Adam Czetwertyński

Harcerstwo (183) Kuchnia (22) Kultura (266) Polityka (37) Pożegnania (26) Szkoła (74) Varia (104)

April, 2019 w archiwum

Antygona w “Pieśni Kozła”

Pieśń kozła - pamiętacie, że uczyliśmy się o niej na lekcji polskiego, gdy omawialiśmy początki antycznego dramatu? Dowiadywaliśmy się wtedy, że chór towarzyszył uroczystościom na cześć boga Dionizosa. Ten właśnie chór, którego członkowie zakładali na siebie skóry zwierzęce, by upodobnić się do satyrów, nazwano koźlim. W efekcie, od owych pieśni kozła, śpiewanych przez chór, narodziła się nazwa tragedia (tragos to po grecku kozioł, oda - pieśń). Przepraszam za szkolny i niezwykle uproszczony wywód, ale uświadomienie sobie, że wrocławski teatr “Pieśń Kozła” to po prostu teatr “Tragedia” może być informacją znaczącą.
Tak, prezentacja Sofoklesowej “Antygony” przez ten teatr jest głęboko umotywowane. Pokazywanie jako dzieła oryginalnego (w znaczeni odkrywczego, nowatorskiego) też. Odbiór jest jednak trudny i interpretacja poszczególnych części (a widowisko składa się z trzech różnych materii) za każdym razem inna.
Część pierwsza to “Antygona” pokazana jako tragedia króla - Kreona. Można tak oczywiście przeczytać Sofoklesa. Dlaczego nie? Ale nikt mi nie powie, że umieszczenie aktorów za siatką, jakby w obozie koncentracyjnym, a zatem zastosowanie najbardziej prymitywnego symbolu jest dobrym pomysłem. Tragizm bohaterów - wybór jakże trudny dla obu stron konfliktu symbolizować drutem kolczastym? I na nic tu dźwięki, muzyka, na nic krzyki rozpaczy, gdy patrzymy na aktorów za siatką. Pewien znajomy, z którym rozmawiałem w czasie przerwy, powiedział, że najciekawsze w całym tym prawie godzinnym widowisku było wymienienie chłopca, który tradycyjnie prowadził ślepego wróżbitę - Tejrezjasza - na nagą dziewczynę. Skromne to i nieco smutne.
Dalej było już ciekawiej. Operowy chór, śliczna wiolonczelistka i kilkunastoosobowy zespół współczesnego, nowoczesnego tańca. Śpiewali (po angielsku) teksty, które były powiązane wspólną myślą o tamtych i dzisiejszych czasach. Ot, myśli mądre, ale nie to było ważne, lecz połączenie doskonałej muzyki (ta wiolonczela!) z genialnymi głosami i świetnym tańcem na pograniczu teatru baletowego. To było znakomite. Gdzieś zaczynaliśmy rozumieć, dlaczego autorzy spektaklu nazwali go “Anty-Gone”. W tym “gone” słychać przeszłość, taką mało udaną. Teatr “Pieśń Kozła” znany jest z owej przepięknej muzyki. A tu zostaliśmy zaatakowani na dodatek niebywałym obrazem.
Część trzecia, wszak to tryptyk, nie powala. Wykorzystana koncepcja chóru związanego z tańcem. Ponoć to miał być dyskurs dwojga bohaterów. Na końcu pojawia się czerwona farba, którą opryskano tancerzy. No tak, jak był obóz koncentracyjny, to jeszcze trzeba było wzmocnić go pointą z czerwonej farbki. Taka to nowoczesność. Ale niech tam. Z powodu części drugiej warto pójść na tę dziwną “Antygonę”, która by zachwycała, gdy jednak (wbrew większości widowni) nie do końca zachwyca.

