Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

October, 2017 w archiwum

Restauracyjny tydzień

Ten restaurant week kusi. Warto spróbować czegoś nowego, jakiegoś nowego dania w nowej restauracji. Restauracyjny tydzień przestaje powoli kusić ceną, bo dla jednej osoby te trzy niewielkie danka, taki zestaw degustacyjny kosztuje już 49 złotych. Co prawda “starzy” uczestnicy weeków dostają 10% zniżki, ale gdy damy kelnerce (kelnerowi też) napiwek, no to nadal pozostaje wydatek około 5100 złotych na dwie osoby.
No ale niech tam - degustacja jest pomysłem super. Zawsze można chcieć wrócić do konkretnego lokalu. Na kolację, na lunch, na kawę z oryginalnym deserem. Nie zawsze to lokal, do którego można wybrać się co tydzień, bo w tygodniu restauracyjnym biorą udział lokale z wyższej i niższej półki. Czasem z całkiem tej najwyższej, dla przeciętnej kieszeni niedostępne.
Stosunkowo dużo wśród licznych propozycji jest kuchni etnicznych, na szczęście nie tylko włoskich. Warto więc na ciekawy obiad, a właściwie obiadek, się wybrać. Może do takiej tajemniczej, która nazywa się “Munja”. Munja to ponoć po serbsku piorun. Ale prowadzi ją rodzina pochodząca z Czarnogóry i jest to generalnie kuchnia bałkańska. Nie będę tu cytował fragmentów karty, spisywał, co można w “Munji” zjeść (lunche po 24 złotych, całkiem przystępna cena). Dostaliśmy (grillowane?) śliwki z jakimś wędzonym mięskiem na czipsach z patatów, był gulasz z jagnięciny (okazuje się, że kajmak to tłusty biały serek), był mus migdałowy… Było to niezwykle ciekawe doświadczenie dla naszych kubków smakowych. Przy gulaszu małe plasterki papryki. Może od nich wzięła się owa nazwa “Piorun”, bo papryka robi rzeczywiście piorunujące wrażenie. Dobre, było to smaczne, chce się tę restaurację odwiedzić jeszcze raz.
Lokal mieści się w nowym wieżowcu. Jest jedną długą kiszką. Ale jak ciekawą! Przy wejściu lodówka z pięknymi kawałkami łososia, z pstrągami na lodzie. I dalej - grill, kuchnia, miejsce przygotowywania różnych dań. Wszystko dzieje się na oczach tych, którzy zajmą stoliki bliżej wejścia. Dalej stoliki, stoliki. Na końcu owego długaśnego lokalu ściana z winami. Jak można przeczytać w karcie - z Czarnogóry. Jakie są te wina? Nie wiem, nie próbowałem. Ale goście przy sąsiednich stolikach wydaje się, że czuli się usatysfakcjonowani.
“Munję” warto jeszcze raz odwiedzić, jedzenie świeżutkie, ciekawe smaki, kelnerki miłe i profesjonalne. Stoliki w lokalu tak ustawione, że chętni mogą siedzieć odgrodzeni od innych, chętni na samym środku przy przejściu (i wtedy obserwować pracę kucharzy). Tak, “Muniję” warto odwiedzić.

