Adam Czetwertyński

Harcerstwo (183) Kuchnia (22) Kultura (266) Polityka (37) Pożegnania (26) Szkoła (74) Varia (104)

March, 2019 w archiwum

“Z” jak zastępy (literki nr 4)

Mój Ulubiony Instruktor siadł na swym ulubionym fotelu. Po pięknym dniu nastąpił zimny i pochmurny wieczór. Jak dobrze, że można wypić gorącą czarną kawę (bez cukru i bez mleka) i nie być zafascynowanym innymi używkami, które mogą doprowadzić do nałogów. Co prawda wtedy mógłby z nimi walczyć, ale walka była obca druhowi Mulinowi. Cisza, spokój, to dh M najbardziej lubił. Popatrzył w przestrzeń, a później spojrzał na klawiaturę swego komputera. Jak to się stało, że zajął się do tej pory tylko literkami z górnej części klawiatury? Natychmiast musi to zmienić. Z lewej strony na dole jest literka „z”. Niech więc będzie ta literka spod końca alfabetu. “Z” jak zastępy.
A z zastępami w znanej dh. M. okolicy jest nie najlepiej. Niby są, a jakoby ich nie było (oj, jakoś literka „u” w pamięci Mulina się pęta, co w jego skojarzeniach robi Urszulka mistrza Jana?). Praca zastępami, zwana tu czy ówdzie systemem zastępowym, nie działa. No, prawie nie działa.
Bo tak naprawdę jest tak: Drużyna jest podzielona na zastępy. Zastępy mają swoje nazwy. I mają swoich zastępowych. A zastępowi noszą brązowe sznury. I to by było na tyle. Koniec. Kropka. Tu czy ówdzie dh Mulin widział, że jest prowadzona rywalizacja między zastępami. Bo gdzieś są płacone składki i to się liczy. Albo oceniana jest obecność harcerzy na zbiórkach i jeszcze przychodzenie na te zbiórki w mundurach. Ach, jakaż to nadzwyczajna rywalizacja! Jak wyzwala inicjatywę harcerzy! Mój Ulubiony Instruktor siedział i myślał… Przecież powinno być zupełnie, ale to zupełnie inaczej.
Bo gdyby tak zastęp był zgraną ekipą kilku chłopaków (dziewcząt też), gdyby spotykał się co tydzień realizując zadania niezbędne do zdobycia stopni? Gdyby zastęp wybrał się razem do teatru (może z którymś z rodziców jako opiekunem)? A gdyby przygotował zbiórkę drużyny, oczywiście konsultując ją ze swym drużynowym? Pomysły kłębiły się w głowie druha M. Z tych wszystkich myśli można by zbudować cały poradnik dla znakomitych zastępowych. Ile taka grupa mogłaby zdziałać, gdyby tylko ktoś na to pozwolił i ktoś taki zastęp wspierał swymi pomysłami… Ba, gdyby drużynowy na takie eksces, jak samodzielność zastępu, pozwolił.
Dh Mulin wypił łyk ulubionej kawy, uspokoił się i ponownie zamyślił. Historia, historia, ponoć ją znając i wykorzystując doświadczenia przodków możemy działać lepiej. To jak było przed laty? Podobno w dawnych czasach taki zastęp posiadał swój plan pracy. A zastępowy prowadził książeczkę/notatnik zastępu. A do tej książeczki wpisywane były różne informacje, bardzo różne. Także plany zbiórek. Zupełnie samodzielnych. Mój Ulubiony Instruktor przypomniał sobie jeszcze, że taki zastęp miał swojego kronikarza i prawdziwą kronikę. Z zapisami, rysunkami, szkicami, zdjęciami itd., itd. Nie, dh Mulin nie może sobie pozwolić, by znów w jego głowie zaczęło coś buzować. Zadał sobie jednak pytanie: Czy jest gdzieś w jego okolicy, ba, dalszej okolicy, ba w całym hufcu choć jeden normalny zastęp? Charakteryzujący się jeszcze jedną cechą zastęp ten w pełnym składzie pojechał na obóz. Czy to jest dziś możliwe?
Za oknem ciemno. Smutek ogarnął Mojego Ulubionego Instruktora. Przecież bez zastępów, bez tego całego systemu całe harcerstwo na nic. (No nie, jeszcze fragmencik “Zielonej Gęsi”? Czy to znów cytat?). Dlatego coś trzeba by zrobić, aby zastęp znów był po prostu zastępem. Na dnie filiżanki pozostał ślad fusów. Tak, ten dzień na pewno nie należał do udanych. Ale jest jakaś nadzieja. Nadzieja mieści się w skromnej z góry klawiatury literce “w”. O tej literce w innym odcinku.

