Adam Czetwertyński

Harcerstwo (197) Kuchnia (25) Kultura (274) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

May, 2019 w archiwum

Wiesiek

I znów taka sama wiadomość. Odchodzi kolejny instruktor harcerski, z którym na co dzień pracowałem/współpracowałem kilka dobrych lat. I o którym od lat myślałem, jak o wielu innych, że byłoby dobrze się z nim spotkać, przypomnieć dawne czasy. Wypić kawę. Porozmawiać o starych znajomych.
Z Wieśkiem pracowaliśmy w “Drużynie” w latach osiemdziesiątych. Była to końcówka poprzedniego ustroju, gdy cała prasa harcerska była wydawana przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą. Zmiany ustrojowe to między innymi likwidacja MAWu, a więc w roku 1990 staliśmy się bezrobotnymi. Nasze drogi się rozeszły. Ja zacząłem organizować dział wydawniczy w Głównej Kwaterze, a gdzie rozpoczął pracę Wiesiek? Nie wiem.
“Drużyna” była trzema autonomicznymi miesięcznikami. Szefową była Jola, Wiesiek jej zastępcą. Nie wtrącali się do tego, jak redaguję “Drużynę - Na Tropie”. I do dziś jestem im (a teraz oboje przeszli do tego lepszego ze światów) wdzięczny. To naprawdę, wierzcie mi, najlepsza cecha szefów - nie przeszkadzać w wykonywaniu codziennej pracy. Wiesiek i Jola przyszli do naszego pisma z “Motywów”, byli od lat zaprzyjaźnieni.
Wiesio był tak samo długo instruktorem, jak ja. Tyle że on wychował się w Hufcu Warszawa Ochota, w “21″, na Ochocie był instruktorem zuchowym, jakiś czas namiestnikiem, był też komendantem Hufca Śródmieście. Opowiadał o prowadzonych przez siebie obozach. O harcerskiej służbie. Wiesiek pracował też w Głównej Kwaterze. Ja, instruktor z Pragi-Południe i Wydawnictwa Harcerskiego byłem w zespole “Drużyny” nieznany. I nie da się ukryć, że między innymi dzięki Wiesiowi nowy dziennikarz, jakim wówczas byłem, poczułem się w tym towarzystwie jak w cudownej harcerskiej rodzinie.
W nekrologu jego prawdziwa rodzina napisała, iż był dziennikarzem harcerskim. To prawda. Wiesiek znał się na dziennikarstwie. Znał się na harcerstwie. Nie pisał tak wiele jak ja, był za to doskonałym organizatorem naszej wspólnej pracy. Bardzo dobry zastępca Joli, która nami kierowała. Wiesiek był też szefem ówczesnej mutacji młodszoharcerskiej “Drużyna - Propozycje”.
Nie da się ukryć - czas pracy w “Drużynie” to był także czas naszej powoli odchodzącej młodości. Może dlatego bawiliśmy się też tak ochoczo w naszej redakcyjnej niewielkiej ekipie? Często z Wieśkiem na czele, który był człowiekiem tak radosnym. Bawiliśmy się w redakcji w starym budynku, dziś chyba przeznaczonym do remontu przy Prostej (Rondo ONZ). Bawiliśmy się w Załęczu, na wyjeździe do Berlina, w “Perkozie”… jak to było, że wszyscy w kilkuosobowej redakcji bardzo się lubiliśmy. A teraz nasz mały zespół znów się zmniejszył. Żal.
PS W czasie uroczystości pogrzebowych podszedł do mnie D. - przyjaciel Wieśka - i powiedział: - Wiesz, ostatnio Wiesiek mówił, że bardzo chciałby się z tobą zobaczyć. Chciałem znaleźć kontakt do ciebie, ale jakoś mi się nie udało. - Cóż, na tym świecie już się nasze spotkanie nie odbędzie.