Ginczanka

Słyszeliście o Ginczance? Pewnie nie. A nazywano ją, jeszcze młodziutką, Tuwimem w spódnicy. Bo tak naprawdę wiersze ilu poetek piszących w dwudziestoleciu międzywojennym czasem sobie przypominamy? Wymieńmy znane nazwiska: Pawlikowska-Jasnorzewska, Iłłakowiczówna i kto jeszcze? Może jedno, dwa nazwiska, w tym skromnym gronie zapomnianych, nieznanych Ginczanka, poetka żydowskiego pochodzenia, która (tak jak Tuwim) pisała wyłącznie po polsku. I pisała dobrze.
Śniada, wręcz ciemna, mówiono o niej Murzynka. Atrakcyjna młoda kobieta. W domu rodzinnym mówiono po rosyjsku, na ulicy (bo wychowywała się w Równem) zazwyczaj w jidysz. Wybrała jednak język polski.
Pisała wdzięczne, kobiece wiersze. Pisała utwory (jak to w latach trzydziestych XX wieku) z lekka zaangażowane politycznie. bała się śmierci, nie chciała umierać. Ale przytoczę jej wiersz z tej pierwszej grupy: Pegaz dziś się na mnie dąsa / i beze mnie zwiał w zaświaty, / jestem sama i roztrząsam / świata tego problematy — / uwikłałam się w oploty / scholastycznych wątpliwości: / czy miłuję cię z głupoty, / czy głupieję od miłości? - Prawda, że bardzo wdzięczny?
Trudno jest przygotować monodram złożony z wierszy. Monodram, w którym mają być pokazane dzieje człowieka. Taka opowieść o życiu i śmierci. Bo śmierć była Ginczance pisana. Zginęła pod sam koniec wojny, jesienią 44 roku. Miała wtedy 27 lat. Trudno jest przedstawić młodą poetkę, jeżeli chce się na siłę pokazać zagrażające jej niebezpieczeństwo. Nawet przyjaźń z Gombrowiczem musi zawierać nutkę tragiczną. Czy rzeczywiście Ginczanka była kobietą tak znerwicowaną? Czy o swoim życiu mówiła tak mocno, tak bezwzględnie, jakby to życie było wieczną walką? Charakterystyczne jest tu zwracanie się do akompaniatora - nie prosiła go, lecz żądała, by grał. I te sceny multimedialne. Rwane, z ostrym podkładem muzycznym. Taki świat zbliżający się do zagłady. A w tym świecie postać poetki Czy Ginczanka była kobietą tak nieprawdopodobnie silną? Ja nie jestem pewny.
Autor przedstawienia Krzysztof Popiołek pisze: To opowieść o kondycji człowieka w obliczu końca, o nieuczciwej śmierci i przedwczesnym umieraniu. O walce, jaką jest ciągłe wychodzenie z grobu, do którego jest się spychanym. - Nie jestem pewny, czy udało mu się ukazać to, co zapowiedział.
Godzina spędzona w Teatrze Żydowskim to nie jest czas zmarnowany. Ta refleksja o życiu i śmierci. To możliwość obejrzenia i posłuchania Ewy Dąbrowskiej ładnie recytującej wiersze (pomińmy ten krzyk, nadmiernie rozbudowany ruch sceniczny, bo tu jeszcze zawinił reżyser ze swoimi nowoczesnymi chwytami inscenizacyjnymi na malutkiej przecież scenie. Dla mnie najważniejsze, to trochę poznałem poetkę, która, gdyby przeżyła, byłaby pierwszej wielkości gwiazdą. Lecz nie przeżyła.

Berek

Telefon: - Pójdziecie z nami do “Berka”? Zamówiliśmy stolik. - Niedzielne popołudnie. Może być i “Berek”. Nic o tej restauracji nie wiem. Więc może tak samo być “Skakanka”, “Kółko graniaste”, jak i “Berek”. Telefon: - To jeszcze będzie P. - Liczę, sześcioro dorosłych, troje dzieci. Już niezła gromadka.
Otwieram komputer - no tak, ta nazwa nie jest związana z zabawami dla dzieci. To żydowskie imię, bo to po prostu restauracja żydowska. Ma żydowskie menu, żydowskiego szefa kuchni. I należy do dużej sieci (czego oczywiście nie wiedziałem) rozlicznych restauracji w Warszawie czy w Krakowie.
W ‘Berku” tłok, wczesne niedzielne popołudnie - duży lokal na dwóch poziomach - nie ma ani jednego stolika. Kuchnia pracuje na 120%. Na pizzę (oczywiście żydowską) czekać trzeba ponad godzinę. Balony “Berka” szybują gdzieś pod sufitem. Armia kelnerów biega po lokalu. Głośno, bardzo głośno.
Wieprzowiny nie ma. Ale karta dość bogata, choć taka ze średniej półki. Takiej nam trzeba. Nie przesadzajmy z wydatkami.
Nie, nie zamawiamy śniadań (serwowanych każdego dnia do 24.00), bierzemy shipudim. Owe tajemnicze dania to zwykłe, duże grillowane szaszłyki. Ze wszystkiego. Z kurzych wątróbek (nie próbowaliśmy), z kurcząt (smaczne, bardzo delikatne), z ryb (dobre!), z owoców morza - krewetek i kalmarów - (jak zwykle jakieś kawałki trzeba wypluwać), z polędwicy wołowej… Tych najciekawszych - z ośmiornic - nikt nie zamówił.
Do szaszłyków dostaliśmy pitę i talerzyki z przystawkami - meze. Meze to zwykły ogórek kiszony, marchewka różnie przygotowana, humus w dwóch smakach, buraczki, kapusta i coś tam jeszcze. Generalnie zielenina kiszona, pieczona, gotowana. Ale także na przykład tzatziki. Meze można potraktować jako oddzielne danie, wtedy dostaje się dziesięć różnych przystaweczek. Można się najeść.
I jeszcze desery. Mus czekoladowy jest musem, pysznym. Krem bawarski dobry. Czy to krem, czy kremogalaretka? Trudno powiedzieć. Jeszcze próbowaliśmy niezłego kremu z jabłkami i jakieś tajemnicze danie, którego chyba nie ma w karcie… Można do “Berka” wpaść na kawę i deser.
To ciekawe - dlaczego dobra, ale wcale nie bardzo dobra restauracja cieszy się tak wielkim zainteresowaniem. Miła atmosfera, dobra obsługa. Ciekawe menu. Ale takich miejsc w Warszawie jest wiele. Dlaczego właśnie ta?

