanie na widowni „Arabów” robiło wrażenie. Możemy z poglądami wygłaszanymi na scenie się nie zgadzać (monolog na temat przerywania ciąży), ale musimy pamiętać – to tylko gra. Tak może ktoś myśleć. Tylko co myśleć o rozmontowywanym w ostatniej scenie orle? Naprawdę
rozmontowujemy dziś nasze państwo?

To ciekawe przedstawienie. Warto było je obejrzeć. A owa klątwa wisząca nad „Klątwą”? Wystarczy wyjść przed teatr. Uważnie popatrzeć na przedstawicieli naszego społeczeństwa. Wystarczy.

Z wielkiej chmury…

Poszedłem, wreszcie poszedłem. Przecież to przez wszystkich znawców i wyznawców bez przerwy od miesięcy oceniany spektakl teatralny. Oceniany przez tych, którzy go widzieli, ale przede wszystkim przez tych, którzy nie mieli przyjemności zasiąść na fotelach w Teatrze Powszechnym. Tak, poszedłem na “Klątwę”. Trochę z duszą na ramieniu, bo nie wiadomo, co się w teatrze i przed teatrem może wydarzyć. Ale podjąłem męską decyzję - ta profanacja, ten skandal niech też będzie moim udziałem.
I co? Właściwie powinienem zacząć tę refleksję innym tytułem. Bo tak naprawdę w sferze ideologiczno-polityczno-protestacyjno-religijnej z małej chmury wielki deszcz. Naprawdę niepotrzebna jest ta afera. Ale może ktoś, na przykład ONR, chce się wypromować, więc każdy pretekst jest dobry.
W Powszechnym byłem w niedzielę. W sobotę (jak można było zobaczyć w telewizji) były świece dymne, jacyś protestujący dostali się na teren teatru, była w związku z tym drobna przepychanka. W niedzielę było spokojnie. Oczywiście protesty (i antyprotesty) przed teatrem w niedzielę trwały, więc nieco owego folkloru mogłem zobaczyć. Po pierwsze barierki, po drugie dziesiątki policjantów, po trzecie wielu (skąd oni się wzięli?) pracowników teatru. Wchodzę boczkiem od Zamojskiego, bacznie obserwowany przez liczne służby. Obok tych służb (i obok nas, ale odwracałem wzrok starając się w tym momencie jak najmniej zwracać na siebie uwagę) jacyś młodzi ludzie z zielonymi flagami ONR. Na samym rogu ulic ich zadaszenie pięknie podpisane i wokół ze dwudziestu manifestantów. Ci z flagami stoją cicho. Godny, można powiedzieć, protest. Wejście do teatru nie jest blokowane, można wejść i w przyteatralnej kawiarence wypić kawę. Tu nowość. Szkła nie dostaniemy do ręki. Wszystkie napoje w opakowaniach papierowych - względy bezpieczeństwa.
A co się dzieje przed teatrem? Na wprost nas, już od Zielenieckiej - Krucjata Różańcowa. Jest kolejnych dwadzieścia osób. Te modlą się głośno. Mają jakieś transparenty, ogromny - chyba tak to należy określić - baner z obrazem Matki Boskiej. Kawałek dalej, bliżej Parku Skaryszewskiego, obrońcy wolności słowa, wolności wyrażania swoich opinii w sferze artystycznej. Przeciwnicy tych, którzy zajęli róg Zamojskiego i Zielenieckiej. Obie grupy rozdziela policja. Nic się pomieszać i pomylić nie może. Obrońcy mojej także obecności w teatrze życzą modlącym się opamiętania. Ale generalnie dominuje atmosfera pikniku. Każdy robi to, co dla niego jest najprzyjemniejsze. Nawet policjanci trochę jak w teatrze - uśmiechnięci i groźni zarazem. Czują wagę własnej roli.
W teatrze jeszcze jedno sprawdzenie biletów, takie bardziej dokładne i niespodzianka. Długa kolejka do rewizji osobistej. Paniom oglądana jest dokładnie zawartość torebek, takim osobnikom jak ja sprawdzane jest, czy nie posiadają jakichś przedmiotów metalowych. Nie broni, nawet scyzoryka nie miałem. Mogę usiąść na widowni. Z boków cały czas (także w czasie spektaklu) patrzy na nas czujnie kilka par oczu. Bardzo dobrze jesteśmy pilnowani.
Jeszcze o tej sferze przedstawienia. Po spektaklu dyrektor teatru przeprosił nas za niedogodności (sala przyjęła to z pełnym zrozumieniem) i poprosił, abyśmy wyszli tylnymi drzwiami. Od strony parkingu. Nie pozwolono nam popatrzeć na protestujących. Trudno.
PS O spektaklu napiszę oddzielnie. Bo to do niego pasuje tak ładnie wymyślony przeze mnie tytuł “Z wielkiej chmury…”.