I znów Płatonow

Chyba przed miesiącem pisałem o “Płatonowie” wystawionym w Akademii Teatralnej. Spektakl nie zachwycał - był po prostu długi i dobry. I to wystarczyło, abym spróbował porównać go z drugim “Płatonowem”, granym w Teatrze na Woli pod tytułem “Kilka scen z życia”. Kilka scen, a zatem wybór, a zatem fragmenty z długiego materiału, jakim jest pierwszy, można powiedzieć młodzieńczy, nieopublikowany za życia Czechowa dramat. Dramat to niedoskonały, ale nie mnie oceniać braki Czechowowskiego utworu. Ważne, co dyrektor Słobodzianek zaakceptował do pokazania widzom swego teatru. A zaakceptował przedstawienie dziwne. Ot, taką opowiastkę o prowincjonalnym rosyjskim Don Juanie. Cztery kobiety, które chcą być z Michałem/Michaiłem Płatonowem. Czy przedstawienie skrzy się erotyzmem tych kobiet, od których opędza się główny bohater? Nie. Ot, trochę krzyku, trochę machania rękami. Jakiś monolog Anny, chyba najgorzej prezentującej się z całej obsady. Wysoko postawiony głos (to piszczenie razi), dziwaczna peruka. Nie, to nie jest seksowna wdowa, która, choć bankrutka, chciałaby i mogłaby kupić Płatonowa.
Pieniądze, które odgrywają tak ogromną rolę w tragedii, tu są problemem trzecioplanowym. Nie ma przecież w przedstawieniu tych, którzy te pieniądze posiadają. Ale jeżeli ma być pokazany nieudacznik-wiejski nauczyciel, który staje się tak ważny dla czterech kobiet, to wycięcie wątków finansowych nie dziwi. I na tej wsi, zimą, gdzie bohaterowie boso chodzą po “śniegu” pokazywane są uczucia, emocje, frustracje i tragedie naszych bohaterek. A Płatonow opędza się od nich, ma dosyć własnej żony, którą po swojemu kocha, od naiwnej Marii i nawet jeżeli podporządkowuje się dawnej kochance z czasów studenckich, to czyni to poddając się jej. I tylko tyle. Bierność Płatonowa, miłość kobiet. Czy o to chodziło autorom “Kilku scen…”?
I do klęski tego przedstawienia dochodzi dziwaczna scenografia (te “płatki śniegu” - jakiż to kicz) i męcząca muzyka. Zawsze mi w takich przypadkach żal aktorów, którzy muszą się męczyć mając świadomość, że ich praca będzie niedoceniona. Bo napracowali się, biedacy, a efekty słabiutkie. Zagrają jeszcze ze dwa razy i będą o swych rolach mogli zapomnieć.
A z “Płatonowa” można zrobić dobre przedstawienie, nawet jeżeli ma to być “Wioskowy Don Juan”. Można.

