Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

July, 2018 w archiwum

Pod tęczową flagą

W ZHP padają stare pytania. Czy osoba homoseksualna może być drużynowym/drużynową? Co na to rodzice? Jeżeli gej jest drużynowym i nikt o tym nie wie, to może sobie być, a gdy się ujawni, to dla jednych nie ma problemu, a dla innych jednak problem istnieje? A lesbijka? I jak to jest w harcerstwie - na przykład na obozie - czy nieobyczajne zachowanie dziewczyny i chłopaka (na przykład nocne wizyty oboźnego u komendantki) jest akceptowane, a nieobyczajne zachowanie dwóch pełnoletnich chłopaków (śpią w jednym namiocie na jednej pryczy) - nie? A może oba takie zachowania powinny być przez wszystkich traktowane jako naganne? Także przez rodziców i całą kadrę instruktorską? Odpowiedź na te pytania jest prosta.
Jakiś czas temu w prowadzonym przeze mnie kursie drużynowych brał udział W. Sympatyczny, inteligentny, zainteresowany teatrem. Zaczął prowadzić drużynę artystyczną, coś mu nie wyszło, odszedł z harcerstwa. Po kilku latach stał się twarzą warszawskich homoseksualistów. W. był przed laty kandydatem na dobrego instruktora, choć (co było widać na kursie) osobą nadwrażliwą. Jego późniejsza kariera świadczyła, że był urodzonym przywódcą. Ciekawe, czy byłby dobrym drużynowym.
Po raz trzeci w tym roku grupa członków naszej organizacji uczestniczyła w warszawskiej Paradzie Równości. Bez mundurów, ale z harcerskimi/skautowymi chustami. Wywołuje to dyskusję. Przy okazji tejże parady Helena, warszawska młoda instruktorka, zaprezentowała się publicznie jako osoba biseksualna. Pada pytanie, czy harcerze powinni uczestniczyć w takich imprezach? Nawet jeśli ta impreza w pełni jest zgodna z Prawem Harcerskim. Bo harcerz jest pogodny, bo harcerz w każdym widzi bliźniego. Wydaje mi się, że nie to jest najistotniejsze. Harcerz powinien stać w obronie słabszych. Nie da się ukryć, że środowisko LGBT są dziś słabsze, ciągle nie ma równych praw. I w takim kontekście w radosnym święcie tej społeczności instruktorzy harcerscy spokojnie mogą brać udział. Przecież zupełnie nieistotne jest, jaka jest orientacja seksualna osób w paradzie uczestniczących. To jest parada równości. Dlatego kilka razy proponowałem jednemu z naszych harcerskich vipów: - Pójdźmy na paradę za rok. - Na razie się nie zgodził. Będę nad nim pracował.
PS I mamy jeszcze dwie kłopotliwe dyskusje. Jedna wokół poglądów byłego komendanta Hufca Łowicz. Druga dotyczy wychowania duchowego w ZHP. Za mało wiem, aby się w tych sprawach wypowiadać. Ale jeszcze wszystko przede mną.

Z kogo się śmiejecie?