Druh Andrzej

Nie, nigdy nie byłem członkiem “Gawędy”, ale obiłem się o ten zespół i miałem niewątpliwą przyjemność być podopiecznym druha harcmistrza Andrzeja Kieruzalskiego. Gdy w nowo otwartym Pałacu Kultury (pamiętacie że przez lata pod neonem można było odczytać, iż nosi imię Józefa Stalina) uruchomiono w jego części Pałac Młodzieży, zapisałem się (a właściwie zostałem zapisany) do jednej z grup. Był to pałacowy teatrzyk kukiełkowy. Dlaczego do takiego zespołu? Wytłumaczenie wymagałoby napisania odrębnego felietonu. Ten felieton jeszcze napiszę…
Najpierw zajmował się nami druh Wesołowski - znakomity specjalista od tej formy teatru a następnie zaopiekował się nami druh Andrzej. Pracował on wówczas na warszawskiej Pradze z powiększającą się ekipą dzieciaków, które nazwały swój teatr “Gawędą”. Myśmy nazwy nie mieli. Oni byli od nas lepsi - pracowali dłużej i operowali nie takimi zwykłymi kukiełkami, ale marionetkami! Tak, mieli kłopot, bardzo się starali, aby nitki się nie poplątały. Widziałem sukcesy, ale widziałem też ich klęskę, gdy marionetki “padły”. Ale to było tylko raz. W jakichś przeglądach bili nas na głowę.
Pracował więc druh Andrzej z nami. Znakomicie. Tekst “Żaczka Szkolaczka” mogę wyrecytować i dziś. Piosenkę Żaczka w wersji wesołej i w wersji smutnej mogę zaśpiewać. A nauczyłem się tekstów sześćdziesiąt lat temu! Laleczki robiliśmy sami, choć oczywiście pod bacznym okiem naszego druha. Graliśmy naszego “Żaczka” kilkakrotnie - a to w jakimś miejskim przeglądzie, a to na imprezie noworocznej w Pałacu. Największym przeżyciem był występ przed Siergiejem Obrazcowem, najwybitniejszym rosyjskim, światowej sławy aktorze i twórcy teatru lalek. Przyjechał on do Polski i siedział przed nami w sali, gdzie występowaliśmy na co dzień. Nie był to mój najlepszy występ. Pomyliłem się, skróciłem fragment drugiego aktu. Ale na szczęście (poza druhem Andrzejem) nikt tego nie zauważył.
Dzięki druhowi Kieruzalskiemu po raz pierwszy moje zdjęcie znalazło się w książce, a właściwie książeczce. To poradniczek “Z kukiełką w plecaku”. Stoję roześmiany grając (cudzą) lalką osła. Mam może dwanaście lat.
Pracowaliśmy czasem wspólnie z “Gawędą”. Ot, nagrywaliśmy dialogi i piosenki do “szkolnego” programu telewizyjnego. Ja długo przy Myśliwieckiej nie popracowałem. Okazało się (czego jeszcze nie było na scenie słychać), że rozpoczęła się u mnie mutacja. Już czyściutko zaśpiewać nie umiałem. I w ten sposób skończyła się moja aktywność w Pałacu Młodzieży. A właśnie wtedy, gdy mnie już w zespoliku kukiełkowym nie było druh Andrzej przeniósł swój zespół z Pragi do śródmiejskiego Pałacu i zaczął rozwijać “Gawędę” w całkiem inny, ogromny, odnoszący sukcesy zespół. Ale już beze mnie. Czasem tego żałuję.
Z druhem Andrzejem spotykałem się na mojej harcerskiej i instruktorskiej drodze kilkukrotnie. Ku mojemu zdziwieniu pamiętał mnie. Rozróżniał wśród setek swych wychowanków. Przez lata mnie to cieszyło.
Druh harcmistrz Andrzej Kieruzalski zmarł kilka dni temu. Inni będą Go wspominać bardziej patetycznie. Znali go dłużej i lepiej. Ja byłem jego wychowankiem tylko dwa lata. Ale to były świetne dwa lata mojego życia.