Adam Czetwertyński

Harcerstwo (197) Kuchnia (25) Kultura (274) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

April, 2019 w archiwum

Ś, czyli święta… (literki nr 8)

Mój Ulubiony Instruktor wreszcie ma odrobinę wolnego czasu, Nie, żeby go wcześniej nie miał, ale teraz ów wolny czas ma oficjalnie. Zbliżył się niespodziewanie kolejny długi weekend i druh Mulin postanowił przeznaczyć go na słodkie nicnierobienie. Dwie czerwone kartki w środku tygodnia. Pysznie. Dwa święta? A czy któreś z nich jest świętem obchodzonym hucznie w jego ulubionej organizacji? Kiedyś, dawno temu, był to 1 maja, później preferowany zaczął być 3. A już całkiem niedawno zachęcano członków niewielkiej organizacji druha Mulina, aby czcić 2 maja jako Święto Flagi. Musiało być smutno temu 2 majowi – tkwić tak bezużytecznie między ważnymi dwoma dniami. I co? Nawet tu czy ówdzie ten dzień jest obchodzony. Czyli gdyby tak ocenić, jest to święto tak na 50%.
Usiadł Mulin w swym ulubionym fotelu (znów coś ulubionego, trzeba się z tym pogodzić) i zaczął się zastanawiać, kiedy to jeszcze jego (tfu, tfu…) ulubieńcy mają swoje święta. Niedawno były imieniny Jerzego – tak, dzień świętego rycerza na koniu pokonującego smoka obchodzony był uroczyście w męskiej części organizacji. Dzień jakoś nieco zapominany. Ot, drugie święto na 50%.
Za to stuprocentowym świętem jest Dzień Myśli Braterskiej. Wszyscy członkowie Związku, nie bacząc, że to przecież dzień dziewcząt, obchodzą go, choć zupełnie inaczej niż chciała lady BP. Gdzie ten pens, gdzie ta (dziś polska) złotówka, zarobiona na wspólny światowy cel? Czy więc to prawdziwe święto? Czy takie z lekka oszukiwane? Powiecie, świat się zmienia. To prawda. Ale obszary biedy na świecie nadal są ogromne. I dobrze by było dołożyć swoją cegiełkę do polepszenia innym życia.
Jeszcze jakieś nasze święto? Tak, tak. Mój Ulubiony Instruktor zapadł się głębiej w fotelu. To 1 sierpnia. Święto stuprocentowe. Najważniejsze. I niech tak zostanie. Lubimy i chcemy obchodzić rocznicę naszej narodowej klęski. Co ciekawe, ponieważ to środek lata, w mieście stołecznym Warszawie święto chorągwi obchodzone jest w rocznicę kapitulacji powstańców – na samym początku października. Co najmniej dziwne.
O ile rozsądniejsze byłoby czczenie rocznicy powołania podziemnej organizacji druha Mulina na początku wojny. W dodatku że tego samego 27 września również jest rocznica zorganizowania zaczątków polskiego państwa podziemnego. Ładne święto, ale znów obchodzone na 50%.
I jest jeszcze jedna data, też świąteczna – dzień, kiedy ukazał się pierwszy rozkaz Andrzeja M. 15 maja. To symbol. Niektórzy twierdzą, że od tego dnia zaczęła istnieć ulubiona organizacja (choć jeszcze skautowa) druha Mulina. Co, wpiszemy kolejne 50%?
I kto jeszcze powie, jak traktować dzień 15 lipca, ten grunwaldzki, ten od Zawiszy Czarnego. Wspominać ów dzień, nie wspominać? Ważny? A może nie? No dobrze, wpiszmy znów 50% święta.
Dużo tego. Druh Mulin się zamyślił. Jak te wszystkie nasze świąteczne dni traktować? Bo to tylko cząstka. Ile jest jeszcze świąt regionalnych!!! I są święta państwowe. Stuprocentowe, pięćdziesięcioprocentowe… To jak? Świętować? Nie świętować? Mulin westchnął, zamyślił się jeszcze głębiej i po chwili nad fotelem usłyszeć było można leciutkie pochrapywanie…