“U”, czyli używki (literki nr 3)

Mój Ulubiony Instruktor usiadł o poranku w swoim ulubionym fotelu. Dzień zapowiadał się słoneczny. Postawił na stoliku obok fotela filiżankę kawy i zamyślił się. Kawa była ulubionym napojem druha Mulina, bez kawy nie mógł on dnia rozpocząć, choć zdarzało mu się nie pić kawy wieczorem. Dh M. uwierzył, że kawa jest nie tylko używką, ale jest także zdrowa, antyrakowa, przedłużająca życie. Nieużywkowa używka. Pleonazm. Wierzył w kawę i jej skutki, choć nie wierzył, że Ziemia jest płaska.
Druh Mulin nie myślał jednak o kawie, lecz o całkiem innej używce – tytoniu. Nie, nie… Dh M. nie palił. W życiu może wypalił trzy papierosy. Pierwszego, pamięta to dobrze, gdy był w piątej klasie i gdy z kolegami spotkał się w niecnym celu spróbowania, jak to jest, czy to jest takie wspaniałe uczucie – palenie. Nie pamiętał, kto doniósł ich wychowawczyni, ale zrobiła się z tego pierwszego ich papierosa niezła awantura wraz z wzywaniem do szkoły rodziców.
Tak, palenie to niewątpliwie używka niszcząca zdrowie. Tego dh Mulin był pewien. Myśli druha Mulina poszybowały do wydarzeń z minionego wieczoru. Rozmawiał on przez dwie godziny o próbie przewodnikowskiej druhny, nazwijmy ją dla niepoznaki Jolą. Druhna Jola chciała otworzyć próbę, była już nieformalną drużynową, ale otwarcie tej próby było konieczne, by komendant hufca na tę funkcję mógł ją mianować. Przyszła więc Jola do Mojego Ulubionego Instruktora. Poprosiła go, aby był opiekunem jej próby.
Dh Mulin asertywny nie jest, popatrzył głęboko w niebieskie oczęta druhny Joli i powiedział „tak”. Dlatego też poprzedniego dnia długo omawiali, zmieniali, uzupełniali, dyskutowali, bardzo się starali, aby próba nie była za łatwa, za trudna, za krótka i za długa. Mózg dh. Mulina może nie był rozpalony do czerwoności, jak mu się czasem w innych przypadkach innych podopiecznych zdarzało. Bo Jola była mądrą, sympatyczną i na dodatek ładną harcerką. A uśmiechnięta ładna 18-letnia harcerka to miód na serce druha M.
Tak, tak, porozumieli się znakomicie. I obie strony były zachwycone (tak się w każdym razie Mulinowi wydawało) z wyników wspólnej pracy. Zakończyli, pożegnali i rozeszli w dwie różne strony. Lecz los jest niewiadomą, zawsze coś może pomieszać. I tu (dh Mulin nie wie, czy stało się dobrze, czy źle), gdy wędrował spokojnie w kierunku domu, zobaczył, że na rogu ulicy, czekając na zielone światło stoi Jola z… tak, tak… stoi z zapalonym papierosem w ręku. Mulin stanął jak wryty. Jola, przyszła instruktorka, z którą opracowywał przed chwilą kartę próby?? Jola, wzorowa harcerka. Jola po prostu pali. Światło się zmieniło, Jola przeszła przez jezdnię, a Mulin stał jak wryty.
I dlatego o poranku Mój Ulubiony Instruktor siedział przy filiżance kawy i zastanawiał się, co dalej. Co dalej z próbą niebieskookiej Joli. Porozmawiać z nią o używkach, o tytoniu, niech sama rzuci palenie? Powiedzieć jej, że widział ją palącą? Dlaczego zadania dotyczącego walki z nałogami nie wpisała do próby, przecież nie jest ona wzorem dla swoich wychowanków. A jeżeli nie jest, to nie może zamknąć próby pozytywnie… Jej harcerki wiedzą, na pewno wiedzą o jej problemie (bo problemem to jest). Rodzice Joli mogą nie wiedzieć, harcerki wiedzą. To może na tym etapie zrezygnować ze współpracy z Jolą, niech ktoś inny zajmie się jej próbą?
Dh Mulin był rozdarty. Nie umiał podjąć właściwej decyzji. I wcale filiżanka dobrej kawy go tu nie uspokajała. Jedno było pewne. Jola używająca tej używki drużynową być nie może. Musi walczyć z tym nałogiem i dopóki Jola będzie palić, jej mianowaniu na funkcję on, dh Mulin, musi powiedzieć stanowcze „nie”.
Mój Ulubiony Instruktor nie wstawał z fotela, pił dalej kawę, z za oknem dzień nadal zapowiadał się słoneczny.