Tak daleko a tak blisko

Wyobrażacie sobie? W Grodnie poprzednio byłem 20 lat temu. 20 lat! Lucynka, rodowita grodnianka, zapraszała mnie wielokrotnie. Ale najpierw coś mi nie pasowało z terminem, potem wprowadzono wizy, jeszcze później jakoś nie miałem zapału… I przyszedł ten dzień, przekroczyłem granicę Białorusi. Bezstresowo! Jako turysta udający się do strefy bezwizowej. Nazywa się ona “Kanał Augustowski”. Jadę pociągiem, wychodzę na peron w Grodnie, szybka odprawa celna i już jestem na placu przed dworcem. Zadziwiająca ta normalność. Optymistyczna.
Hotel, taki największy w mieście, ponoć kupili Chińczycy. Będzie miał dużo gwiazdek i nie będzie na kieszeń przeciętnego turysty. Hotel pana Siemiaszki w samym centrum też imponuje. Ponoć dziś najdroższy w mieście. Ale w rzeczywistości imponuje coś innego. Poczucie, że znajduję się w niewielkim europejskim mieście. Bo to nieistotne, że miasto ma 360 tysięcy mieszkańców - jest niewielkie. Co z tego, że Nowy Zamek jest pięknie odremontowany, w jego wnętrzach mieści się dobre powiatowe muzeum. Co z tego, że istnieje “szczyt świata”, z którego obejrzeć można panoramę miasta, jeżeli ów szczyt znajduje się na piątym piętrze jednego z budynków przy miejscowym deptaku. Ot, niewielkie miasto, do którego jednak chce się wrócić. Chce się wrócić, bo miasto jest czyste, zadbane, w nocy rozświetlone. Bo są normalne kawiarnie i restauracje, a dla turysty to ważne miejsca. A w tych kawiarniach czyste toalety. Bo osoby, z którymi turysta ma kontakt (tu wyłączyć trzeba panie w podrzędnym hoteliku, które żyją w minionej rzeczywistości), są uśmiechnięte, starają się cię zrozumieć. Ze zrozumieniem języka polskiego jest nieźle. W odbudowywanej synagodze przewodnik stara się mówić po polsku a panie w sklepiku po prostu po polsku mówią. W restauracji kelner także mówi po polsku, kelnerka w kawiarni przynosi menu w naszym języku (i przeprasza, że ceny w tym polskim menu są nie do końca prawdziwe). To mi się podoba.
Przejście się po miejscowym deptaku to duża przyjemność. Na deptaku sporo stoisk z pamiątkami. Takie, jak gdzie indziej - wyroby z drewna, szkła, coś z biżuterii, obrazy na różne tematy, jakieś wyroby papiernicze, jakiś len czy bawełna… No i jeszcze dla mnie niespodzianka - wszędzie można płacić kartą. Nie trzeba wymieniać złotówek czy dolarów na białoruskie ruble. Nie wiedziałem, że była denominacja. Że teraz taki rubel to około dwóch złotych. Ceny jak w Polsce. Tańsze są produkty, którymi się nie interesowałem - alkohol, papierosy. W pociągu powrotnym nasi celnicy przepytywali podróżnych, co wiozą w bagażach. Padały odpowiedzi: “Litr alkoholu”, “Dwie butelki wódki”. Aż mi było głupio, gdy powiedziałem: “Nic”.
Nie wiem, muszę to sprawdzić, czy jako turysta “bezwizowy” mogę pojechać do Nowogródka czy nad Świteź (ach ten Mickiewicz). Ale samo Grodno warte jest poznania. Tylko muzeum Elizy Orzeszkowej jest zamknięte w weekendy. Jak taki niedzielny turysta ma czegoś się więcej dowiedzieć o jednej z najwybitniejszych grodnianek?
Wizyta na Białorusi nie może pozostać bez jednego komentarza. Zachodzą w tym mieście zmiany, zmiany na lepsze. Ale pozostaje nadal duch dawnej epoki: pomnik Lenina, tablica Dzierżyńskiego, czerwona gwiazda na wieży Nowego Zamku. Te symbole, których w Polsce od dawna nie ma. Choć cieszy, że nie ma już pomnika Czapajewa.
Czy warto jechać na taką wyprawę? Spędzić w pociągu sześć godzin? Tak, na pewno tak. Bo to przecież wcale nie tak daleko.

Ognisko, czyli drugi raz “o” (literki nr 10)

