Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

August, 2018 w archiwum

Miarka czasami się przelewa

Festiwal Szekspirowski. Gdańsk. Kolejna taka impreza organizowana corocznie profesjonalnie przez profesjonalną ekipę doświadczonych specjalistów. (Powtórzenie słowa profesjonalny nie jest tu błędem, zastanawiałem się, czy nie należałoby zamiast “doświadczonych” napisać “profesjonalnych”). Oglądam “Miarkę za miarkę” w reżyserii Jana Klaty. Oglądam? Tak można powiedzieć. Udało mi się kupić ostatnie bilety na trzecim balkonie. Wiem, że są tam zamontowane piekielne metalowe barierki, które zasłaniają część sceny. Ale czego się nie robi, aby obejrzeć przedstawienie czeskiego teatru (bo Klata “Miarkę” wyreżyserował w czeskiej Pradze). Z żalem jednak patrzę w dół na liczne wolne miejsca zajmowane przez osoby z wejściówkami. Tym to dobrze…
Komedii Szekspira nie czytałem. Akcję znam bardzo ogólnie. Gdzieś tam po głowie plącze mi się informacja, że władca Wiednia - Wincencjo przekazał swe uprawnienia arystokracie Antonio, który rządził księstwem. I Antonio nadużywa swej władzy. Tyle wiedziałem przed wejściem do budynku Teatru Szekspirowskiego. I tyle samo wiem po wyjściu z teatru.
Wiem jeszcze, że w Szekspirowskim Wiedniu były liczne dyby, elektryczne krzesło i dmuchana lalka służąca panom do zaspokajania ich potrzeb. O dramacie Szekspira nic nie wiem, bo jakiś nieodpowiedzialny gość nie był w stanie obsługiwać rzutnika z przetłumaczonym na język polski tekstem. To, co widzieliśmy, woła o pomstę do nieba. Te napisy i brak napisów tak utrudniały oglądanie przedstawienia, że wydaje mi się, iż cały spektakl prezentowany w oryginale byłby lepszy od tego “z napisami”. Po prostu skupiłbym się na grze aktorów, na pomysłach inscenizacyjnych, muzyce… Gdy przed tobą latają jakieś literki, po prostu oglądać widowiska się nie da.
Zastanawiałem się po wyjściu z teatru, czy nie zażądać od organizatorów festiwalu zwrotu pieniędzy za bilety. Bo uniemożliwili mi obejrzenie spektaklu. Po prostu uniemożliwili. Jakaś miarka się przebrała - to był skandal.
PS Ponoć na kolejnym przedstawieniu czeskiego teatru ten gość od rzutnika też uniemożliwił polskim widzom zrozumienie spektaklu. Ja tego nie rozumiem.

Druh Adamkiewicz

Odszedł na wieczną wartę kolejny harcerski instruktor - hm. Adam Kiewicz. Czlowiek-harcerska legenda. Instruktor, nazwijmy go - kontrowersyjny. Wymienię dwie jego najważniejsze, moim zdaniem, cechy. Po pierwsze był człowiekiem konsekwentnym i rzeczowym. Po drugie był człowiekiem lewicy. Czy należy coś do tego dodać, by zauważyć, że jego życie nie moglo być usiane różami? I nic w tej ocenie nie zmienią wysokie państwowe odznaczenia i wysoki społeczny prestiż.
Druha Kiewicza poznałem na przełomie lat 1960/61. Ja - uczestnik jednego z kilku kursów drużynowych zuchów. On - komendant Zuchowej Chałupy. Szef naszego kursu - instruktor z Łodzi - opowiadał nam o kadrze szkoły. W pewnym momencie padło zdanie: - Komendantem naszej Chałupy - pięknego pałacu Schafgotschów - jest druh Adamkiewicz. - Bardzo długo zastanawiałem się, jak nasz komendant ma na imię. W Cieplicach miało miejsce ważne wydarzeenie. Złożyłem Zobowiązanie Instruktorskie. Gdy nieco później brałem udział w tej samej Zuchowej Chałupie w kursie podharcmistrzowskim, już takich problemów nie miałem. Ale i wtedy zachowywałem w stosunku do niego ogromny dystans. Miał swoisty autorytet człowieka, który wie wszystko, decyduje o wszystkim i jest prawdziwym szefem.
Druh Adam zawsze moim zdaniem był stary. Nieduży, o ostrych rysach. Zawsze nieslychanie precyzyjny…
Zetknąłem się z nim kilka razy znacznie, znacznie później. Najpierw w nowej, może nawet piękniejszej zuchowej szkole w Oleśnicy, lecz ona nie miała w sobie tego ducha tej starej - cieplickiej. Byłem na jej otwarciu i nigdy jej na serio nie polubiłem.
A później, gdy już w XXI wieku druh Miejsca nawiązał kontakt z moim komendantem hufca (komendantem sprzed lat), wydając roczniki historii harcerstwa. Wiedziałem, że jest historykiem. I jako jeden z nielicznych starał się w miarę obiektywnie pokazać dzieje harcerstwa w Polsce Ludowej. Chwała mu za to, bo do jego monografii sięgać będą przyszłe pokolenia. Roczniki były czystą amatorszczyznę, lecz i do tych materiałów można czasem sięgnąć, znajdując tam wartościowe teksty.
Odszedł mając 95 lat. Piękny wiek. A życie miał bardzo urozmaicone, lecz o tym napiszą na pewno inni.