Literka “p”, czyli Prawo Harcerskie (literki nr 2)

Mój Ulubiony Instruktor obudził się o poranku i zamiast porannej gimnastyki i codziennych ablucji pobiegł do komputera. Męczyło go, że literka „q” jest taka samotna, że o żadnej innej literce niczego jeszcze nie napisał. Spojrzał więc na klawiaturę i pomyślał (jak wiemy, myślenie jest ulubionym zajęciem druha Mulina): - Zajmę się tą literką z prawej strony – literką „p”. Niech będzie symetrycznie.
Banał, straszny banał, jeżeli literka „p”, to muszę się zająć Prawem, tym pisanym dużą literą – Prawem Harcerskim. Ale przecież o tym prawie już prawie (jak to ładnie zabrzmiało) wszystko napisano. I interpretacja, i historia ze wszystkimi zmianami od ponad stu lat. I gawędy do poszczególnych punktów. Lutosławski i Mirowski – epoka ich dzieliła, ale komentowali, komentowali… Dh M. zastanowił się. To może nie Prawo, lecz pionierka? Albo pierwsza pomoc? Posiłki na obozie? Myśli kłębiły się w głowie druha Mulina. Aż parować zaczęły, nie, dość, rzekł do swych myśli dh M. Będzie o Prawie.
A właściwie znów (bo od czasu do czasu pisuje na ten temat dh J., znany z rozlicznych dyskusji w internecie) o punkcie, którego nie ma. Powiecie, nie ma, bo go nie było od początku i tylko złe moce wprowadziły go w czasie, gdy to i owo w harcerstwie popsuto, również i tekst Prawa Harcerskiego. A później dobre moce doprowadziły, że Prawo jest takie, jak w pysznych latach trzydziestych ubiegłego wieku. (Pysznych od pyszności, na przykład pyszny jest tort bezowy, a nie od pychy, która nas otacza i której nie tolerujemy).
O jakim punkcie piszę? Oczywiście „Harcerz chce wiedzieć więcej, niż wie, umieć więcej niż umie”. To taki punkt, który powinien być głównym mottem naszych programowych działań. Powiecie, że nie on, bo ważniejsza jest postawa, morale członka organizacji, służba, stosunek do innych ludzi itd., itd. Pewnie będziecie za każdym razem mieli rację. Bo jak wiemy, nie wiadomo, kogo kochać bardziej – mamusię czy tatusia, a walka zwolenników Wielkiej Nocy nad zwolennikami Bożego Narodzenia nadal nie wygasła. Tu będziemy się pięknie różnić.
Dlatego dh M. pozostał przy swoim poglądzie. Bo wśród różnorodnych postaw, dbania o wszechstronny rozwój zdobywanie wiedzy, bardzo wszechstronne jej zdobywanie oraz ciekawość świata są niezwykle ważne. Jak być mądrzejszym bez realizacji w praktyce takiego zalecenia? Jak się kształcić? Bo nie jest rolą harcerstwa wszechstronne kształcenie? To rola szkoły i tylko niej? Mój Ulubiony Instruktor westchnął ciężko. O naiwni! Szkoła uczy, a nasza pionierka, nasze rozpalanie ogniska, nasze budowanie szałasu i spanie w nim, nasze zawody na orientację itd., itd. nie uczą? Nie uczą żyć? Nie dają harcerzowi prawdziwej wiedzy o świecie?
I mógłby długo dh Mulin uzasadniać, jak uczymy. Mógłby udowadniać, że owa nauka jest bardzo różnorodna, ale buzujące myśli bardzo go zmęczyły. Nie myśleć na ten temat dłużej nie będzie. Tylko jeszcze sobie uświadomił, że już tyle wie i chce wiedzieć więcej. I nie wie, co zrobić, aby członkowie jego ulubionej organizacji nie tylko myśleli podobnie, ale zdobywanie wiedzy i umiejętności wprowadzali na co dzień w czyn? Aby ten punkt starego, z minionej niesłusznej epoki jednak zagnieździł się w ich umysłach. Aby nie uleciał w niebyt wraz z ową epoką, do ideałów której już na pewno nie wrócimy.
Dh Mulin nie znalazł właściwego rozwiązania. Westchnął więc ciężko, zamknął komputer i poszedł pod prysznic.

