Adam Czetwertyński » 2017 » December

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2017 w archiwum

Nikt

No tak. Wreszcie przedstawienie, które da się oglądać. A trudno ten dramat nazwać komedią, choć gdzieś tak ten spektakl został scharakteryzowany. Nie, “Nikt” w ostateczności można nazwać tragikomedią. Od pierwszego dialogu do samego końca jest to opowieść o człowieku (i to nie jednym) nieszczęśliwym, o braku możliwości porozumienia się między ludźmi, o egoizmie, egotyzmie, przyjaźni, która się załamuje przy każdym najmniejszym niepowodzeniu.
Jak tragicznie brzmią słowa przyszłego samobójcy, który z pewnym zdziwieniem pyta swych kuzynów, pyta też mężczyznę, którego uważał za osobę bliską: - Dlaczego mnie nie zniechęcacie, dlaczego nie staracie się przekonać, że nie powinienem skoczyć z dachu? - Tak jest, jeżeli między nami pod jednym dachem żyje Nikt. Pozornie z nim rozmawiamy, pozornie interesujemy jego losem, ale to tylko pozory.
Ale w dramacie Hanocha Levina, wystawionym na małej scenie Teatru Narodowego, okazuje się, że każdy z bohaterów jest Nikim. On i ona, Tejgalach i Klemensa, którzy przebierają się w ubrania przeciwnej płci. Tak długo są małżeństwem i zupełnie siebie nie rozumieją. Odgrywają oni rolę męża i żony. Potrafią grać dobrze, na tyle dobrze, że mogą też grać rolę swego partnera. Druga para - młodych. W jakim celu żeni się Warszawiak? Po co ślubną suknię kupuje Fogra? A kelnerka, a Adaś - ile oni znaczą dla innych? Czy kelnerka w pięknej sukni przestanie być Nikim? Przecież nie. Akcja toczy się od nieszczęśliwego początku do nieszczęśliwego końca. Bardzo mi się to podoba.
Nie tak dawno napisałem, że przestaję chodzić do teatrów nowoczesnych, eksperymentujących z treścią i formą. Może to tak jest, że są tacy, którzy potrzebują wielu bodźców, oddziałujących na ich różne zmysły. Ja chyba potrzebuję spokojnego teatru, w którym wszystko jest na właściwym miejscu. Akcja toczy się z jakąś logiką, bohaterowie są wyraziści, po spektaklu da się jeszcze o nim porozmawiać, trochę wysnuć wniosków, trochę naszą sytuację porównać z sytuacją postaci występujących na scenie. To wszystko dał mi Teatr Narodowy. I jeszcze dobrą, a nawet bardzo dobrą grę aktorów - od tych najstarszych (co jest normą) do tych najmłodszych (co już normą wcale nie jest).
Tylko nie mówcie mi, że chodzi mi o cieplutkie, spokojne przedstawienia. Przecież takim spektaklem do myślenia była rozreklamowana nadmiernie “Klątwa” w Teatrze Powszechnym. Wiem, jaki świat jest przede mną ukazywany, wiem (albo wydaje się, że wiem - to obojętne), o co autorowi i reżyserowi chodziło.
Cieszę się, że nie zawiodłem się w Narodowym. Bo gdyby tam też była klęska, to chyba musiałbym zmienić w moich upodobaniach teatr na film. A wcale nie chcę.

Czterdziesty

Zakończył się 40 Zjazd ZHP. Trwał trzy doby z krótkimi przerwami na sen i posiłki. Snu było niewiele. Posiłki mocno przeciętne. To taki pierwszy przypadek, gdy musiałem jeść kolację bez popijania herbatą. No w jakichś hotelach na wczasach dają tak jeść, a napoje trzeba sobie dokupić, ale w czasie zjazdu kupienie herbaty u miłych panów rozdzielających różne produkty żywnościowe było niemożliwe. Fakt, gdy już się zatkaliśmy, mogliśmy wyjść z jadalni i wypić herbatę w pięknych jednorazowych naczyniach - plastikowych lub papierowych - do wyboru. No dobrze, mogłem pójść do któregoś pokoików -dla VIP-ów lub gości zagranicznych - i tam wypić normalnie - w filiżance. Ale ten zjazd pozostanie mi w pamięci jako dość specyficzny.
W trakcie takiej imprezy człowiek zdaje sobie sprawę z upływającego czasu. Walnęło mnie, gdy przewodniczący zjazdu poprosił, by sznur funkcyjny naczelniczce i przewodniczącemu wręczył najmłodszy i najstarszy delegat. Tym najstarszym był Jan O. Ja od Jana po prostu jestem starszy… Nasz hufcowy delegat zwany Polonistą mówi do mnie: - Dziadku. - Kilka razy musiałem tłumaczyć, że Polo jest takim moim harcerskim wnukiem. Żarty żartami, ale czas płynie.
Ten upływ czasu dał o sobie znać na samym początku wielkiego harcerskiego spotkania. Kilkanaście godzin wcześniej niespodziewanie we własnym domu zmarła Lucyna. Przemiła instruktorka, autentycznie lubiana, ceniona. Taka, która “całym życiem”. 24 lata była komendantką chorągwi. I mogła jeszcze dalej pełnić harcerską służbę. Żal.
A zjazd był zjazdem spóźnień, zjazdem opóźnień. Powiedzmy - jak zwykle. Kiedy usiądziemy i tak rozsądnie zaplanujemy zjazd, aby przebiegał on spokojnie, abyśmy podjęli na nim wszystkie decyzje we właściwym czasie? Abyśmy występowali na zjeździe krótko i rzeczowo? Aby nie było na nim projektów zbędnych uchwał? To można właściwie zorganizować, tylko wystarczy zacząć uczyć się na własnych błędach. To takie proste.
W newsie na oficjalnej stronie ZHP rewelacyjne wiadomość. Okazuje się, że ten zjazd był przełomowy, ponieważ służby zjazdowe wypełniały swe zadania bezbłędnie. Jeszcze raz powtórzę - przełomowy z powodu jakości działania służb. Tekst ten musiała napisać młoda osoba, która nie rozumie słowa przełomowy. Moim zdaniem przełomowy był VII Zjazd w 1981 roku, dla innych - bydgoski w roku 1990. Gdyby ktokolwiek chciał widzieć jakąś przełomowość w tym, czterdziestym, to z powodu chęci przejęcia kierowania organizacją przez trzy różne ekipy. To rzeczywiście przełomowe - trzy programy, trzy osobowości potencjalnych naczelników. No ale newsa pisał ktoś ze starej Głównej Kwatery. Może to taka złośliwość w stosunku do tej nowej?
Delegaci wybrali władze. I moim zdaniem wybrali optymalni. Z kandydatów na naczelnika ZHP zdecydowanie najlepsza była Ania. A jeżeli chodzi o przewodniczącego, to stawiałem na Grzesia, ale Darek ma czteroletnie doświadczenie na tej funkcji i sprawował ją dobrze. cieszę się, że wybrano Darka.
Nie będę gdybał, nie będę bawił się w proroctwa. Czekają nas kolejne trudne lata. Mam nadzieję, że lata sukcesów. Czego całej naszej organizacji, i sobie, życzę.

