Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

March, 2018 w archiwum

Stradella - a kto to?

Przedstawienie było urocze. Prawdziwy teatr, prawdziwa zabawa, dobra reżyseria, dobre (choć może tu to ja znawcą wielkim nie jestem) głosy. Takie widowiska spotyka się rzadko. No i jeszcze nazwijmy to takim współczesnym językiem - znakomity projekt. Młodzi wokaliści śpiewają w siedemnastowiecznej operze komicznej zapomnianego (nieznanego mi) kompozytora Alessandro Stradellego. Propagujący jego utwory Andrea de Carlo opisał nam w programie smutne dzieje tego artysty. Dzieje zakończone śmiercią - zabójstwem przez płatnego mordercę. Ale czasy były ciekawe, a morderstwa na porządku dziennym.
Ale nie fakt, iż de Carlo odkrył “Opiekuna Trespolia” jest istotne, nawet nie to, że jak dumnie możemy przeczytać, jest to światowe wystawienie pierwsze po roku 1679. Istotne, że kilkoro młodych artystów pod kierunkiem licznych profesorów Uniwersytetu Muzycznego pokierowani przez Pawła Pasztę z Akademii Teatralnej bawi nas barokową komedią pomyłek w stylu nieco komedii del arte. Bawi nas gapowaty Trespolio, zakochana w nim Artemisia (jak można się kochać w tak nierozgarniętym osobniku?) i grono otaczających ich znajomych-przyjaciół, którzy myślą o dwóch ludzkich problemach: miłości i pieniądzach. A może najpierw o pieniądzach, później o miłości. Towarzysząca mi w Collegium Nobilium P. powiedziała z pełną szczerością: - To takie aktualne, dziś jest tak samo… No nie wiem, czy rzeczywiście tak samo. Ale nie da się ukryć, że od wieków uczucia, i środki do życia (czasem więcej niż tylko do życia) pasjonują nas, zajmują nam myśli i czas.
Zatem w “Il Trespolo tutore” mamy zabawne stroje (ta spódnica Artemisi, ten brzuch Trespola!), mamy arlekinowate ubiory mężczyzn, mamy służącą z wielkim sztucznym biustem. Mamy sytuacje nie z tego świata - tęże służącą, która jest skłonna ożenić się z Artemisią (ta ma wszak duży posag). Przede wszystkim mamy wokalistów, którzy grają dowolne role - mężczyzna gra kobietę, kobieta mężczyznę. Ale także mężczyzna - mężczyznę i kobieta - kobietę, tak całkiem jak w zwykłej operze. Fakt, w czasach Stradelli role żeńskie grali chłopcy. Dlaczego więc nie odwrócić współcześnie ról? Można. I to się zupełnie nieźle udało. Pomysł nie razi - wprost odwrotnie, wzbogaca przedstawienie.
Scena pusta. Właściwie gdyby nie kolorowe stroje, na scenie pozostałby tylko podest. Tylko stroje przyciągają wzrok, bo co mi z tego, że pojawia się lustro lub aktorka huśta się na linie…
A łącznie - naprawdę wdzięczne widowisko.
PS Nie napisałem nic o orkiestrze, o klawesynie, yioli da gamba. Ale tu już jestem takim laikiem, że nie powinienem na ten temat zabierać głosu. Jednak brzmiało znakomicie. Czy taka była orkiestra w czasach Stradellego?