Tragedia Płatonowa

Pisać o dramacie Czechowa? O jakości gry aktorskiej młodych studentów Akademii Teatralnej? O reżyserii Moniki Strzępki? Scenografii i kostiumach? A może o fakcie, że dla współczesnego przeciętnego widza czterogodzinne przedstawienie jest zdecydowanie za długie? Co wybrać do oceny? Jakim tematem szerzej się zająć? “Płatonow” - jeden z tych dramatów, w których zawarte są wartości uniwersalne, ale też pokazana jest rosyjska “dusza” ludzi błądzących, ludzkich marzeń i nadziei. Może dlatego tak lubimy oglądać “Trzy siostry” czy “Wiśniowy sad”. Wydaje mi się, że gdy popatrzymy na te utwory, gdy słuchamy dysput bohaterów, może się wydawać, że rzecz jest o jednej rodzinie, o tej samej społeczności. Dla widza Czechow to Czechow. Tu mamy rzecz o dobrym człowieku. naprawdę dobrym. Nie chce nikogo skrzywdzić. Walczy i przegrywa. Ale przegranych w dramacie Czechowa jest więcej. Bo kto tu wygrał? Nikt.
To trochę trudne - wystawiać dramat wyłącznie przez studentów, dramat, w którym występują bohaterowie różnych pokoleń. Nie wystarczy dokleić wąsy, by dwudziestodwuletni młodzian stał się pięćdziesięciolatkiem. To kłopot, tym razem nie najlepiej zrealizowany. Bo jeżeli te wąsy rażą, nie jest dobrze. I co jeszcze nie zachwyca? Scenografia. Rozumiem, że ma być nowocześnie, Ale te ścierki symbolizujące ściany. Ale te skrzyniotrumny, z których wyłaniają się bohaterowie (kukiełki?). Ta szafa raz będąca rzeczywiście szafą, ale zazwyczaj zwykłymi drzwiami… Nie, to nie to. Ginie przez to ów nastrój, któremu chcielibyśmy się poddać. Na początku mamy wyświetlane na tych szmatach didaskalia. To jakiś pomysł. Pokazać widzowi, że pełna prezentacja utworu wymaga jednak modyfikacji. Tekstu także - ten pomysł ze skrzypcami zamienionymi na pianino. Świetny. Kostiumy też nie zachwycają. Są, jakie są. Choć nie da się ukryć, że zróżnicowanie wyglądu czterech kobiet Płatonowa było dobre. Sukienka Marii (plus okulary!) znakomita.
Oglądałem dwa przedstawienia ostatniego roku AT. Grali słabiutko. Może na przykład zabawa w czasach antycznych ich przekraczała? Bo tu ekipa była niezła. Dobry Płatonow, dobra Sasza. Trochę dziwny Żyd grany przez dziewczynę, taka sobie Anna. Ale w sumie wypadło to nieźle. Może Monika Strzępka potrafi młodych aktorów właściwie poprowadzić?
Tylko te cztery godziny… Jakoś przeżyłem. I dotrwałem do końca. Bo do końca warto było dotrwać.

W, czyli wódz skautowy (literki nr 7)

