Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

January, 2018 w archiwum

Lektury, lektury…

W ciągu ostatniego miesiąca otrzymałem kilka książek. Były ku temu różne okazje. Jakimi lekturami mnie obdarzono? Jakim czytelnikiem jestem dla obdarodawców? Moim zdaniem to interesujące… Było to (chyba) osiem pozycji.
1. Człowiek, który czytał umarłych
Większość powieści sensacyjnych toczy się w Europie lub USA. Dlatego otrzymałem zupełnie inny tekst. Czy ciekawy będzie utwór hiszpańskiego autora, który akcję swego utworu umieścił w XIII wieku w Chinach. Czy opowieść o wielkim autentycznym uczonym będzie tak samo pasjonująca, jak współczesne powieści detektywistyczne?
2. Sprawa osobista
To był zakup na życzenie. Jeżeli przeczytałem dwadzieścia powieści o Jacku Reacherze, to chciałbym zapoznać się z tą dwudziestą pierwszą, niestety już ostatnią. Bardzo lubię narrację w tych tekstach. Niezależnie od tego, czy jest pisany w pierwszej, czy w trzeciej osobie. To takie sympatyczne czytadła - sensacyjne i “męskie”. Ucieszyłem się z tego prezentu. Pytanie, czy Lee Child napisze o Reacherze dwudziestą drugą powieść.
3. Pchły, plotki a ewolucja języka
Oj, dostałem tekst popularnonaukowy Brytyjczyka Robina Dunbara. O plotce. Podobno język powstał, abyśmy mogli… plotkować. Zabawna teza, którą autor stara się udowodnić. Tekst także socjologiczny. Tym razem potraktowano mnie poważnie. To dobrze, bo w większości to utwory, które czyta się lekko, łatwo i przyjemnie.
4. Pierre Lemaitre
Tu nie wpisuję tytułu. Tym razem nie mogę, bo powieści są trzy. To taki ostatni obyczaj. W okolicach świąt wydawane są zestawy złożone z dwóch lub trzech tomów. Dostałem więc utwory francuskiego autora o komisarzu Camille’u Verhoevenie. Jeszcze zamknięte, zafoliowane, odkładam ich czytanie na później. Może za miesiąc, może za dwa.
5. Śmiertelnie proste rozwiązanie
Typowy kryminał. Interesujący, bo Anglik przenosi akcję utworu do Stanów Zjednoczonych. Przypomina mi się nasz Maciej Słomczyński, czyli Joe Alex, którego świetne utwory sensacyjne (w dawnych czasach - PRL-u) były w stu procentów brytyjskie. Czy Brytyjczyk zna dobrze Stany? Nie wiem.
6. Upiór nawiedził Europę
To powieść z cyklu “Upiory”. Ponownie Francja. Ponownie thriller. Zamach na prezydenta Francji (tak samo zaczyna się amerykańska “Sprawa osobista”). Ale ta powieść jest poważniejsza od tekstów amerykańskich. “Upiorów” jest więcej, może zachęcę się do czytania utworów Saabri Louataha.
7. Oszukana
To kolejna powieść bardzo popularnej Charlotty Link. W domu stoi na półce sześć jej powieści. Większości nie czytałem. Pamiętam tylko “Lisią dolinę”. Jakoś mnie ona nie zachwyciła. Z opisu na okładce wynika, że “Oszukana” jest tekstem wybitnym. Zobaczę. I zawsze mogę kupić jeszcze kilka pozycji tej autorki.
8. Atlas wysp odległych
To taka wisienka na torcie. Podtytuł tego atlasu brzmi: “Pięćdziesiąt wysp, na których nie byłam i nigdy nie będę”. Każda wyspa to bardzo skromna mapka i tekst - ciekawostka. Niektóre wyspy znane, jak na przykład Wyspa Wielkanocna czy Wyspa św. Heleny. O większości z nich nie słyszałem. I większość opowieści jest smutna, nie tylko o Wyspie Samotności.
Zauważcie. Nie dostałem ani jednego utworu napisanego przez Polaka. Francja, Hiszpania, Niemcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania - stąd pochodzą autorzy. Przeważa sensacja. Prace o plotce i wyspach odległych są wyjątkami. Czyli moi znajomi, kuzyni i krewni uznali, że przede wszystkim jestem czytelnikiem kryminałów, thrillerów, utworów sensacyjnych. No i dobrze. Ale dlaczego nie dostałem ani jednego polskiego utworu? Zastanawiające.
PS Była szansa, że otrzymam jeden kryminał polski. Ale tak jakoś wyszło, że jednak dostałem utwór innego autora - spoza granic Polski.