Ta Rosja, ten Wysocki

Może powinienem przestać chodzić do teatru, zaszyć się w zaciszu domowym i dać sobie spokój z tymi spektaklami, które mi się po prostu nie podobają, Bo jak to może być, że widowisko ma znakomite recenzje, świetnie jest oceniane przez krytyków a ja siedzę na widowni i nie wiem, czy warto było wydać tych kilkadziesiąt złotych, które zapłaciłem w kasie. W “Studio” grają przedziwne “Wyzwolenie”, w studenckim “Collegium Nobilium” oglądam dziwnego “Otella” a teraz męczę się na “Wysockim”.
No, wydawałoby się, że do trzech razy sztuka. Zdecydowanie liczba wieczorów nieudanych w ostatnim czasie jest znacznie większa niż tych, z których wyszedłem zachwycony.
Spektakl o Wysockim - poecie i pieśniarzu, mówimy - bardzie. O idolu swojego pokolenia. Mówiłem przed przedstawieniem - o drugim po Okudżawie. W czasie spektaklu też pada nazwisko Okudżawy w podobnym kontekście: - Okudżawa jest największym pieśniarzem…, oczywiście (mówi bohater - Wysocki) po mnie. No i okazuje się, że “Modlitwa” Okudżawy jest najlepiej wykonaną piosenką w czasie całego wieczoru.
Spektakl o Rosji i Wysockim. O Wysockim i Rosji. Dlaczego to spektakl zły? Czy dlatego, że śpiewanych po rosyjsku piosenek Wysockiego nie da się zrozumieć? I to nie dlatego, że moja znajomość tego języka jest skromna. Obok mnie siedzi K. biegle znająca ten język i też ma kłopot, duży kłopot. Czy dlatego, że Piotr Sieklucki - autor przedstawienia - śpiewa dość wysoko, jakoś nie tak, jak Wysocki? Nie, nie o to chodzi.
Rzecz w tym, że Sieklucki niesłychanie uprościł postać swego bohatera. Cały czas zastanawia się, co wpłynęło na jego życie i postawę życiową. I ma tylko dwie odpowiedzi: To radziecki komunizm z jego mocną, twardą, jednoznaczną indoktrynacją oraz alkohol. A może odwrotnie - alkohol i wychowywanie w ustroju, którego symbolami był sierp i młot. Może żona Wysockiego - autorka najważniejszej części tekstu - Marina Vlady- tak właśnie widziała swego męża? Po prostu nie była dobrym psychologiem? No dobrze, zgoda, Wysocki zapił się na śmierć. To prawda.
Ale czy rzeczywiście nikogo nie kochał? Czy nie miał żadnych poglądów (poza tymi, które były mu wbijane do głowy jako dziecku)? Czy niczego nie rozumiał, bo wódka zamąciła mu umysł? Dlaczego był tak popularny? Czy naprawdę dlatego (jak możemy wysnuć z poszczególnych scen), że pijany wychodził na scenę? To jakieś nieporozumienie. Napiszmy po Gombrowiczowsku: - Włodzimierz Wysocki wielkim twórcą był. - I jeżeli był wielkim twórcą, to ja chciałbym wiedzieć, dlaczego. Po “Wysockim. Powrocie do ZSRR” nie wiem.
PS Widowisko (taki teatrzyk objazdowy - jeden bardzo dobry aktor, jeden dobry i akompaniator) zostało sprowadzone z Krakowa do teatru IMKA w ramach większego projektu “Polska w IMCE, niecodzienny festiwal teatralny”. A więc zostało wybrane jako bardzo dobre spośród innych, też dobrych. Jeżeli to ma być wybitny spektakl, to jakie muszą być te słabsze? Strach myśleć.

