Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

July, 2017 w archiwum

Na plaży…

Plaża nad Bałtykiem to takie dziwne miejsca na świecie rządzące się odrębnymi prawami i obyczajami. “Nasza” plaża pewnie też. Choć w porównaniu z innymi jest chyba jakaś inna. Na “naszej” plaży zawsze można znaleźć miejscówkę w pierwszym rzędzie - bezpośrednio nad morzem. I nie trzeba wpychać się na siłę między dwa “państwa” otoczone parawanami - zawsze mamy możliwość wybrać sobie miejsce, ot, trzeba przejść 50 metrów i można się rozkładać. Można też, gdy trafi się na palących sąsiadów, zwinąć się i przejść kawałek dalej. A więc plaża ideał. Z wolnym drugim, trzecim i czwartym rzędem.
Ten czwarty jest pod płotem. Jeszcze rok temu w naszej okolicy go nie było. Ale jest. I dobrze, bo piaszczysta skarpa była systematycznie rozdeptywana przez osoby, które szły na skróty do lasu. Więc dobrze, że ten płot został postawiony. Fakt, nie możemy się ułożyć w cieniu drzew. Ale to da się przeżyć.
Oczywiście jest rejon prawie tak wyglądający, jak plaże, gdzie smaży się stu Polaków na stu metrach kwadratowych. To wybrany kawałek piasku przy głównym wejściu, gdzie znajdziemy dwa namioty z dobrem wszelakim do jedzenia i picia oraz mniejsze stoiska i budki, a to z goframi i lodami, a to z zapiekankami czy zabawkami dla dzieci. Siedzą też dziewczyny zaplatające warkoczyki. Jak wszędzie. Przed wejściem dwie duże restauracje - bary szybkiej obsługi, jeszcze jakiś kiosk z lodami i nasze ulubione miejsce - kawiarniolodziarnia “Cuba”. Bywamy tam, właśnie tam, często, chyba nawet za często. Ale można tam kupić ciastka, lody, gofry, rurki z kremem i zupełnie niezłą kawę. Niestety tylko niezłą. Ale czy człowiek zawsze musi mieść to, co najbardziej lubi? Siedzimy tam sobie pod parasolami, patrzymy na tłum i kto wie, czy właśnie nie w tym miejscu czujemy się jak na prawdziwych wczasach nad morzem?
A na plaży przy tym wejściu tam kłębi się tłum i między jego namiotami, parasolami, kocami i ręcznikami przechodzi się z trudem. Kawałek dalej jest już pustawo. I jest super.
Obyczaje znad Bałtyku? Owe “państwa” grodzone parawanami już tyle razy były opisywane, więc nie ma sensu rozwijać tego tematu. Jeden fakt jest wart podkreślenia. Wszyscy wokół są mili, uprzejmi, kulturalni. Panie (i panowie) w restauracji “Wielorybek”, i te od zapiekanek, lodów, te od zabawek, gofrów i innych dóbr. One w sezonie ciężko pracują i bardzo się starają, byśmy byli z tej pracy zadowoleni. Ale także ludzie wokół są w większości uśmiechnięci, zadowoleni. Nie słyszy się popularnego słowa na k… Staliśmy się na plaży jacyś cywilizowani. To bardzo dobrze.
I drugi obyczaj - nasi rodacy zazwyczaj nie wchodzą do wody. Leżą, piją i piwo, jedzą gofry. Morze jest dla większości z nich płaszczyzną do oglądania. I jest im dobrze.
Mnie też. Bo na plaży (i jej okolicach) fajno jest.

Dzieci

Luty 2016. Na świecie pojawił się Jerzyk. To trzecie wnuczę po Elizce i Tymku. G. zachwycona. Jerzyk jest duży i jakiś taki dorosły. Ma niewiele ponad miesiąc “a już patrzy tak dorośle”. Każde z tej trójki jest zupełnie inne. Ale cóż, dwuletnia panienka musi różnić się od swojego ciotecznego brata, który ma osiem miesięcy i tego najmłodszego maleństwa.
Jacy będą? Kim zostaną? Jakie będą mieli zdolności? Gdy patrzę na Piotra i Olę - moje dzieci i rodziców tych małych ludków- gdy przypominam sobie ich dzieciństwo, oczywiście porównuję je z tą trójką. Nie sposób nie zauważyć, jak nieprawdopodobnie zmienił się w tym czasie świat. Ale nie o jednorazowych pieluchach, Gerberach i mokrych chusteczkach chcę tu pisać. Także nie o internecie, komórkach i Unii Europejskiej.