W Krakowie (los tak chciał) znalazłem się na widowni Teatru Bagatela, by obejrzeć głupią komedię. Nie chodzę na takie przedstawienia programowo. Niegdyś naoglądałem się podobnych w warszawskiej Komedii i w Kwadracie. Powiedziałem sobie “dość” i teraz na takiej sztuczce można mnie spotkać jedynie w moim dzielnicowym (los też tak chciał) Och-Teatrze.
Cóż, losu się nie wybiera. O nim decyduje ponoć ten na górze (niezależnie od tego, kto nim jest).
Co to znaczy głupia komedia? W tym przypadku to zręcznie skonstruowana intryga, gdzie występują: Żona, która chce zdradzić swego męża, Mąż, który ma zamiar zdradzić swoją żonę, dwoje potencjalnych kochanków - oboje dość atrakcyjni, ale niezbyt pasujący do Męża i Żony - oraz panna służąca, tu występująca jako Pokojówka. Ta piątka bohaterów spotyka się jednej nocy w jednym mieszkaniu, choć ani jedna osoba z tej gromadki zgodnie z zapowiedziami tam właśnie znaleźć się nie powinna. On udaje, że wyjeżdża, by do wolnego mieszkania zaprosić swą ukochaną. Ona zachowuje się podobnie. Nie mówiąc już o Pokojówce, która bierze pieniądze na swój krótki urlop i pojawia się oczywiście w mieszkaniu jako ta piąta.
Co chwilę ktoś kogoś tej nocy w salonie, znajdującym się na przecięciu dróg naszych bohaterów, spotyka. Ktoś, kto nie powinien w tym mieszkaniu się pojawić, jednak się w nim znajduje. Na szczęście w tym scenicznym mieszkaniu są dwie sypialnie i pokój Pokojówki. Jakoś się wszyscy mieszczą. Ale oglądamy jedno wielkie zamieszanie, które trwa dwie godziny z jedną przerwą. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. I wszyscy się cieszą. I widzowie, i, mam nadzieję, aktorzy. Ci grają poprawnie. Najbardziej radosna jest rozsądna Pokojówka, która co chwilę otrzymuje setki złotych od kolejnych bohaterów. I tylko musimy zadać sobie pytanie: - Czy w królewskim mieście Krakowie (bo akcja toczy się w Krakowie) osoby dobrze zarabiające trzymają normalnie w portfelach po co najmniej tysiąc złotych, a może i dwa tysiące złotych, by przy jakiejś okazji móc przekupić pazerną Pokojówkę? I nie boją się, że ktoś ich może okraść? Zadziwiające.
No tak, dobrze zakończyć pointą. Wiadomo, z czego się śmiejemy. Myśmy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji, jak bohaterowie głupiej komedii. Więc się śmiejemy.

Wiem, nie wiem

Moi uczniowie, skądinąd sympatyczni i niegłupi młodzi ludzie, mający 18 a nawet 19 lat, czasem mnie ogromnie zadziwiali. Zadziwiali znajomością, a właściwie nieznajomością pewnych słów czy pojęć. Pal sześć, gdy to jest to takie słowo, jak pleonazm. Nie wybijałem im do głowy słów ważnych, ale takich, które nie będą im w życiu niezbędne. Ale są słowa w języku polskim, które po prostu znać należy. Nawet jeśli wyszły z użycia, nawet jeśli nie posługujemy się nimi na co dzień. Pisałem już o tym i temat ten jakoś mnie nie opuszcza.
Ku mojemu zdziwieniu nie mieli oni kłopotu ze zrozumieniem “Bogurodzicy”. Słowo po słowie tłumaczyliśmy i tekst stawał się czytelny. Nawet to “dziela” dawało się wytłumaczyć. Także owo giełzłeczko Kochanowskiego i inne słowa z czasów renesansu jakoś zrozumiane. Może dlatego, że w podręczniku były przypisy. Dlatego prawdziwy kłopot zaczynał się, gdy czytaliśmy znacznie później napisane lektury. Bo na przykład okazywało się, że uczniowie z Warszawy zupełnie nie znają wsi i prostego wydawałoby się słownictwa.
Zacznijmy od konia w kieracie. Mało udolnie każdej kolejnej klasie rysowałem ów kierat znajdujący się za stodołą. Wyjaśniałem, jak działa system przekładni. Tak wielkiego kłopotu nie miałem z żurawiem. Zawsze w klasie znalazł się jakiś uczeń, który objaśnił, jak czerpano wodę z wielu studni. Pług - znany, socha - większościn znana. Ale lemiesz i skiba ziemi już nie. No i brona. Co to znaczy bronować? Przebojem w każdej klasie jest miedza. Ta także z Mickiewiczowskiej inwokacji “Pana Tadeusza”. Co to może być miedza? Nie będę wymieniał większej liczby tych
trudnych słów. I tak w każdej klasie było inaczej. Czasem się znalazł ktoś, kto dobrze znał realia wsi lub realia miasta. (O co chodzi Tuwimowi z tymi nocnikami w “Mieszkańcach”? Co pod łóżkiem robi nocnik?). Czasem było gorzej.
Gorzej, całkiem niedobrze było ze zrozumieniem Sienkiewicza. Ale ja “Potop” traktowałem jako mało istotną lekturę, więc i język autora w tym utworze nie był tak bardzo istotny. Dobrze było, jeżeli uczniowie przeczytali cały utwór.
Lecz czytanie utworów (i nieczytanie) to już całkiem inna historia. Może na ten temat - już w ramach nauczycielskich wspomnień - coś napiszę.
PS To już rok, gdy nie uczę w szkole. Jakoś dało się przeżyć bez sprawdzania klasówek. Ale nie da się ukryć - trochę tej pracy mi brakuje.