Mój Ulubiony Instruktor, rozkosznie zwany przez niektórych Mulinem, w sobotę, tydzień przed Wielkanocą, wziął udział w interesującym instruktorskim spotkaniu. Po powrocie do domu usiadł w swym ulubionym fotelu i zaczął się zastanawiać, czy warto o spotkaniu pisać, oceniać je, chwalić dyskutantów i dyskutantów ganić. Nie, o spotkaniu ani słowa - po co komuś się narazić. Zacznie się dyskusja, a tej Mulin boi się jak ognia. Wymaga aktywności, a przecież wygodniej jest siedzieć w fotelu i popijać kawę. Druh Mulin zdecydował więc, że zajmie się drobnym, ale kluczowym dla działalności jego ulubionej organizacji problemie, jakim jest harcerski, skautowy, autentyczny wódz. Sprowokowała go (jednak, jednak) wypowiedź jednego z instruktorów, snującego mądre refleksje na tymże spotkaniu.
Pomyślał, fakt - niechętnie, że teraz będzie myślał historycznie. Przypomniał sobie (a nie był Słoniem Trąbalskim), że dawno, dawno temu, jeszcze przed II wojną światową, gdy książki i broszury harcerskie mnożyły się jak grzyby po deszczu (a dziś zobaczyć to naocznie możemy dzięki reprintom wydawnictwa “Impuls”) i gdy Juliusz Dąbrowski wymyślił trzyletni “Wyścig pracy”, harcmistrz Adam Czyżewski napisał książeczkę “Na tropie wodza harcerskiego”. Kim jest dla instruktorów działających przed laty harcerski wódz? Czy to komendant hufca? Chorągwi? A może po prostu drużynowy? Nie, wodzem harcerskim, którego trzeba wychowywać, którego trzeba bezustannie kształcić, jest zastępowy! Tak, chodzi o wodza, kierującego swymi 5-8 harcerzami. Czyżewski pisze: “Wychowanie wodza zaczyna się w zastępie, najniższej komórce ruchu harcerskiego. Zastęp jako środowisko, w którym tworzy się harcerska dusza chłopca i rodzi się harcerski światopogląd, odgrywa w tworzeniu się indywidualności wodzowskiej rolę podstawową”. Mulin przeczytał te słowa i zastanowił się głęboko. Fakt, tylko głęboko Mulin umiał się zastanawiać. Najważniejszy wódz to zastępowy… Ciekawe.
W “Na tropie wodza…” autor pisze o bardzo szeroko rozumianym harcowaniu, obozowaniu, próbie dzielności, światopoglądzie, kształceniu metodycznym itd., itd. Nie pada jedno niezwykle ważne słowo, kluczowe dla owego zastępowego, tego, który ma w perspektywie zostać harcerskim instruktorem. Nie pada jedno ważne słowo “autorytet”. Przeczytał niegdyś Mulin tekst o braku w harcerstwie instruktorów posiadających autentyczny autorytet. Autorytet na poziomie Głównej Kwatery. Czy nie jest to tak, że ów autorytet musi budować młody, a później coraz starszy wódz harcerski przez całe życie? I dlatego w niektórych środowiskach harcerstwo funkcjonuje jakby w środku wulkanu. Oj, ileż takich wulkanów Mulin już się naoglądał… Brakuje ludzi z autorytetem, którzy potrafiliby demokratycznie porozumiewać się i demokratycznie kierować różnymi jednostkami harcerskimi. Tak - wódz z autorytetem. Ale pada tu ważne inne słowo - demokracja. I nieco inny problem. Na literkę “d”. Ile problemów z tym wodzem…
Mój Ulubiony Instruktor siedział w swym ulubionym fotelu i myślał (jak wiemy, myślenie nadal jest ulubioną czynnością Mulina), jakby to było pięknie, gdyby pracowały zastępy, szkolili się młodzi wodzowie i ci wodzowie mieli iwiedzę i umiejętności, i na dodatek autorytet. Mulin zamyślił się i po chwili z jego fotela zaczęło dochodzić cichutkie pochrapywanie. No bo ile można myśleć? Nie przesadzajmy…

Beethoven na Wielkanoc

To był już 29 Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena. Najpierw krakowski, po kilku pierwszych latach przeniesiony do Warszawy i trwający w swojej monumentalnej wielkości jednego z największych (największego?) festiwali muzycznych w Polsce. O festiwalu pisałem już nie raz. Co roku Elżbieta Penderecka ze swym stowarzyszeniem organizuje festiwal, który oczywiście jest festiwalem stołecznym, ale melomani z innych miast też mają szansę słuchać znakomitej muzyki w bardzo dobrym wykonaniu, bo koncerty odbywają się też w kilku innych miastach. Co roku myślę - jest za długi, całe dwa tygodnie. Jest za kosztowny. I, jak dla mnie, jest za drogi. Przepraszam, gdy były czasy, kiedy dostawałem zaproszenia na kilka koncertów - biegałem na wszystkie. Przy okazji można było spotkać (przede wszystkim na przerwach) interesujące osoby. Dziś nie wydaje mi się, abym powinien wydawać średnią krajową emeryturę na tę samą liczbę koncertów. Nie mówiąc o tym, że nie śmiałbym wślizgiwać się do saloniku VIP-ów, aby sobie z jednym czy drugim znajomym porozmawiać. Dlatego (a również dlatego, iż równolegle trwały Warszawskie Spotkania Teatralne - człowiek się nie rozerwie) byłem tylko na jednym koncercie - tym kończącym festiwal.
Co roku ten wielkopiątkowy koncert jest szczególny. Wielokrotnie to “Requiem” różnych kompozytorów: Mozarta, Haydna, Dworaka, Verdiego, Brahmsa, Berlioza… Który z wielkich kompozytorów nie skomponował mszy żałobnej? W tym roku to “Requiem wojenne” Benjamina Brittena. Orkiestra i chór Filharmonii Narodowej, Warszawski Chór Chłopięcy, trójka wybitnych wokalistów i dyrygent Jacek Kaspszyk. Znakomici wykonawcy, świetne wykonanie. A sam utwór - protest przeciw wojnie - znaczący. Z jednej strony tekst (poza tym biblijnym) powstał po pierwszej wojnie, zaś z drugiej strony muzyka - wojnie drugiej. Utwór ważny , monumentalny, dobrze się go słucha. I jak dobrze, że organizatorzy, jak to w operze, wyświetlali nam tłumaczenie tekstu w języku polskim. O ile lepiej odbiera się cały utwór, gdy wiemy, na jaki temat śpiewa solista lub chór.
Kolejny festiwal za nami, za rok, gdy bilety może będą tańsze, na pewno wybiorę się na kilka beethovenowskich koncertów. Ale to za rok.