Opera królewska po raz pierwszy

O panu ministrze Glińskim nie mam dobrego zdania. Prowadzona przez niego polityka kulturalna i podejmowane decyzje to w wielu momentach jedno wielkie nieporozumienie. Nie pisałem o tym (tak jak generalnie ostatnio o polityce), choć wielokrotnie ręce opadają. Mój młodszy kolega ze szkoły, człowiek wychowywany na Saskiej Kępie jest tak kulturalnie niekulturalny?
Raz jednak nieporozumienia i zamieszanie wokół jednej instytucji kultury dały dobry efekt. Zwolnienie znacznej części pracowników z Warszawskiej Opery Kameralnej zaowocowało powstaniem drugiej - nieco bratniej a nieco konkurencyjnej instytucji - Polskiej Opery Królewskiej. Minister Gliński wyjął pieniądze z kasy ministerstwa i zwolnieni pracownicy znaleźli się w owej drugiej warszawskiej kameralnej operze, która nosi dumne imię królewskiej. Owa królewskość przejawia się także tym, że jej główną siedzibą jest Teatr Stanisławowski w Łazienkach.
Budynek tego teatru jest jakoś słabo znany. Gdy mówię: - Wiesz, byłem w Łazienkach na operze - pada zazwyczaj pytanie: - Jak to, teraz? Przecież jest zima. - Amfiteatr przez wielu jest traktowany jako jedyne miejsce, gdzie można wystawiać opery. Może dzięki tej nowej instytucji kultury czegoś o budynku teatralnym dowie się więcej mieszkańców Warszawy?
Pierwszą premierą nowej placówki było “Wesele Figara”. Niby nowa premiera, ale twórcy znani z WOK-u. Bo reżyseria “etatowego” inscenizatora Mozarta - dyrektora Peryta. Bo dyrygent też nam znany - Ruben Silva. Jeden interesujący pomysł scenograficzny - oryginalne tło. A tak to odśpiewana w miarę poprawnie cała opera buffa. W obsadzie po troje-czworo solistów. Trudno powiedzieć, który z wokalistów jest lepszy.
Opery słucha się z przyjemnością, kto nie lubi słuchać Mozarta. Tylko reżyser nie pomyślał o widzu. Po pierwsze w Teatrze Stanisławowskim ławki są niewygodne. A ponieważ miejsca są nienumerowane, duża część publiczności na tych ławeczkach siedziała przez cztery godziny. Rozumiem, że Mozart piękny, ale czy nie można go było nieco skrócić? Po drugie - rozumiem, że do Opery Królewskiej powinni przychodzić ludzie edukowani, kulturalni i obyci. Ale w niektórych miejscach akcja “Wesela Figara” jest dosyć skomplikowana. Czy nie można było gdzieś tam z boczku, jak w WOK-u, wyświetlać polskiego tłumaczenia? To przecież norma w polskich operach. A jeżeli to było niemożliwe, czy nie można było streszczenia akcji zamieścić w programie? Czy widz dla teatru nie powinien być najważniejszy?
Liczę, że następna premiera będzie bardziej udana - nie dla teatru, lecz dla nas - widzów.