Wierszalin

Bardzo sobie cenię ten teatr działający od lat w podbiałostockim Supraślu. Chyba niegdyś o nim już pisałem. Działalność Piotra Tomaszuka jest imponująca. Jego teatr ma charakter, jak to określam, totalny. Prawdziwy teatr oddziałujący na wszystkie nasze zmysły. To jest imponujące.
Ucieszyłem się, że dyrektor Warszawskich Spotkań Teatralnych zaprosił “Wierszalin” do Warszawy w ramach cyklu poświęconego pamięci teatru Grotowskiego. Ucieszyłem się, bo świadczy to to także, że obaj panowie dyrektorzy potrafią się porozumieć na płaszczyźnie doświadczeń teatralnych, odkładając (czy w niepamięć?) dawne zgrzyty i niesnaski. W Teatrze Dramatycznym “Faust” w wizji Tomaszuka. Faust przegrany.
Faust od początku, gdy zawiera pakt z Szatanem, jest przegrany. Jego marzenie o młodości i o posiadaniu kobiet (kobiety?) nie spełni się. doprowadzi do nieszczęścia. Nie tylko Małgorzaty, co dość realistycznie pokazane jest w przedstawieniu. (Ta Małgorzata bardzo przypomina nam Ofelię, zresztą odniesień szekspirowskich, może ze względu na tragizm postaci, wydaje się więcej). W drugiej części widowiska na scenie mamy budowaną i zbudowaną szubienicę. Na niej wiesza się w ostatniej scenie tytułowy bohater. Wiesza do góry nogami. Bo w “Fauście” wszystko jest na opak. Szatańska pomoc, szatańska zmysłowa miłość, zdrada, śmierć dziecka. Nic nie jest logiczne, a może właśnie z tego wynika jakaś szatańska logika.
Publiczność (ileż na widowni osób, które znają się na teatrze!) długo oklaskuje aktorów. Ale czy ten teatr dla wybranych może wpływać na nas, przeciętnych widzów? Widzów nie znających treści dramatu Goethego? widzów nie rozumiejących tych szmat, ziemi, symbolicznej czaszki, ognia… Trudno, trudno oceniać teatr dla elit. Ale niech on trwa, niech gra jak najdłużej. Niech owe elity zmusza do myślenia o teatrze dla zwykłych zjadaczy chleba.
Uzupełnienie
Dwa tygodnie wcześniej “Wierszalin” pokazał warszawskiej publiczności “Dziady”. To ich widowisko zbudowane na treściach III części. To też przedstawienie dla wybranych. I z tej wizji Gustawa-Konrada, poety-wieszcza wynika dla widza jeden nieco smutny wniosek. Ten Mickiewicz napisał bardzo długą, bardzo nudną Wielką Improwizację. Dlaczego pozostaje mi w pamięci ten monolog? Dlaczego nie pieśni, interesująco wykonane, dlaczego nie tragedia młodego Rolisona? Albo tragedia wileńskiej młodzieży? dobre, bardzo dobre, nie żałuję, że wyprawiłem się na daleką Białołękę, aby “Dziady” obejrzeć. Nie żałuję. Tylko dlaczego ten Mickiewicz nie zachwyca? A przecież zgodnie z tezami Gombrowicza zachwycać ma obowiązek.
PS A w przypadku końcówki “Fausta” zamiast tragicznych jego słów cały czas brzmiało mi w uszach marzenie Gobrowiczowskiej Albertynki. Ten Gombrowicz ma na mnie ogromny wpływ.