Matamorfozy

Czasami miło znaleźć się w dobrym towarzystwie. I piszę to bez przypisywanej mi zbyt często ironii. Jak dobrze jest widzieć, że ci, którzy mnie otaczają, to ludzie kulturalni i ludzie kultury. Obok mnie siedzi profesor, którego pokazywać można by było dzieciom jako Pana Kleksa. Ale jaki to umysł! Zachwycałem się nim dwadzieścia lat temu, zachwycam się i dziś. Przede mną pani profesor, która być może prochu nie wymyśliła, ale gromadziła wiedzę z roku na rok. I ma ją ogromną. Obok kolejna pani profesor, zaprzyjaźniona z G. A więc prawie zaprzyjaźniona ze mną. Dziś jest, można tak ładnie powiedzieć - neofilologiem. I tak dalej, i tak dalej. Sami humaniści, ba, na dodatek w dużej części osoby zainteresowane kulturą antyczną.
Przed nami, siedzącymi grzecznie w fotelach sali kameralnej Teatru Polskiego trójka, jak to dobrze nazwać, lektorów, czytających nam fragmenty “Metamorfoz”. Dwie osoby czytają tekst polski, jedna - oryginalny łaciński. Nie, nie symultanicznie. Tekst po łacinie tylko w niewielkich fragmentach, takich bardziej znaczących. Cały tekst Owidiusza jest ogromny, przypomniane są więc nam te kosmogoniczne, a później kilka ciekawych opowieści, na przykład o Narcyzie. Siedzimy zasłuchani w piękno przekładu Anny Kamieńskiej. A kto może, zachwyca się pięknem oryginału.
Po godzinie (przepraszam za banał) uczty duchowej godzinna dyskusja trojga profesorów. Filolog klasyczny, historyk i polonista-kulturoznawca. Cała trójka z górnej półki naszych współczesnych humanistów. O czym tam nie było! O wygnaniu Owidiusza i jego opinii, jakoby nad Morzem Czarnym, na strasznej prowincji, były okropne mrozy. O tym, że poezja Owidiusza (szczególnie w oryginale) już nikogo nie interesuje. No, może z wyjątkiem zgromadzonej publiczności, ale to promil promila polskiego społeczeństwa. I o owym słowie “Metamorfozy”, które niezbyt trafnie przetłumaczone jest na język polski jako “Przemiany”. No i o tym, ze w poezji Owidiusza znaleźć można uzasadnienie współczesnego weganizmu. Wszak w krówce i owieczce tkwi “dusza” człowieka.
Jakiż miły wieczór. Bez polityki, bez ostrych sporów. Ot, jakbyśmy znaleźli się w innym świecie, jakże różnego od tego poza salą teatralną.

A w Krakowie

Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek jest zszokowany. Gdy nie rozumie, co się wokół niego dzieje, gdy świat wali mu się na głowę i nie rozumie, o co chodzi. O co chodzi z zachowaniami ludzi, którzy cię otaczają. Takie dziwne wrażenie nierozumienia otaczającego mnie świata przezyłem ostatnio w cesarsko-królewskim mieście stołecznym Krakowie. (A może to błąd ortograficzny i powinienem ostatnie słowa napisać dużymi literami?).
Nie byłem w Krakowie już kilka lat. I nie jest to istotne, bo miasto Kraków wydawało mi się niezmienne. Zawsze mogę pójść do kawiarni w Sukiennicach i patrzeć na pomnik Wieszcza. Zawsze mogę wejść do Jamy Michalikowej i zachwycać się jej wnętrzem. Nawet kelnerki obsługiwały nas, jakby świat wokół się nie zmieniał. Wawel stoi na swoim miejscu, Barbakan i Brama Floriańska także. W odróżnieniu od zmieniającej się Warszawy centrum Krakowa, z jego swoistą dostojnością, spokojem, z jego Wierzynkiem i Hotelem “Pod różą” było wspaniałe. Było to dla mnie miasto inteligencji z piękną przeszłością i ciekawą teraźniejszością. I wcale nie przeszkadzała mi w tym wyobrażeniu przydworcowa wielka galeria handlowa lub nowoczesny kampus uniwersytecki.
No tak, ale okazało się, że “mój Kraków” już moim nie jest. Stoję na Rynku - jest początek marca, mróz siarczysty, godzina 22, a może 23? Stoję na Rynku i widzę hordy polskich i obcojęzycznych Hunów wrzeszczących, biegających, nawołujących się. Hunów w większości na stan wskazujący na spożycie. Jacyś faceci z tablicami “klubów” lub innych “pubów” zbierający te wrzeszczące hordy. Nie można normalnie rozmawiać - Kraków się bawi.
Ja przepraszam - jeżeli to ma być zabawa, to może władze Krakowa powinny podzielić dobę na jakieś dwie nierówne części. Niech od 4.00 do 22.00 miasto będzie dla ludzi, do których też chciałbym się zaliczyć. Miasto pełne dostojeństwa i spokoju. A przez kilka godzin nocnych oddajmy je oficjalnie w ręce imprezowiczów. Ale wtedy ja proszę o oficjalny komunikat: “Ludziom nie będącym pod wpływem używek do centrum miasta wstęp wzbroniony. I wtedy ja wiem - nie mam prawa znajdować się w okolicach północy w okolicach Sukiennic. To naprawdę proste rozwiązanie. Bo takich przeżyć, jak 3 marca, po prostu więcej mieć już nie chcę.
PS Włączam ten tekst do działu “kultura”, bo wszak o kulturze, a nie o pieniądzach, jest mowa.

