Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

February, 2018 w archiwum

A w Świdnicy…

To jest niezwykle interesujące - oceniać nasze restauracje dające nam posiłki na tzw. prowincji. Gdyby patrzeć wyłącznie na programy telewizyjne Magdy Gessler, można by sądzić, że w całej Polsce karmią nas fatalnie. Gdy się w mało znanych miastach i miasteczkach przebywa, obraz ten nie wygląda najgorzej. Ba, wygląda zupełnie nieźle.
Będzie o dwóch jakże różnych miejscach.
Pierwsze z nich to restauracja w centrum miasta, restauracja w hotelu stylizowanym na taki, którego tradycje sięgają XIX wieku. Hotel “Fado”. obrusy, serwetki wyglądające jak z materiału, sztućce o ciekawych kształtach. Kelner w ukłonach proponuje “stolik ten sam, co zawsze, ten, który Pani lubi”. Opiekuje się nami jak dziećmi. Doradza, komentuje, pyta. A jedzenie? Dobre. Biały barszcz z ziemniakami (niepolecany przez kelnera) bardzo smaczny, w barszczu jajko przepiórki, wędzonka. Na drugie danie wędzona pierś z kaczki (to takie danie, które pozostało z Walentynek), popcorn z kaszy gryczanej i kilka udziwnionych dodatków. Te dodatki zdecydowanie można sobie darować, bo kaczka znakomita. Miękka, soczysta i, jak zapowiedziano, wędzona. Zdecydowane cztery z plusem. Obok mnie G. wcina łososia. - Przesuszony - mówi. Jak przesuszony, to przesuszony. Niech będzie. I jakieś interesujące desery, których nie jadłem - po barszczu i kaczce nic więcej włożyć w siebie nie mogłem.
A drugie świdnickie miejsce to “TreMonti”. Skąd te włoskie trzy góry? Pytamy panią kelnerkę. - Nie wiem, to tak ładnie brzmi - pada odpowiedź. Bo “nie wiem” albo “nie umiem” to cecha tej włoskiej nowej restauracji. Takiej na przedmieściu, opisanej: - Do nas trzeba skręcić na wprost stacji benzynowej. Jeszcze błotniste podwórko i wchodzimy od ogrodu do bardzo miłego, bezpretensjonalnego miejsca. Płonie ogień - można piec pizzę. Pani kelnerka nieprzytomna - coś zapisuje. Pytanie, czy na pewno wie, jakie było zamówienie. Nie, nie przejmujmy się tą panią. Bo podaje dobrą, włoską, zupę pomidorową. Podaje dziwną zupę z rydzami i wędzoną rybką. No i te drugie dania. Pierś kurczaka na koprze włoskim. Tego nie da się opisać, jak to wygląda. I dlaczego te frytki są osobno? Ale razem - smaczne. Obok mnie na talerzu polędwica wołowa. Dobra. I rydze. Czy mogą być dobre gotowane rydze? Wcześniej zamrożone? Kto to wymyślił? Ale - uwaga, uwaga - to nie jest gorsza kuchnia niż w hotelu w środku miasta. A o ile taniej. Tylko ta panienka, która nawet talerzy nie zabiera po zjedzonym przez nas posiłku. Ale może to był jej pierwszy dzień pracy.
Dwie restauracje w Świdnicy. Da się w tym mieście dobrze zjeść.

Mietek

Jego nazwisko przewinęło się w przestrzeni publicznej. Nie mówiono o nim, ot - padło gdzieś to nazwisko. Pomyślałem - trzeba sprawdzić, co się z Mietkiem dzieje, tak dawno go nie widziałem. Sprawdziłem - Mietek zmarł kilka lat temu. Nic o tym nie wiedziałem. Było lato, nikt do mnie nie zadzwonił, nikt nie napisał nekrologu, który by do mnie dotarł.

Mietek był niezwyczajnym człowiekiem. Jednym z najbardziej inteligentnych i zarazem najsympatyczniejszych ludzi, jakich znałem. Potrafił pisać, potrafił czytać, potrafił rozmawiać, organizować i bawić się. Harcmistrz, zrozumiał, czym są zuchy i nawet po 1956 roku prowadził przez jakiś czas drużynę - swoją Bandę z Nowolipek. Pracował w Głównej Kwaterze ZHP a następnie z pierwszego piętra (tam mieszczą się pokoje GK) przeszedł na drugie piętro - do wydawnictwa.

Poznałem go w 1970 roku, gdy zaczynałem pracę w Wydawnictwie Harcerskim. Był zastępcą redaktora naczelnego. Wydawnictwo było niewielkie. Ale rozwijające się, tak jak rozwijało się ówcześnie harcerstwo. Rozwijało się dzięki Mietkowi. Planował, rozmawiał, czytał. Był motorem tego naszego rozwoju. Poza książkami harcerskimi, a nimi się zajmowałem, wydawaliśmy literaturę piękną i popularnonaukową. Minkowski, Dańkowka, Niziurski, Siesicka, Warneńska, Niekrasz… I przynoszący największe zyski “Tytus…” papcia Chmiela.

W tamtych czasach modne było organizowanie wystaw książek i przy okazji zbiorowych wyjazdów autorów i redaktorów w teren. Ciężko tam pracowaliśmy, ale pod wodzą Mietka świetnie się bawiliśmy, bo Mietek był duszą towarzystwa. Zielona Góra, Piotrków, Jastrzębia Góra, Ruciane… Tam się działo.