Popatrzył Mulin przez okno. Świat jakiś zamulony. No nie, zamglony. Czy tak, czy inaczej, wychodzić się na dwór nie chce. Mój Ulubiony Instruktor, nawet gdyby świeciło słońce, i tak wyjść by nie chciał. Ale pozwólmy mu myśleć, że mogłoby być inaczej. Mulin popatrzył i przypomniał wtedy sobie ogniskowe obozowe ciepełko, bijące z rozżarzonych drew. Tak, usiadłby przy ognisku i pośpiewał kilka ulubionych piosenek jego ulubionej organizacji. W jego ulubionej nie największej organizacji ogniska jakoś ostatnio wyszły z mody. Nie wiedzieć dlaczego znani mu harcerze uważają codzienne ogniska za coś dziwnego, jakby z innej epoki. - No tak - Mulin aż krzyknął z zachwytu nad własnym intelektem - przecież właśnie mamy inną epokę! - Dzisiaj harcerze - znajomi druha Mulina organizują ogniska “obrzędowe”, takie ze strażnikami ognia, obrzędowym rozpoczęciem, harcerskimi piosenkami… i ogniska “zwykłe”, gdzie się pląsa, wygłupia i na których nie trzeba mieć mundurów. - Ale, ale… - mózg Mulina pracował na najwyższych obrotach - w czasie tych “obrzędowych”, aby nie było nudno, też harcerze pląsają a na tych “zwyczajnych” drużynowy wygłasza gawędę. To czym się one różnią? Mundurami? I dlaczego na tych “obrzędowych” ma być nudno? Zastanawianie się nad współczenymi wersjami ognisk, których i tak jest jak na lekarstwo, bardzo zmęczyło druha Mulina. Na dodatek za oknem zaświeciło od dawna oczekiwane słońce. Mulina zawsze bawiły ogniskowe tradycje. Ta powaga, to “rycerskie” mianowanie strażników. Nie, to nie dla niego. Co więc było takiego, że Mulin lubił siedzieć przy codziennym obozowym ogniu? Czy tylko to ciepełko? Nie, chyba nie tylko to ciepełko. Po prostu członkowie jego organizacji śpiewali. Śpiewali godzinami, śpiewali z gitarą i bez. Nie mieli w ręku drukowanych śpiewników, czasami któryś z nich - zazwyczaj obozowy biszkopt - miał zeszyt ze spisanymi piosenkami. Ale to była rzadkość. Mulin zamyślił się. Niegdyś potrafili śpiewać godzinami bez śpiewników a dziś nie potrafią? Co się stało? Pamięć członków ulubionej niewielkiej organizacji osłabła? A może, nie wiedzieć dlaczego, już teraz na zbiórkach się nie śpiewa? A może na obozach, gdy jest brzydka pogoda, nie siadają harcerze w namiotach-świetlicach i nie uczą się nowych piosenek? A może zwyczaj obozowy: “Każdego dnia nowa piosenka, czyli mamy naszą piosenkę dnia” odszedł do lamusa? A może wszystko razem i jeszcze kilka innych powodów spowodowało prawie że upadek normalnych codziennych ognisk? Bo jeżeli członkowie jego małej organizacji mieliby się codziennie nudzić, to po co ich zanudzać?
Przyszły nowe czasy w jego niedużej organizacji. Śpiew stał się niemodny. Siedział Mulin w swym ulubionym fotelu i zamiast przysypiać, zaczął sobie podśpiewywać ulubione piosenki Bułata Okudżawy. I te antywojenne, i te o Moskwie. I o przyjaźni, a tę o ostatnim trolejbusie zaśpiewał nawet dwa razy. I nadal marzył o prawdziwym ognisku, prawdziwym ogniu i jego wymarzonej niewielkiej organizacji.
PS Mulin spojrzał do kalendarza. Jakiż piękny dzień! “Rozkazowy”. Niektórzy uznali, że to początek istnienia jego niewielkiej organizacji. Czy nie powinien więc zacząć myśleć na zupełnie inny temat? Nie, myślenie na dwa tematy to by była przesada. Niech już zostanie myślenie o niebieskim trolejbusie, ognisku i Okudżawie.

“I” jak instrumenty metodyczne (literki nr 9)