To nie dla mnie

- Teatr Nowy? A gdzie to jest? - pyta taksówkarz już od dobrych kilku lat jeżdżący z klientami po Warszawie. - Na Madalińskiego, niedaleko Puławskiej - odpowiadam.
- Wie pan, wcale nie wiedziałem, że tu jest teatr - mówi taksówkarz wiozący nas do domu. O co chodzi? Ogromny neon, tłumy ludzi w teatrze, a dla panów taksówkarzy to miejsce jest nieznane. Dziwna jest ta nasza Warszawa. A może ludzie już nie jeżdżą taksówkami do teatru?
A w “Nowym” grają “Sonatę widm” według Strindberga. Wieki już nie byłem w tym teatrze (no, może nie wieki, ale dawno) i pora była zobaczyć, co tam słychać. Ale tam się zmieniło! Hala z księgarnią i kawiarnią śliczna, kawa dobra, toalety - marzenie (jakość teatru, hotelu, kawiarni, centrum handlowego można oceniać po czystości toalet), dziewczyna w szatni uśmiechnięta. Na wstępie wszystko gra.
No i grało na wstępie, bo wieczór był, powiedzmy sobie - mocno kontrowersyjny. Kiedyś pisałem - po wyjściu z przedstawienia musimy je pamiętać dłużej niż do następnego poranka. Teatr musi budzić emocje, pobudzać intelektualnie, oddziaływać na nasze zmysły itd., itd. W przypadku “Sonaty widm” wszystko było. Mocna muzyka - usnąć się nie dało. Maski - ogromne kule na głowach aktorów - grać przedstawienie mogła każda osoba z ulicy, wystarczyło tylko nagrać tekst, a przecież to nie jest trudne. Po spektaklu ktoś sobie żartował na temat mimiki występującej tam Ewy Dałkowskiej. Owe kule obrzydliwe - przypominające głowy ludzkie ze złych snów, w trakcie przedstawienia jeszcze różnorodnie niszczone i zniekształcane. Widmowe to one były, oj, były. Głosy aktorów dochodzące jak spod ziemi, oczywiście celowo zniekształcone (nie ma to jak współczesna technika), czasem nie dawało się ich się zrozumieć. Czasem światło rażące prosto w oczy, ostre, tu czerwone, agresywne. Modne teraz w teatrach. Gdyby komuś zachciało się zdrzemnąć - obudziłyby śpiocha. Większość akcji niewidoczna dla widzów. To znaczy widoczna, bo cały czas mamy obraz z kamery (gratulacje dla biegającego po terenie kamerzysty) i ową akcję jak w kinie możemy śledzić. To, co miał nam do powiedzenia Strindberg, zostało wpuszczone w Witkacowską Czystą Formę. Wyszła mieszanka nie do spożycia. Chyba żeby o to właśnie reżyserowi chodziło - zniechęcić widza do uczestniczenia w przedstawieniach Teatru Nowego. Tylko kilkanaście osób opuściło widownię przed zakończeniem. Zakończeniem miotania się po scenie. Biedni aktorzy, biedni widzowie.
Podejrzewam, że recenzje będą entuzjastyczne - że nowatorstwo, że ciekawie, że taka świetna muzyka. No trudno. Tak być musi.
A dwa dni później byłem na “Balladynie” sprowadzonym do Warszawy spektaklu wrocławskiego teatru Capitol. To teatr muzyczny. I rzeczywiście. Zaśpiewane fragmenty Słowackiego były interesujące. Ale dlaczego miałem oglądać to zniekształcenie dramatu? Dlaczego ktoś wymyślił, że to przedstawienie wybitne? Czy naprawdę poszatkowanie tej tragedii i pokazanie jakichś zniekształconych fragmentów ułożonych, jakby słowacki był dadaistą, ma sens?
Po wyjściu z teatru powiedziałem sobie - przez pół roku nie pójdę na przedstawienie wybitnego reżysera do wybitnego teatru. Nie pójdę na “Golema”, nie pójdę na “Proces”. Strajkuję. Kupiłem bilety do Teatru Narodowego. Może z tego teatru wyjdę usatysfakcjonowany. Oby.