Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

June, 2017 w archiwum

Street

Raz, drugi, trzeci… Jeżeli człowiek, mając duży wybór miejsc do jedzenia w centrum handlowym, wybiera cały czas to samo, o czymś to świadczy. No tak, nie można uniknąć obecności w centrach handlowych. I to niezależnie od tego, czy ma się zamiar wyjechać za granicę na wczasy, czy chce się kupić dziecku prezent urodzinowy, czy też trzeba porozmawiać w sprawie zmiany warunków umowy w biurze którejś sieci telefonicznej. Wszystko w jednym miejscu. Wiemy, znamy, nie rozwijam tematu. To się może, ba, to się musi podobać. Jak myśmy mogli żyć w czasach, gdy takich centrów nie było? No tak, nie było również telefonów komórkowych.
Przez lata obserwowałem, jak rozwija się wielkie (na warunki szwedzkie) takie centrum w jednej z dzielnic Sztokholmu. Najpierw było kilka budynków koło stacji metra, w których na parterze były sklepy, na piętrze biblioteka, biura albo ośrodek zdrowia. Powstały też stosunkowo niewielkie domy handlowe znanych sieci. I ogromny garaż. Później zaczęto te budynki łączyć, jedna z uliczek otrzymała dach, jakiś kawałek dobudowano, zadaszono drugą uliczkę, przeprowadzono kolejne remonty, tworząc wygodne ciągi pieszych. Chyba na końcu utworzono duże centrum gastronomiczne z kilkoma punktami, zupełnie tak jak u nas. Tam wszystko ewaluowało, myśmy mogli z ich doświadczeń korzystać. Nie musimy jakichś dachów dobudowywać.
Dziś mogę, jak i w Sztokholmie, wybrać sobie miejsce, gdzie chcę zjeść w miarę tanio i w miarę smacznie. Wybrać jedno miejsce z dziesięciu innych. I w Arkadii, i w Blue City jest to “Street”. Na początku, przy pierwszej tam obecności niepokoi bardzo długa karta. I makarony, i coś meksykańskiego, i zupy, i sałatki, i takie normalne dania mięsne/rybne, i naleśniki, i pierogi, dania sezonowe (na wiosnę ze szparagami) itd., itd. Dużo tego, za dużo. jak się w tym nie zgubić? Gdzieś przeczytałem, że to kuchnia amerykańska. Nie wiem, dlaczego tak napisano. Bo dużo dań grillowanych? Na dodatek w sali ekrany i do oglądania filmiki, gdy ktoś wpada do basenu albo pies udaje człowieka a człowiek psa. Żenada.
I tam właśnie do tego “amerykańskiego” lokalu od pewnego czasu bardzo lubię chodzić na lunche czy późniejsze obiady. Wszystko jest na swoim miejscu. Jest tak, jak powinno. Mięso jest właściwie upieczone, usmażone czy grillowane, frytki są świeże, sałatka jakby zrobiona specjalnie dla mnie, świetny dressing, ładnie podane, ciepłe (co wcale nie jest typowe w naszych restauracjach). Na dodatek kelnerki nieco bardziej profesjonalne niż w innych lokalach. Próbowałem pierś z kurczaka, polędwiczki wieprzowe, gyros, placek zwany zbójnickim, indyka i coś tam jeszcze. To wszystko było smaczne, ani razu się nie zawiodłem. Gdy w obu centrach handlowych zastanawiam się na parterze, czy wjechać na piętro i wybierać między stoiskami z dobrym jedzeniem, pozostaję na dole i idę do “Streeta”. Ciekaw jestem, kiedy mi przejdzie miłość do tej minisieci (mają tylko trzy lokale). Kto inny podbije moje serce. Na razie nie ma konkurencji.