Antygona w “Pieśni Kozła”

Pieśń kozła - pamiętacie, że uczyliśmy się o niej na lekcji polskiego, gdy omawialiśmy początki antycznego dramatu? Dowiadywaliśmy się wtedy, że chór towarzyszył uroczystościom na cześć boga Dionizosa. Ten właśnie chór, którego członkowie zakładali na siebie skóry zwierzęce, by upodobnić się do satyrów, nazwano koźlim. W efekcie, od owych pieśni kozła, śpiewanych przez chór, narodziła się nazwa tragedia (tragos to po grecku kozioł, oda - pieśń). Przepraszam za szkolny i niezwykle uproszczony wywód, ale uświadomienie sobie, że wrocławski teatr “Pieśń Kozła” to po prostu teatr “Tragedia” może być informacją znaczącą.
Tak, prezentacja Sofoklesowej “Antygony” przez ten teatr jest głęboko umotywowane. Pokazywanie jako dzieła oryginalnego (w znaczeni odkrywczego, nowatorskiego) też. Odbiór jest jednak trudny i interpretacja poszczególnych części (a widowisko składa się z trzech różnych materii) za każdym razem inna.
Część pierwsza to “Antygona” pokazana jako tragedia króla - Kreona. Można tak oczywiście przeczytać Sofoklesa. Dlaczego nie? Ale nikt mi nie powie, że umieszczenie aktorów za siatką, jakby w obozie koncentracyjnym, a zatem zastosowanie najbardziej prymitywnego symbolu jest dobrym pomysłem. Tragizm bohaterów - wybór jakże trudny dla obu stron konfliktu symbolizować drutem kolczastym? I na nic tu dźwięki, muzyka, na nic krzyki rozpaczy, gdy patrzymy na aktorów za siatką. Pewien znajomy, z którym rozmawiałem w czasie przerwy, powiedział, że najciekawsze w całym tym prawie godzinnym widowisku było wymienienie chłopca, który tradycyjnie prowadził ślepego wróżbitę - Tejrezjasza - na nagą dziewczynę. Skromne to i nieco smutne.
Dalej było już ciekawiej. Operowy chór, śliczna wiolonczelistka i kilkunastoosobowy zespół współczesnego, nowoczesnego tańca. Śpiewali (po angielsku) teksty, które były powiązane wspólną myślą o tamtych i dzisiejszych czasach. Ot, myśli mądre, ale nie to było ważne, lecz połączenie doskonałej muzyki (ta wiolonczela!) z genialnymi głosami i świetnym tańcem na pograniczu teatru baletowego. To było znakomite. Gdzieś zaczynaliśmy rozumieć, dlaczego autorzy spektaklu nazwali go “Anty-Gone”. W tym “gone” słychać przeszłość, taką mało udaną. Teatr “Pieśń Kozła” znany jest z owej przepięknej muzyki. A tu zostaliśmy zaatakowani na dodatek niebywałym obrazem.
Część trzecia, wszak to tryptyk, nie powala. Wykorzystana koncepcja chóru związanego z tańcem. Ponoć to miał być dyskurs dwojga bohaterów. Na końcu pojawia się czerwona farba, którą opryskano tancerzy. No tak, jak był obóz koncentracyjny, to jeszcze trzeba było wzmocnić go pointą z czerwonej farbki. Taka to nowoczesność. Ale niech tam. Z powodu części drugiej warto pójść na tę dziwną “Antygonę”, która by zachwycała, gdy jednak (wbrew większości widowni) nie do końca zachwyca.

Next Page »