Otello, czyli klęska

“Otello” to ważny dramat. Jak zwykle u Szekspira pokazane są trudne zmagania człowieka, trud życia w świecie, który jest pełen niespodzianek, który go mami i sprowadza na manowce. Świat, w którym żyją ludzie mądrzy i głupi, dobrzy i źli. Szekspir stara się odpowiedzieć na bardzo proste pytania. Czym jest miłość? Zazdrość? Przerost ambicji? Czy człowiek jest w stanie w każdej sytuacji zachować godność? Autor pokazuje, że prościutka intryga może zniszczyć nam życie.
W “Wikipedii” czytamy: Tytułowym bohaterem sztuki jest Maur, który żeni się z córką weneckiego senatora, Desdemoną. Choć żona pozostaje mu wierna, Otello, za sprawą intryg, zaczyna podejrzewać ją o cudzołóstwo i daje się ogarnąć obsesyjnej zazdrości.
Jakież to proste i jasne. Zauważmy, że aby wydobyć różne niuanse ludzkiej natury Szekspir czyni Otella jest czarnoskórym. Różni się więc wyglądem od mieszkańców Wenecji i w związku z jego wyglądem autor mógł budować część akcji.
W warszawskiej Akademii Teatralnej została wystawiona tragedia Szekspira. Wystawiona nowocześnie, we współczesnym przekładzie. A więc słowa uznane na co dzień za wulgarne padają tam często, rozmowy o rozlicznych czynnościach seksualnych są wydobywane jako najważniejsza część dramatu, stosunek męsko-męski też wyeksponowany. A więc ta, nazwijmy to naturalistyczna część funkcjonowania człowieka odgrywa w owym “Otellu” niebagatelną rolę. Drugi ważny element dramatu to zachowania homofobiczne w stosunku do Otella-Maura. Pani reżyser, a jest nią Grażyna Kania, widzi, jak nasze społeczeństwo traktuje “obcych”, więc wpycha nam w głowy przesłanie: - tak nie można, tak nie należy postępować. Naiwne to, nazbyt naiwne.
Gdy już główni bohaterowie poświntuszyli i dowiedzieliśmy się, że trzeba “obcych” kochać, a przykładem tejże miłości jest Desdemona, pani reżyser udowadnia nam, że co prawda Otello ma czystą duszę, ale ręce nie. Brudzi więc wszystkich dookoła. Oczywiście brudzi też swą partnerkę, która w pewnym momencie ma twarz prawie tak samo czarną jak Otello. Otello czasem jest bledszy, czasem coś z siebie zmywa czy sciera, ale później ponownie marze się czarną farbą. Zabiegu tego nie rozumiem, ale czy ja muszę wszystko rozumieć? istotne jest to, że ów Maur jest sprawny fizycznie, znacznie bardziej sprawny niż biali ludzie, którzy mają czasem brudne sumienia. I ów Maur wspina się na drążki zawieszone na scenie. Jaki sens mają owe drążki - nie wiem, może właśnie po to, by pokazać umiejętności młodego aktora.
Ja tu sobie ironizuję i zajmuję się drobiazgami. Ale trzeba udzielić odpowiedzi na pytanie zasadnicze. Dlaczego uważam, że młodych, zdolnych studentów Akademii Teatralnej ktoś, pewnie największa tu rola Grażyny Kani, wpuścił w maliny, tłumacząc im, że tworzą wielkie dzieło? Odpowiedzmy. Aby pokazać aktualność dzieła Szekspira nie należy mącić, zaciemnieć lub - w drugą stronę - udawać, że się rozjaśnia interpretację. Można grać bez dekoracji, ale po co te pręty? Można dziwaczyć ze strojami - ale po co te dziwactwa w strojach Desdemony z ostatnią nibyweselną suknią, w której bohaterka zostaje zamordowana. Jakież manieryczne (nie tylko w tym przypadku) było nagranie, w trakcie którego - piszę tu o ostatniej scenie - Otello morduje Desdemonę, choć wydaje się, że równocześnie się z nią fizycznie kocha. I ta bieganina, ten pozorny ruch i pośpiech. Te krzyki na scenie. Biedna. Biedna zdolna młodzież aktorska. I biedni widzowie, którzy przez 2,5 godziny (bez przerwy) muszą oglądać kiepskie widowisko.

Next Page »