Na Nalewkach

Wyobrażacie sobie przedstawienie, które jest grane dziewiętnasty rok? Ja sobie tego nie wyobrażałem aż do chwili, gdy trochę przypadkowo znalazłem się w Teatrze Żydowskim na właśnie takim spektaklu. Środa, prawie pełna sala, oglądamy “Kamienicę na Nalewkach”. To widowisko w stylu zmarłego przed pięcioma laty dyrektora Szymona Szurmieja. Nic dziwnego, był on współscenarzystą i współreżyserem “Kamienicy”. Na czym polega ów styl? Bierze się nieco piosenek, nieco żydowskich dowcipów, skleca wątłą fabułką - słowem wiążącym poszczególne fragmenty i już mamy przedstawienie. No jeszcze jakiś ruch sceniczny. Najlepiej zatańczyć jakiś tradycyjny taniec a na koniec “Szalom Alejchem…”. Cały zespół może śpiewać, a widownia mu towarzyszyć.
Dlaczego takie przedstawienie jest tak długo grane? Dlaczego ono tak się podoba? Bo wykonawcy? Czy dlatego, że tak dobrze śpiewają (gorzej im idzie z opowiadaniem dowcipów). Czy dlatego, że mamy możliwość oglądania fragmentu świata, którego już nie ma i już nie będzie? A może każde widowisko muzyczne będzie się cieszyć dużą popularnością? Jednak chyba ów sentyment do nieistniejącego świata jest najważniejszy. Bo na widowni średnia wieku (w większości pań) to jakieś 70 lat. Rzadko spotyka się taką grupę. No, może jeszcze w kościele.
Lubię takie widowiska. Właśnie dlatego, że przybliża nam to swoisty miejski folklor Warszawy międzywojennej. Ale nie lubię ich, bo brakuje tego, co na przykład prezentowane jest w “Skrzypku na dachu” - opowieści o narodzie. O jego prawdziwych problemach. I nie musi to być wspomnienie z czasów II wojny światowej. Czy rzeczywiście dowiadujemy się choć trochę, jak żyło się Żydom w minionych latach w kamienicy na Nalewkach? Chyba nie. Najważniejsza jest knajpa. Czy tak tam się mieszkało? Nie wiem i wiedzieć po wyjściu z teatru wiedzieć nadal nie będę. Może to także wynika z faktu, że widowisko zostało znacznie skrócone, co najmniej o 15 minut. Nie wiem.
Cóż, gdy znów będę miał okazję wpaść do Teatru Żydowskiego, na pewno nie powiem “nie”. W dodatku że sam teatr staje się dziś coraz bardziej nowoczesny, staje się prawdziwym, normalnym teatrem repertuarowym. Tu powinienem na przykład opowiedzieć coś o “Aktorach żydowskich”, ale może to przy jakiejś innej okazji. Bo tych kameralnych, interesujących przedstawień na małej scenie widziałem więcej.
PS Oczywiście wiem, że od 1991 r. grane jest “Metro”. Już ponad 27 lat. A lat 27 to więcej niż 18. Wiem, wiem, ale to całkiem inna historia.

K…, k…, konsultacje (literki nr 6)