Mój pan listonosz

Listonosz to nadal postać magiczna. Może przynieść dobrą lub złą wiadomość. Może przyjść każdego dnia - niespodziewanie. Wtedy gdy jesteś śpiący i wcale nie chce ci się zejść z kanapy, aby podejść do drzwi. Może przyjść, gdy jesteś pod prysznicem i nie w głowie ci listy. Może nie pozwolić połknąć resztki lodów, które niezjedzone się rozpuszczą. Może także wcale nie przyjść.
Kiedyś przed laty pan listonosz przynosił staruszkom jakieś pieniądze. Renty i emerytury, Żli ludzie zaczajali się za węgłem na pana listonosza i odbierali mu torbę pełną nie tylko listów, ale i pieniędzy. Od czasu do czasu można było w “Expresie Wieczornym” o tym przeczytać. Ale ten mit pana listonosza już blednie. Listów coraz mniej, nawet tych kartek bożonarodzeniowych jakby ubyło, nie mówiąc już o pocztówkach z wakacji. Cóż, wysłanie i otrzymanie zdjęcia zrobionego minutę temu jest bardziej atrakcyjne niż otrzymanie po tygodniu widokówki z pięknym widoczkiem. Ale pomimo to listonosz to postać magiczna.
Nie, nie znam mojego pana listonosza. Ale wiem, że to leniuszek czystej wody. A nasza Poczta Polska (dobrze, że nie Narodowa) to niereformowalna instytucja. A więc moim listonoszu będzie ciąg dalszy.
Dwa dni temu wyjmuję ze skrzynki kwitek. Na nim wydrukowany długi tekst o tym, jak to na poczcie czeka z utęsknieniem dla mnie przesyłka administracyjna. Tekst ten zatytułowany jest “Wezwanie (a może przypomnienie lub powiadomienie) powtórne”. Po prostu powtórne. I ja tego nie rozumiem. Przecież nie otrzymałem wezwania (a może przypomnienia lub powiadomienia) numer jeden. Co się stało? Wytłumaczenie jest proste. Pan listonosz miał obowiązek wręczyć taki sam list (za pokwitowaniem!) każdemu lokatorowi naszego osiedla. I pewnie wielu innym osobom w okolicy. Prawdopodobnie rozniósł listy do pierwszych stu lub dwusu mieszkań i biedny się załamał. Przyszedł zmrok, pora już była iść do domu, a on zabrał się do wypisywania karteczek z wezwaniami lub powiadomieniami. Pisał, pisał i dał sobie spokój. Do mnie już nie napisał. I ja mu się nie dziwię. Miał tego dnia dużo pracy. Od ja już tego dnia przez listonosza-leniuszka zostałem wymazany z rzeczywistości. Na szczęście, gdy w moim urzędzie pocztowym zorientowali się, że nie mam zamiaru (czy oni wiedzieli, że nie wiem o tejże przesyłce?) listu odebrać, wysłali do mnie osobiste pismo - imienne. I to przypomnienie/powiadomienie pan listonosz wrzucił do mojej skrzynki. Uff. Mógłby uznać, że ja nie zasługuję na takie powiadomienie powtórne. Ale nie - zasługiwałem. I tak to po dwóch tygodniach wylegiwania się na poczcie mój list na moich nogach dotarł do mnie. Co za radość. I czy miałbym tyle radości, gdyby pan listonosz osobiście pofatygował się do mnie i wręczył mi urzędowy list? Na pewno nie.