Pożegnanie

Dziś w Mickiewiczu skromne pożegnanie. Kwiatki, drobny prezent, kilka słów z mojej strony (wszak nie odchodzę na serio ze szkoły, coś muszę zrobić, coś musimy zrobić z wychowawcami klas pierwszych, z całą radą pedagogiczną, aby odrodzić “Trójkę”; dopiero, gdy drużyna harcerska będzie w szkole działała, będę mógł powiedzieć - odchodzę na emeryturę). Rzecz nie byłaby warta opisywania, bo było miło, ale to przecież taki incydent, drobny fragmencik rady pedagogicznej, gdyby nie list, a właściwie fragmencik listu, jaki wystosowała pod moim adresem nasza pani Dyrektor.
Otóż w liście tym znalazł się cytat, który brzmi: “W emeryturze nie ma nic złego pod warunkiem, że nie dopuścimy, aby przeszkadzała w pracy”. I nie jest istotne, czy to rzeczywiście powiedział jeden z amerykańskich prezydentów. Ważna jest mądra w rzeczywistości myśl, że w każdym wieku można pracować. Ba, że nie powinniśmy od tej pracy uciekać. Jedni powiedzą: - Pracuję na działce. - Inni będą pisali pamiętniki, ktoś jeszcze opiekować się będzie chorym kuzynem czy wnukami. Emeryt cały czas pracuje.
Ciągle ktoś zadaje mi pytanie, jeżeli już nie pracujesz w szkole, jeżeli już nie otrzymujesz pieniędzy z ZHP, to chyba się ogromnie nudzisz. Odpowiadam, że nuda jest niemożliwa. Bo jest redakcja “Czuwaj”, jest nasz hufcowy “Praski Świerszcz” - co miesiąc pisanie i redagowanie tekstów. Jest rocznik “Harcerstwo”, który lada chwila trzeba dać do druku. Jest hufcowa komisja stopni oraz zespół kształcenia, jest opieka nad stroną hufca. (Ta strona, niby taka drobna sprawa, a zajmuje mi sporo czasu). Są harcerze z Białorusi, dla których szykujemy obóz (i na którym to obozie będę - to prawie trzy tygodnie ciężkiej pracy). W najbliższym czasie mam też przydzielone przez dyrekcję redagowanie wydawnictwa z okazji 120-lecia Mickiewicza (oczywiście liceum noszącego jego imię). No i mam kilka pomysłów na przyszłość, w tym wielkie domowe sprzątanie - to praca na pół roku.
Strasznie mi się podoba - emerytura ma nie przeszkadzać w pracy. Muszę sobie gdzieś zapisać to zdanie. A na razie w najbliższy poniedziałek jadę do szkoły, by przez cztery godziny w komisji rekrutacyjnej przyjmować świadectwa gimnazjalistów, którzy chcą od września zostać uczniami Mickiewicza. Pożegnanie było, ale obowiązki pozostają obowiązkami. I wcale się tym nie martwię.