Lipiec 2017. Felieton ten zacząłem pisać półtora roku temu. Przerwałem, jak kilkanaście innych tekstów. Ale wydaje się, że temat jest interesujący. Jerzyk już swobodnie chodzi. Jest facetem ze złotymi włoskami, z którym porozmawiać jeszcze się nie da, ale da się porozumieć. A to już dużo. Jeszcze nie powie, czy ma mokrą pieluchę, czy jest głodny. I z jednego, i z drugiego powodu może zacząć płakać. Ale to nic. Rośnie, dojrzewa. Pokazuje palcem. To chce. To mu się podoba. Ciągle trzeba zgadywać, o co mu chodzi.
Jak to było ponad 30 lat temu? Piotr zawsze jakiś dorosły. Niezależnie, ile miał lat. Mówił wcześnie, czytał mając ze trzy, góra cztery lata. Liczył dość swobodnie. Gdy poszedł do szkoły, wszystko umiał i wiedział. Nie musiał się niczego uczyć. Oczywiście poza równym, czytelnym pisaniem. Pisania, takiego kaligraficznego, nie opanował do dziś.
Ola była w jego cieniu. Powtarzamy od czasu do czasu jej pogląd, który sformułowała mając siedem lat: - Ja nie muszę uczyć się czytać, przecież Piotrek potrafi. - Ola miała swoje własne babskie problemy i nauka nie była jej pasją.
A teraz patrzę na Elizkę, Tymka i Jerzyka. Które będzie jak Piotrek, które jak Ola? A które będzie po prostu sobą? Każde będzie się pewnie rozwijać się zupełnie inaczej. Bardzo jestem ciekaw, jak.

To choroba?

Ten felieton pisałem długo. Może dlatego warto podzielić go na rozdziały. Czyli najpierw stary
Rozdział I
Narzekanie, szczególnie narzekanie na dzisiejszą młodzież nie ma sensu. Przecież młodzież dorasta i już wtedy jest całkiem inna. I choć na owych dorosłych też można sobie ponarzekać, to już z zupełnie innych powodów.
Ale raz na jakiś czas pomarudzić można. Ba, nawet trzeba. A było to tak. Siedzę wczoraj w kinie. “Ave Cesar”. Przede mną normalna współczesna panienka. Może ma 17 lat? Ot, dziewczyna w wieku moich uczennic z liceum. W ręku komórka. Włączona cały czas. Co jakiś czas komórka rozświetla się - pewnie ktoś dzwoni, a może to sms? Panienka odrywa wzrok z ekranu i patrzy na komórkę. Po chwili odpisuje i znów spogląda na ekran. Na komórkę i ekran. Żyje w trzech rzeczywistościach - tej filmowej, tej komórkowej i jeszcze w realnym życiu. Takie roztrojenie jaźni.
Teraz rozdział wspomnieniowy.
Rozdział II
Klasa szkolna. Lekcja polskiego. Nieistotne, czy rozmawiamy o Gombrowiczu czy Mickiewiczu. A może o Tuwimie. - W. - schowaj komórkę. - Oczywiście, panie profesorze. - Komórka znika na pięć minut. Po jakiejś chwili: - W., daj mi komórkę. - Odbieram aparat i odkładam blisko mnie. Czasem pokrzykuję, czasem ośmieszam. Nic. Bez efektów. Raz, drugi, trzeci… To nie jest lekceważenie nauczyciela. Nie. W. po prostu musi na komórkę patrzeć, korzystać z niej co jakiś czas. Niech się wali, niech się pali. Komórka jest najważniejsza.
No i rozdział - marudzenie.
Rozdział III
Mamy nowy świat. Nowe obyczaje. Nową młodzież. Dlatego w tymże świecie świadomie pozostawiam komórkę w domu. Nie, nie mogę się od niej uzależnić. Kiedyś nie mieliśmy w domach telefonów. Żadnych. Jakoś się umawialiśmy, spotykaliśmy, żyliśmy intensywnie. Także o sobie wiele wiedzieliśmy. Dziś bez telefonu komórkowego niektórzy nie widzą życia. To choroba. Z niej można się wyleczyć. Tak sądzę.