Zabawmy się w literkę “q” (literki nr 1)

W marcu? O obozie? Tak, Mój Ulubiony Instruktor, po prostu Mulin usiadł przed komputerem i zaczął rozmyślać. Trzeba zacząć pisać plan pracy. Obiecał przecież całemu szczepowi przedstawić koncepcję programu jeszcze w marcu. A marzec się kończy. Siedział więc przed komputerem i wpatrywał się w klawiaturę.
Takie wpatrywanie w klawiaturę daje nieprawdopodobne efekty. Na przykład z lewej strony na górze jest literka „q”. Co ona tam robi? Taka nieużywana na co dzień. Może by ją jakoś wykorzystać? Obrzędowość niewykorzystanej litery? Mało. Może więc obóz nazwać „Quo vadis?” i zaproponować obrzędowość z pierwszego wieku naszej ery? Niech będzie rzymski. Z Neronowych czasów. Tu druhowi Mulinowi zaświtał cudowny pomysł: Będziemy na obozie organizować uczty dla kadry. Takie w stylu Poloniusza. Tylko czy harcerze będą potrafili wybudować odpowiednie leżanki, bardzo wygodne, aby głowa była lekko uniesiona, a całe ciało leżało swobodnie, w pozycji relaksacyjnej? Jak dobrze, pomyślał, że nasz 10 punkt Prawa jest zmodyfikowany, musimy być wolni od nałogów, więc w trakcie uczty będzie można beznałogowo napić się wina (oczywiście rozrzedzonego wodą, na modłę starożytnych). Wtedy przypomniał sobie liczne warsztaty, które w organizacji przeprowadza druhna E. Przecież taka uczta to dużo nagości i, nie daj boże, jakiś zły dotyk. Nie, wino winem, może być. A dotyk dotykiem - niedozwolony. Nie można pójść w tę stronę. Absolutnie.
No dobrze, ale może wymyślić coś dla harcerzy? Jakieś wyzwania? Wyobraźnia druha Mulina zaczęła pracować na najwyższych obrotach i gdyby ktoś siedział obok niego, przestraszyłby się, gdyż mój ulubiony druh krzyknął „Eureka!”. (Czy zauważyliście, że dh M. jest wielce edukowany? „Q” skojarzyło mu się z powieścią Sienkiewicza, pamiętał imię ważnego w tej powieści bohatera i znał obce słowo, zupełnie jakby wiedział, co odkrył Archimedes). Niestety dh M. nie przebywał w wannie, więc nie mógł w pełni naśladować słynnego Greka. Jego myśli pobiegły w kierunku Rzymu i aktualnych naszych obozowych problemów. Dwie pieczenie przy jednym ogniu! Zainscenizujemy wielki pożar Rzymu i przećwiczymy ewakuację obozu! Niech harcerze uciekają do jeziora wcześnie wyznaczonymi (oczywiście krepiną) ścieżkami ewakuacyjnymi. Tylko czy jest sens palić cały las? Może tylko kawałek? Może tylko jakiś namiot? Druh M. się zamyślił. A jeżeli moja rada obozu zdecyduje, że to ma być mój namiot? Ja się będę z godnością ewakuował, a tam spłoną wszystkie moje najważniejsze papiery. Mulin się zamyślił. To chyba nie będzie dobry pomysł. Nie, pożaru Rzymu nie będzie.
Ale ale, już wiem! – na twarzy Mulina zakwitł uśmiech. Będziemy mieli katakumby! Będziemy je budować od pierwszego dnia obozu. Wykopiemy znakomite, najlepsze na świecie, umocnimy je lepiej niż okopy budowane przed I wojną światową na Linii Maginota. Będziemy mieli miejsca pełne tajemnic, miejsce prawdziwej harcerskiej służby, miejsce, gdzie odbywać się będą mogły nasze cudowne, ważne w naszej organizacji obrzędy. I najważniejsze! Wreszcie będziemy mieli miejsce łączący piękne z pożytecznym. Tam będą pracować wszyscy, którzy coś na obozie przeskrobali. Karniaki do katakumb! Och, jakie to będzie piękne!
Druh M. zaczął sobie przypominać dawne karniaki. Te drobne, jak przysiady i pompki. Te średnie, jak mycie garów i przy okazji menażek kadry i te poważniejsze, jak stanie przez trzy godziny pod masztem z ciężkim plecakiem na plecach. To było takie niemądre. Kopanie katakumb. Tak, to jest to. Darujemy sobie ucztę u Poloniusza, darujemy pożar Rzymu, ale katakumby przeważają! Musimy na obozie bawić się w literkę „q”, w „Dokąd zmierzasz?”. To będzie świetna zabawa!