Ten dziesiąty

Tak, dziś będzie o dziesiątym punkcie Prawa Harcerskiego. Tym, który nie tak dawno zmieniony został przez zjazd ZHP. Będzie o tym punkcie i przedziwnym jego rozumieniu. Nie będę się zajmował historią harcerstwa, Małkowskim, Szarymi Szeregami, statutami - przedwojennymi i powojennymi. Nie zajmę się także Prawem Harcerskim obowiązującym w ZHP poza granicami Kraju. Choć warto, bo bardzo podobne jest do tego funkcjonującego w dzisiejszym ZHP. Porozmawiamy o tym punkcie, który jest zmodernizowany, zdaniem jednych - poprawionym, zdaniem innych - popsutym. Ten punkt powinniśmy interpretować. Oczywiście dlatego, że obowiązuje nas dziś, ale będzie (chyba) obowiązywał nas jutro i pojutrze. Brzmi on: “Harcerz pracuje nad sobą, jest czysty w myśli, mowie i uczynkach; jest wolny od nałogów”.
Zaczyna się ta cząstka harcerskiego prawa od sformułowania zobowiązującego harcerza do pracy nad sobą. Fakt, wszystkie poprzednie punkty też do pracy nad sobą zobowiązują. Ten jakby pointuje, zamyka tamtą dziewiątkę. Praca nad sobą - bycie coraz lepszym; we wszystkich sferach. Tej intelektualnej, tej fizycznej, tej duchowej. To proste. Często mówimy w harcerstwie o stawianiu wyzwań. Tak, to praca nad sobą przez stawianie wyzwań.
Przy okazji rozmowy o zmianie 10. punktu Prawa zdumiał mnie pewien młody, aczkolwiek pełnoletni od jakiegoś czasu instruktor. Stwierdził, że bardzo się cieszy z tego nowego zapisu. Będzie teraz swoim harcerzom powiedzieć, że lubi sobie strzelić malucha, po zbiórce pójść na piwo a dziewczyną usiąść i wypić butelkę dobrego wina. No, może troszkę tu fantazjuję, ale ogólna wymowa jego wypowiedzi była właśnie taka. Instruktor ten stwierdził, że nie musi już nikogo oszukiwać. Nie musi być (jak poprzednio) dwulicowy. Mówić harcerzom, że alkoholu nie pije, co prawdą nie było.
Porozmawiajmy na serio. Opowiadanie harcerzom o własnych nałogach lub nawet o ulubionych napojach wyskokowych jest skandalem. Granica między nałogiem a przyjemnością wypicia jednego piwa jest cienka. Ów instruktor zupełnie zapomniał, że ma być wzorcem dla swoich harcerzy (i harcerek też). Nie widzi, że działa w środowisku, gdzie mieszka sporo rodzin patologicznych, że abstynencja szczególnie tam powinna być tam propagowana.
Zastanawiam się, czy ten instruktor umawia się ze swoimi harcerzami (i harcerkami także), że gdy skończą osiemnaście lat, pójdzie z nimi po zbiórce na piwo (ma on swoje zasady - na zbiórce będzie trzeźwy, dopiero później może sobie używać życia). Czy zatem pracuje nad sobą? Oczywiście nie. Czy jest czysty w myślach? Wątpię.
W jego przypadku sens miałoby tylko jedno stwierdzenie: - Mam pewną niedoskonałość, jestem w pewnej dziedzinie swego życia mało harcerski. Będę się starał zwalczać moje nienajlepsze postawy, moje słabości. Opracuję moją indywidualną ścieżkę rozwoju i będę nią kroczył. - Ale tak nie jest. On jakby szczycił się swoją nieharcerską postawą.
Do pracy nad sobą zachęcałbym owego druha - ekshibicjonistę i innych druhów podobnie myślących. Powtórzę - pracujmy nad sobą, starajmy się dla naszych wychowanków być wzorcem. Instruktor z papierosem w zębach i butelką piwa w ręku takim wzorem nie był, nie jest i nie będzie. Nigdy. Przeczytajcie ze zrozumieniem 10 punkt harcerskiego prawa. Ze zrozumieniem.

Prapremiera dreszczowca

No tak, takie przedstawienia są potrzebne. Głupawe farsy, w czasie których co chwila z różnych stron sali wybucha śmiech. Raz pojedynczej osoby, innym razem połowy widowni. Siedzimy w “Och-teatrze” i cieszymy się jak dzieci. Bo to, co oglądamy, jest autentycznie śmieszne. Siedzimy i ja czuję się jak na lekcji. Nie mogę oderwać się od szkoły i powtarzania, czego na temat humoru mówiłem na języku polskim. Próbowałem analizować - czy to humor postaci, czy słowny, czy sytuacyjny. A tu wszystko jasne - każdy rodzaj humoru w “Prapremierze…” pojawia się co chwila.
Akcja utworu jest beznadziejnie prosta, powiedziałbym, że prymitywna. Grupa amatorów wystawia kryminałek. Nic im się nie udaje. Dekoracje rozpadają, drzwi nie otwierają, tekst się aktorom myli, zamiast alkoholu pojawia się w szklaneczkach płyn do zmywania naczyń, który aktorzy wypijają. Czekamy, kiedy zaczną nosem puszczać mydlane bańki. Słowem - kolosalna liczba przedziwnych wypadków. Na dodatek wydarzenia z życia bohaterów dreszczowca plączą się z życiem bohaterów - aktorów. Ot, teatr w teatrze. Tyle że w teatrze nieudaczników.
Śmieszne? Śmieszne. Warto było tę godzinę z hakiem przesiedzieć w teatrze? Otóż warto było. Niezależnie od gry aktorów, którzy tak starali się nas rozśmieszyć (rozumiem, rozumiem, to nie ich wina, lecz reżysera spektaklu), że bywało to smutne. Niezależnie od tej “śmiesznej” scenografii (wszak to zabawa w teatr amatorski i dekoracje musiały być kompromitujące). Warto było, bo kilka razy bez skrępowania się śmiałem. To naprawdę był miły wieczór.
Po wyjściu z teatru miałem tylko dwie refleksje. Po pierwsze - jak miło zobaczyć komedię dla dorosłych, komedię pomyłek, gdzie najważniejsze dla autora nie jest takie skonstruowanie akcji, by pokazać, jak śmieszne jest posiadanie żony i kochanki lub męża i kochanka. Gdy szukają się oni, pojawiają w niespodziewanych miejscach i czasie. Po drugie - wolę dobrze zagraną starutką komedię “Czego nie widać”. Tam też nic się aktorom nie udaje. Ale jak to jest napisane! Z jaką radością oglądamy akcję “z tej” i “z tamtej” strony. I jak słabiutka jawi nam się w tym kontekście “Prapremiera dreszczowca”.
PS Na takim rozrywkowym widowisku w niedzielny wieczór widownia nie była wypełniona. Muszę przyznać, że nieco się zdziwiłem. Bo jeżeli nie bawimy się w teatrze na Ochocie, to gdzie się bawimy? I co nas bawi?