Mój Ulubiony Instruktor podjął wielkopomną decyzję. Wyjdzie z domu i wypije kawę w kawiarni. Teraz kawiarnie są pełne pięknych starych kanap i foteli. Dlaczego nie wykorzystać możliwości, jakie daje mu dzisiejsze miasto? Czy fotel ma być tylko fotelem domowym? Ubrał się więc cieplutko, założył czapeczkę (bo kto wie, czy jakieś wiatr nie zawieje znienacka?) i powędrował w świat. Sam tego nie wymyślił, do pójścia do kawiarni został zmobilizowany.
Zaprosiła go druhna Wysokiego Szczebla, która miała do dh. Mulina jakąś prośbę. Co prawda realizacja jakichś próśb nie jest ulubioną czynnością dh. Mulina, ale czego się nie robi dla niektórych druhen. Pomińmy drogę do kawiarni, pomińmy myśli i pomysły druha M., jakie tradycyjnie mu się kłębiły i nieco z mózgu parowały. Niech już wejdzie do kawiarni, niech uśmiechnie się radośnie, następnie niech zobaczy uśmiech na ustach (i w oczach) druhny WS. No i oczywiście niech jeszcze zamówi kawę.
- Nie wiem, czy wiesz, ale szykujemy w Związku nieprawdopodobne zmiany, wprost rewolucyjne – zaczęła druhna i znów się uśmiechnęła. - Wyobraź sobie, naszych dwudziestu sześciu wspaniałych instruktorów przez ostatnie pół roku pracowało i wreszcie przedstawiło nam projekt nowatorskiego dokumentu. To “Wsparcie metodyczne i programowe kadry w Związku Harcerstwa Polskiego” – oczy druhny zabłysły jak dwie gwiazdki. – Wyobrażasz sobie, to nowe wsparcie zastąpi dotychczasowe, jakim były „Zasady wspierania programowo-metodycznego drużynowych w ZHP”. Ta nowa instrukcja nie będzie zawierała rozdziału poświęconego Odznakom Kadry Programowej!!! – Entuzjazm druhny WS dosięgnął zenitu, a właściwie kawiarnianego sufitu i o mało go nie przebił.
- I wyobraź sobie, że to nie koniec naszych sukcesów. Konsultujemy też regulaminy mian kadry wspierającej. Rozumiesz? Te miana określają stopień kompetencji kadry w zakresie zagadnień wspierających działanie wychowawcze organizacji, takich jak np. promocja, finanse, zarządzanie majątkiem. Są stopniowalne i mogą być ścieżką rozwoju zarówno kadry wspierającej, jak i wychowawczej w zakresie kompetencji specjalistycznych. Miana oparte są o Mapę Kompetencji. To nowe narzędzie, dzięki niemu nasza kadra wspierająca będzie już wiedziała, czy jest kompetentna, czy nie.
Druhna o mało się nie zachłysnęła z zachwytu nad sprawnie płynącym z jej ust potokiem słów. A oczy druhny błyszczały już nie jak dwie gwiazdy, lecz dwa słoneczka. – I to nie koniec! – prawie wykrzyknęła druhna Wysokiego Szczebla, aż dwóch przytulonych do siebie chłopaków odsunęło się od siebie. – Mamy jeszcze propozycje zmian w Mapie Kompetencji. Pamiętasz, Mapa jest narzędziem tworzonym przez specjalistów, wspierającym indywidualny rozwój kadry w zakresie kompetencji specjalistycznych, mających na celu wsparcie procesu wychowania prowadzonego w gromadach i drużynach. Kolejne poziomy rozwoju według Mapy Kompetencji oznaczają coraz wyższy poziom wiedzy i umiejętności z danej dziedziny!!! Rozumiesz, jakie to wspaniałe?
- Mulinku, mój drogi – druhna już była znacznie spokojniejsza. – Przeczytasz? Zrecenzujesz? Ocenisz? To kluczowe dla nas dokumenty, najistotniejsze, najważniejsze… Chcemy, aby były one doskonałe…
Dh Mulin spojrzał na swój kubek z kawą i zobaczył w nim dno. To smutne. To dno. Mulin spojrzał w oczy druhny Wysokiego Szczebla i skinął głową.

Opcja “0″ (literki nr 5)