Był Żydem i o tym nie mówił. Którymś razem zgadaliśmy się jednak o roku 1968. - Nie chciałeś wyjechać, nie zmuszano Cię do wyjazdu? - Tak. Prowadzono ze mną rozmowę w tej sprawie. Powiedziałem, że nigdzie nie wyjadę. Wszystko, co mam, zawdzięczam Polsce Ludowej. Wychowałem się w domu dziecka, tu się uczyłem, tu pracuję. Ot, zmieniłem pracę - Mietek uśmiechnął się.

Dopiero gdy odszedł z wydawnictwa po włączeniu nas do Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, gdy zaczął kręcić filmy, gdy zdecydowanie wydoroślał, jego pochodzenie zaczęło wpływać na to, co robił i co pisał. Swoją najważniejszą książkę, będącą zapisem rozmów ze zbrodniarzem hitlerowskim Erichem Kochem, zaczyna słowami: Miałem niespełna siedem lat, gdy skazano mnie na śmierć. Aryjskie dzieci posłano do szkoły – ja trafiłem do warszawskiego getta. Konferencja w Wannsee wpisała się w dzieje nieludzkiej cywilizacji programem „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” i ten eufemizm oznaczał w nowomowie rasy nadludzi zagładę milionów tych, którym człowieczeństwo zostało odebrane. Mieli jej dokonać Niemcy i Niemcy jej dokonali. Książka wyszła chwilę po śmierci Mietka.

On sam pozostanie w mojej pamięci dobrym, naprawdę dobrym człowiekiem. Bardzo żałuję, że nie byłem na jego pogrzebie.

Druh Andrzej

Odszedł na wieczną wartę kolejny instruktor. To niezwykle banalne znów pisać: taki, który harcerzem był na całe życie. Ale to prawda. Andrzeja bliżej poznałem bardzo późno, gdy zaproponował mi wejście w skład chorągwianej komisji historycznej i przejęcie redagowania “Biuletynu historycznego” Chorągwi Stołecznej. Muszę przyznać, że dzięki temu wydałem kilka bardzo dobrych, moim zdaniem, numerów. Gdy ktoś będzie w przyszłości wspominał moje osiągnięcia, wydaje się, że powinien także napisać o biuletynie.
Andrzej miał trudne zadanie - mobilizować kilkunastu instruktorów w starszym wieku, instruktorów, którzy pamiętali dawne, dobre czasy, aby zechcieli podejmować działanie na rzecz współczesnego harcerstwa. Ale z tym trudnym zadaniem spokojnie sobie radził. Nie, nie mieliśmy pod jego kierownictwem oszałamiających sukcesów - gdy ktoś z nas miał autentyczną pasję, wykazywał inicjatywę, efekty były. Dlatego poza biuletynem wydaliśmy oryginalny materiał - sprawozdania władz przedstawiane na wszystkie, od 1957 roku, konferencje sprawozdawczo-wyborcze/ zjazdy chorągwi. Dla przyszłych historyków dwa tomy nie do przecenienia. To nasze wspólne dzieło - Andrzeja i moje. Ale inicjatywa wyszła z jego strony, to on dostarczał mi materiały, on mobilizował. I, co najważniejsze, przekonał Komendanta Chorągwi do zapłacenia za to wydawnictwo. Gdyby ocenić, który z nas wniósł więcej pracy w opublikowanie tych dwóch tomów, to na pewno Andrzej.
Był księgowym, człowiekiem ułożonym, solidnym, odpowiedzialnym - takim, jakim księgowy być powinien. Od czasu, gdy się z nim zetknąłem, a przecież to miało miejsce pół wieku temu, działał w chorągwi. Pełnił tam różne funkcje. Zawsze z sukcesem. I nie dziwmy się, że w pewnym okresie był także głównym księgowym chorągwi.
Nosił nazwisko, które każdy zapisałby przez “ż”, a ono zaczynało się na “rz”. Był taki moment, kiedy widziałem Andrzeja zdenerwowanego: - Ile razy mam powtarzać, że nazywam się Rzuchowski? - no tak, powtarzać pewnie musiał pewnie wiele razy…
Ponad dziesięć lat temu, gdy byłem radnym Warszawy i aktywnie działałem w komisji kultury, niespodziewanie spotkaliśmy się w Centrum Łowicka. Ja występowałem jako ważny działacz samorządowy, on jako księgowy tego ośrodka kultury. Zdziwiłem się - przecież był w wieku emerytalnym. Dzięki Andrzejowi bliżej zapoznałem się bliżej z działalnością Łowickiej. A było warto.
Tak jak odpowiedzialnie kierował komisją historyczną, tak samo odpowiedzialnie odszedł z tej funkcji. Gdy stan zdrowia nie pozwolił mu na aktywną działalność, znalazł następcę, przekazał kierownictwo. Tak jak powinien uczynić każdy z nas.
Na pogrzebie pożegnali go instruktorzy w wieku seniorackim. Chorągiew wystawiła sztandar. Było skromne pożegnanie, w trakcie którego jego wnuk mówił też o Andrzejowej działalności. Pozostanie po nim dobra, bardzo dobra pamięć.