Gershwinowie

W Teatrze Żydowskim piosenki braci Gershwinów. O tym pierwszym - George’u - wszyscy wiedzą. Fragmenty “Błękitnej rapsodii” czy “Amerykanina w Paryżu” znamy, nucimy, ba, także zachwycamy się nimi. O tym drugim - Irze - autorze tekstów, wielu do melodii brata - ja nie słyszałem. Dlatego gdy przeczytałem o premierze widowiska, w której prezentowane są ich piosenki, natychmiast kupiłem bilety. Chwilkę tylko musiałem się zastanowić, dlaczego te piosenki prezentowane są w Teatrze Żydowskim a nie na przykład na małej scenie “Romy”. A odpowiedź na takie pytanie jest banalne. Gershwinowie byli Żydami. I to wystarczyło, by właśnie na deskach Teatru Żydowskiego znaleźli się amerykański kompozytor z amerykańskim tekściarzem.
Teatr ten zmienia się. Takim dramatem, który symbolizuje te zmiany, był “Dybuk” w reżyserii Mai Kleczewskiej. Oglądałem. Niezbyt mi się podobał. Ale nie da się ukryć, że na widzach (to było jeszcze na starej, nieistniejącej już scenie teatru) robił wrażenie. Ale “Aktorzy żydowscy” są znakomitym spektaklem. To już jest prawdziwy teatr. Ciekawe jest też przedstawienie według Singera - “Szosza”. Mogę powtórzyć to, co napisałem o “Dybuku” - nie jest to widowisko, które mnie zachwyca, ale na pewno różni się od “dawnych” inscenizacji, za czasów poprzedniego, wieloletniego dyrektora.
Wydaje mi się, że kłopoty lokalowe bardzo mobilizują dyrekcję i zespół aktorski teatru. Doszło nawet do tego, że któreś z przedstawień grane jest w języku jidish. A przecież przed laty wszystkie prezentacje, od czasów funkcjonowania teatru w baraku przy Królewskiej, grane były w tym języku. Tak - nowe jest plusem, ale i stare , to dobre stare wraca. Cieszę się.
A na malutkiej scenie przy Senatorskiej “Gershwinowie”. Na bardzo malutkiej, zastępczej, niewygodnej dla widzów i wydaje się, że dla aktorów. Reżyser Jan Szurmiej wymyślił spektakl, w którym trójka aktorów-wokalistów cały czas się przebiera. Wyobrażam sobie, jakie to trudne zadanie. Ale całość wystawione zgrabnie, ładnie, kulturalnie. Tak po amerykańsku, tak kabaretowo. Ktoś z tej trójki śpiewa lepiej, ktoś gorzej. Ale całość jest zgrabnym spektaklem. Mogłaby być spokojnie wystawiona w wymienionej przeze mnie “Romie” lub na małej scenie “Ateneum”. Tam jeszcze muzyka mogłaby być na żywo. Tak, to jest dobry profesjonalny teatr. Jeden z dobrych teatrów w stolicy.

Next Page »