Druh Mulin nie lubi wstawać ze swojego ulubionego fotela. Szczególnie, gdy pije kawę. Na fotelu można spokojnie rozmyślać, nie trzeba tracić kalorii i przemieszczać się z miejsca na miejsce. Niestety Mój Ulubiony Instruktor popełnił kolejny w swym życiu błąd i nie tylko opuścił swój fotel, ale nawet swój dom. Postanowił przy pięknej słonecznej pogodzie obejrzeć sobie, o zgrozo!, zbiórkę drużyny harcerskiej. Bo błędem jest, by teoretyk, za jakiego się Mój Ulubiony Instruktor uważa, zajmował się czymś tak przyziemnym, jak zbiórka prawdziwych harcerzy z jego ulubionej organizacji. Ale zostawmy Mulina na boku, zajmijmy się zbiórką, którą oglądał. Pogoda była piękna, druhna drużynowa estetyczna (nie wiedzieć, dlaczego Mój Ulubiony Instruktor woli, gdy ma do czynienia z estetyczną druhną, a nie z niedomytym druhem w niedopranym mundurze). Na zbiórce harcerzy spora gromada, przyboczni też się pojawili. Druhna miała ze sobą trzy busole, jakieś mapy, ołówki, papier i dużo innych niewątpliwie na zbiórkę przygotowywanych materiałów. Oj, terenoznawstwo, pomyślał druh Mulin, zaraz każą mi biegać po lesie, a do najbliższego lasu ze dwa kilometry. - Nie, nie - uspokoiła Mulina estetyczna druhna drużynowa. - To będzie zbiórka na szkolnym boisku. - Mulin odetchnął, bo jego ulubiony fotel i las to straszny kontrast. Jednak pomyślał chwilę. - Na boisku? Terenoznawstwo na boisku? - Mulin swym przenikliwym umysłem sam doszedł do wniosku, że pomimo wszystko, lepiej by było, gdyby ta zbiórka była w lesie. Patrzy, a tam już druhna stoi otoczona gromadką podopiecznych.
- Dziś będziemy mieli zbiórkę o terenoznawstwie. Terenoznawstwo to ważna technika harcerska… - Wiemy!!! - wykrzyknęli harcerze. - Zorganizujemy trzy zastępy. - Jak to trzy, jak mamy cztery! - znów wykrzyknęli harcerze i popatrzyli na siebie. - Połączymy dwa najmniejsze - ogłosiła drużynowa. - Nie, nigdy, przenigdy, my z nimi nie chcemy!!! - wrzask młodych gardeł było słychać nie tylko na boisku, ale pewnie na kilku sąsiednich ulicach. - Ale widzicie, mam tylko trzy busole. Muszą być trzy zastępy. - Mulin wpatrywał się ze zdumieniem w drużynową. Czy metoda harcerska już nic nie znaczy? Ale Mój Ulubiony Instruktor nie mógł zbyt długo wpatrywać się w estetyczną drużynową. Gra się zaczęła. Bo ta zbiórka to przede wszystkim gra. Na rogach boiska stała kadra. Zastępy przemieszczały się od jednego do drugiego przybocznego, którym pomagała dwójka harcerzy starszych. Od nich harcerze otrzymywali zadania: wyznaczali azymuty, rysowali szkice i pracowali na mapie. Druh Mulin postanowił wykorzystać wolną chwilę estetycznej drużynowej i zapytał: - Pewnie te zajęcia z terenoznawstwa harcerze zaliczają na stopień? - Nie, my stopni nie zdobywamy, może na obozie - To pewnie zdobywają jakąś sprawność związaną z terenoznawstwem? Będziecie organizować im zawody na orientację i muszą lepiej poznać mapę i wyznaczanie azymutów? - Nie, ta zbiórka to zbiórka z terenoznawstwa. Tak po prostu. - Druh Mulin, który bardzo chciał znaleźć się na swoim ulubionym fotelu z filiżanką kawy w ręku, zamyślił się. Bo czy warto zadawać pytania, jeżeli uzyskuje się odpowiedź “nie”? Ale zaryzykował. Ciekawość przeważyła: - A jakie zadania zespołowe ostatnio były zrealizowane w drużynie? - Zadania zespołowe? Nie. Ja z przybocznymi przygotowuję zbiórki. One są naprawdę ciekawe. - Cóż, Mulin jeszcze się dowiedział, że w ciągu minionych dziewięciu miesięcy ani jeden członek drużyny nie złożył przyrzeczenia i że to jest dobra drużyna, lepsza niż inne w hufcu. I po głowie druha Mulina, który nie był praktykiem, bo jak na fotelu być praktykiem, zaczęły latać dwa słowa: “instrumenty metodyczne”. I zaczął się zastanawiać, czy na pewno uczestniczy w zbiórce drużyny harcerskiej. Zastanawiał się, co on tam robi. Po co tam się znalazł. Aż doszedł do jednego możliwego wniosku: Pojawił się na tej zbiórce, by poznać estetyczną druhnę drużynową. I umówić się z nią na kawę, aby porozmawiać z nią o instrumentach metodycznych. Instrumentach na literę “i”.

Next Page »