New West Side

To bardzo dobry spacer. W pełni mnie satysfakcjonuje. Idziemy z domu w kierunku górki Szczęśliwickiej, to kilka minut. Wchodzimy do parku, przechodzimy obok górki - najpierw zachwycamy się szczęśliwymi psami hasającymi jak oszalałe na łączce. Może jest ich dziesięć? Radosne towarzystwo. Później obserwujemy szczęśliwego zagubionego psa, który tak się rozszczęśliwił, że zagubił własną panią. Pani biegła za psem, ale czy szczęśliwego psa da się dogonić? Przez pewien czas pani była więc nieszczęśliwa, ale uciekinier zaczął myśleć, zatrzymał się i do pani (już uszczęśliwionej) wrócił. Idziemy dalej patrząc na radosne dzieci hasające (czy tam wszyscy hasają?) jak oszalałe między różnymi atrakcyjnymi urządzeniami. Między nimi - psami i dziećmi - płot. To ważne - oddzielić dzieci od psów i psy od dzieci. Mogłyby się zjeść.
Tak, w tym parku bardzo wyraźnie spacerowicze dzielą się na tych hodujących psy i tych hodujących dzieci. Ta trzecia grupa - bez psów i bez dzieci jest w zdecydowanej mniejszości. Idziemy dalej, przechodzimy po mostku i już jesteśmy w “New West Side”. Tam hodowcy dzieci przeważają, ale tu i ówdzie w tej restauracji wystaje ogon albo łapa psa różnej wielkości.
Lokal w bardzo dobrej formie. takie miejsce na końcu świata z widokiem na staw i górkę. W weekendy oblężony. I ja rozumiem, dlaczego. Po pierwsze ten widok - nie są to Łazienki, ale to nie przeszkadza powiedzieć, że panorama prześliczna. Po drugie rodzinna atmosfera (te dzieci i psy - wyczuwacie to?, i trzy zestawy dań dla maluchów), po trzecie zupełnie przyzwoite menu dla dorosłych. Ponieważ nie byliśmy tam po raz pierwszy, mogę spokojnie i z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że to przyzwoita, normalna kuchnia europejska. Przystawki smaczne, makarony godnej wielkości, drugie dania bez zastrzeżeń. Nie będę recenzował sosów czy jakości wysmażenia mięs. Po prostu normalne, przyzwoite jedzenie bez żadnych nadzwyczajnych fanaberii.
Powrót do domu. Po drodze knajpa parkowa (dobry grill), restauracja chińska (dobra kaczka po pekińsku)i restauracja grecka (dobrzy Kręgliccy). Nie, do żadnej z nich nie chce się wejść. Ten spacer mnie usatysfakcjonował. Przecież był po to, aby zjeść coś dobrego.

I po świętach

I po świętach. To były bardzo ciekawe tygodnie. Ciekawy tydzień. Choinka jeszcze stoi, trochę podsuszona, ale nadal zielona. Kiedyś, dawno temu o tej porze w domu sterczał kikut prawie bez igieł. A teraz nadal można się cieszyć minionymi świętami. Ale w okolicach naszego osiedlowego śmietnika pierwsze choinki już leżą. Niedługo administracja wystawi wielki pojemnik i trzeba się będzie dostosować do terminów, które nam wyznaczy. Bo co zrobić z drzewkiem, gdy już pojemnika nie będzie?
W radio ciągle słyszymy o smogu. Więc nawet kominka nie wypada rozpalać. I naszej choinki nie spalimy. A tak ładnie wyglądałyby iskry z palących się igiełek… W kominku spalone zostało kadzidło zdobyte w kościele 6 grudnia. Jak to naprawdę było z tymi trzema królami a może magami? Kto ich tam wie… Dotarli do szopki? A może ich zawieziono? I jak to było z ich kadzidłem? Trudno wyrobić sobie ostateczny pogląd.
Płyty z kolędami i noworocznymi, śnieżnymi piosenkami nadal leżą wyjęte z półek. Już nie są słuchane codziennie wieczorem, ale żal je chować. Może jeszcze raz, może dwa zostaną odtworzone? To ciekawe, mamy kilka płyt granych od lat na okrągło. Teatr Stu, Piwnica pod Baranami, europejskie hity wraz z kilkoma piosenkami ze Szwecji…
W lodówce ostatni kawałeczek piernika. Chyba porcja dla jednej osoby. Czeka. Koniec świątecznych ciast też świadczy o końcu Bożego Narodzenia. Choć w tym roku te święta tak łatwo się nie skończą. Ciast po prostu było za wiele i jedno zostało zamrożone. Tkwi w lodówce i czeka na właściwy moment, by je rozmrozić. A ciasto to wyjątkowe…
Jakiś dziwny rok. Koty nie rzucały się na bombki, nie bawiły się nimi. A specjalnie dla nich zostały na dole choinki zawieszone takie plastikowe, nietłuczące się. Czy nasze koty dorosły? Starzeją się i nie będą się wygłupiać, skacząc na kolorową choinkę?
W domu nowe zabawki. Młodzi coś zostawili z tego, co znaleźli pod choinką. I liczba zabawek powiększa się. Nie jeszcze nie zalały naszego największego pokoju, ale już dziecięca biblioteczka jest pokaźna. Już mogę bawić się domkiem dla lalek.
Już po świętach. Do pudełek wrócą mikołajki i figurki w czerwonych czapeczkach, gwiazdy z żarówkami w środku, bombki i kolorowe żaróweczki. Jeszcze trochę, jeszcze chwilkę, jak najdłużej. Ale przecież święta Bożego Narodzenia nie mogą trwać cały rok…