Dh Mulin niechętnie sięga do tekstów zawieszanych w internecie. Tyle tam wiadomości, tyle informacji. Plotki, memy, newsy prawdziwe i nieprawdziwe, newsy o neutralnej treści i newsy trujące mózg mową nienawiści. Wierzyć w to, co tam w tym internecie napisane? Nie wierzyć? Jak żyć?
No tak, dziś nikomu wierzyć nie można. To taki dzień, że gdy Mój Ulubiony Instruktor zaczynał pić swą ulubioną filiżankę kawy, zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem Złe Moce Dzisiejszego Dnia nie zamieniły tej kawy w herbatę. Szaleństwo pierwszego kwietnia..
Pomimo to postanowił jednak sięgnąć, a właściwie zobaczyć, co jego Ulubiony Redaktor wymyślił tego dnia i zawiesił w internecie. Zobaczył i zamarł z zachwytu. Nie zachwycił się komentarzami pod żartem Ulubionego Redaktora, bo były one mało dowcipne. Zupełnie nieżartobliwe. Jakby niektórzy instruktorzy połknęli kij i na baczność zaczęli się zastanawiać omawiając jakieś nieistotne szczegóły z otoczki owego Redaktorskiego żartu. A idea, myśl była prosta: Rada Naczelna likwiduje swoje i swoich poprzedników uchwały, doprowadzając w dopuszczalnym przez radę zakresie do realizacji uchwały zjazdu ZHP o opcji „0”. Uff! Jakiż to piękny i mądry żart, pomyślał dh Mulin pijąc kawę, która już nie udawała herbaty i zaczęła mu smakować (tfu, tfu) jak czekolada.
- O jejku, jejku – jęknął. Hufce nie będą wiedziały, kiedy mają się u nich odbyć zjazdy i komendanci będą teraz kierować swymi komendami do końca świata, a nawet jeden dzień dłużej. Pomyślał chwilę i zmienił zdanie – wszak zjazdy hufców, co mamy zapisane w statucie, odbywają się co cztery lata. To może coś tu w tymże statucie zamieszać i niech hufiec decyduje, kiedy ma mieć swój zjazd?
A co z ulubioną druha Mulina Indywidualną (dużymi literami) Ścieżką Rozwoju? Czy już teraz instruktorzy nie będą się rozwijać? Oj, straszne. Tylko Mój Ulubiony Instruktor nie zna ani jednego instruktora, który taką ścieżkę sobie opracował. Czyli ścieżka jest, a jakby jej nie było. To może dobrze, że jej nie będzie. A co z równie ulubionym Kodeksem Instruktorskim?
Dh Mulin postanowił jednak zgłębić ten temat głębiej, bardzo głęboko. Popatrzył na ostatnie uchwały, te, które jego Ulubiony Redaktor jednym zapisem własnego komputera dowcipnie zlikwidował. Na przykład tę w sprawie strategii do roku 2025. Zjazd ochoczo strategię zaakceptował i od roku jest z nią kłopot. Teraz mamy mechanizm wdrażania i plan taktyczny realizacji. Piękne załączniki do uchwały. A gdyby tak (dh Mulin aż się zląkł własnej myśli) wyrzucić tę strategię do kosza i rozwijać się bez niej? Czy hufcom i chorągwiom nie zależy na wszechstronnym rozwoju? Zależy. To może bez tych wskaźników byłoby łatwiej?
A co teraz zrobimy z uchwałą dotyczącą tych, którzy wracają do naszej ulubionej organizacji? Taką styczniową? Oj, kłopot. Może wykorzystać wprost zapis z Systemu Stopni Instruktorskich? Bez dodatkowych interpretacji? Da się? Nie da. A wszystko przez tych, którzy nie płacą składek członkowskich. No i jak tu stosować opcję (jak „O”) zero (jak „0”)?
- Ale, ale… - to buzowanie myśli bardzo męczyło dr. Mulina – uchwała w sprawie opcji „0” nie dotyczy nowej biurokracji naszej pięknej organizacji. Dotyczy przeszłości. A nowa biurokracja, nowe wytyczne, przepisy, regulaminy wymagałyby nowej uchwały. Nowego papieru, nowej dyskusji. Miało być prościej, a jest coraz trudniej. Ciekaw jestem, pomyślał Mój Ulubiony Instruktor, co wymyśli zespół pracujący przy modyfikacji wymagań na stopnie harcerskie. Czy też będą wskaźniki? Procenty? Nowatorskie rozwiązania? A może jednak coś (jak to miało być w opcji „0”) będzie uproszczone?
Dh Mulin sięgnął po swój ulubiony napój, który znów smakował jak ulubiony napój. Uprościć działanie na każdym ze szczebli jego organizacji. Jak to by było pięknie. Czy dałoby się żyć bez Kodeksu Instruktorskiego lub Indywidualnej Ścieżki rozwoju? Bez strategii i skomplikowanych sposobów jej realizacji? Czy dałoby się żyć? Dh Mulin ciężko westchnął, zamknął oczy i zagłębił się głęboko w swych przepastnych myślach. Bez (…cenzura wewnętrzna) nie razbierjosz, jak mówią nasi sąsiedzi ze Wschodu. Po chwili w pokoju dh. Mulina usłyszeć można było lekkie pochrapywanie.