Janusz

Druhu Januszu, druhu harcmistrzu, druhu komendancie!
Odszedłeś w wieku 61 lat na wieczną wartę, pozostawiłeś nas, wszystkich tych, którzy Cię znali od lat w smutku i żałobie. W hufcu ZHP Warszawa Praga-Południe byłeś przede wszystkim znany jako ojciec znakomitego instruktora harcerskiego, jako ojciec dorastającej córki związanej z harcerstwem oraz mąż harcerskiej instruktorki. Pamiętamy, że jesteście jedną w wielu rodzin naszej wspólnoty, bo wszak wasz związek to małżeństwo instruktorskie. Wiedzieliśmy także, że aktywnie współpracujesz z teatrem „Paradox”, że jesteś tam osobą niezbędną, gdyż bez takich osób jak Ty, tych zajmujących się techniczną stroną widowisk, żadne z nich nie mogłoby się odbyć. Wiedzieliśmy, jak temu środowisku jesteś bliski. Zdajemy sobie również sprawę, że zainteresowałeś się historią harcerstwa, działasz w zespole historycznym hufca i nawiązałeś kontakt z Muzeum Harcerstwa.
Druhu Januszu, cały czas zdawaliśmy sobie sprawę, jak wiele czasu poświęcałeś pracy społecznej, choć ostatnio stałeś w drugim szeregu naszych instruktorów, nie pracowałeś bezpośrednio z dziećmi i młodzieżą, nie meldowałeś się na zbiórkach, apelach, nie było Cię widać w hufcu czy szczepie. Jednak taka praca, spokojna, mrówcza, była nam, naszemu środowisku bardzo, bardzo potrzebna. Bo bardzo potrzebni są wśród nas tacy jak Ty.
Dziś, gdy Cię nie ma, interesujemy się Twoją przeszłością. Czterdzieści lat temu byłeś drużynowym zuchowym, jeździłeś z druhem Romanowskim do Ocypla. Potem, po latach także dzięki Tobie budowane były na Kaszubach bazy Szczepu „31” w Gołubiu i w Stężycy. A gdy odszedł od nas do lepszego ze światów komendant „31”, podjąłeś się pełnienia funkcji szczepowego. Wybierano Cię do chorągwianej komisji rewizyjnej, byłeś jej przewodniczącym, w hufcu byłeś także namiestnikiem harcerskim… Dziś widzimy, że miałeś bardzo ciekawą i bardzo długą drogę instruktorską!
Zapamiętamy Cię jako dobrego, zawsze uśmiechniętego, spokojnego, rozsądnego człowieka. Przyjaznego ludziom, chętnego do udzielania im pomocy. Ogromny żal, że odszedłeś tak wcześnie. Miałeś przecież tak wiele do zrobienia…
Druhu Januszu, za Twój wieloletni trud, za Twoją instruktorską służbę zostałeś pośmiertnie odznaczony przez Przewodniczącego ZHP Krzyżem Za Zasługi dla ZHP.
Januszu, spotkamy się na niebieskim, już innym harcerskim szlaku, czekaj tam na nas, a dziś odpoczywaj w spokoju.
Czuwaj!
PS To napisane przeze mnie pożegnanie zostało wygłoszone przez przedstawiciela Komendy Hufca w trakcie pogrzebu hm. Janusza Gzyla.