Adam Czetwertyński

Harcerstwo (188) Kuchnia (24) Kultura (271) Polityka (37) Pożegnania (27) Szkoła (74) Varia (105)

June, 2019 w archiwum

Śpiewak jazzbandu

Zapowiadał się drugi “Skrzypek na dachu”. Zasadniczy problem - wybrać tradycję, dotychczasowe obyczaje, kochającą i kochaną rodzinę, czy też stać się człowiekiem nowoczesnym, zrywającym z dawnym życiem i odchodzącym w przeszłość światem. Czy wybrać marzenia i nieznaną nowoczesność. W skrócie - to wybór między synagogą a sceną teatru czy nocnego klubu. Proste. Tą nowoczesnością, jakby kontynuacją dziejów Tewje Mleczarza - już w Ameryce, nie jest gojowska dziewczyna, lecz muzyka - jazz.
Punkt wyjścia jest więc prosty, akcja toczy się też zgodnie ze schematem. Tu ojciec, zmuszający syna do zostania kantorem w synagodze - tam estrada, sukcesy, nawet kosztem zmienienia swego nazwiska i udawania czarnoskórego artysty. Konflikt znany jak świat i, powtórzmy, banalny aż do przesady. Ale zawsze aktualny, nawet i dziś. Jeżeli do banalnego, jednak życiowego scenariusza dodamy muzykę i piosenki, powinno z tego objawić nam się piękne widowisko, godne do wystawienia na scenie warszawskiej “Romy”.
I nie udało się. Oklaskujemy artystów, bo cóż możemy innego uczynić, ale z jakąś rezerwą, nie tak spontanicznie, jakby po widowisku muzycznym można by się spodziewać. Co się takiego stało? Wokaliści poprawni, niekiedy nawet dobrzy. Grają na normalnym poziomie (ten odsłuch, te mikrofony zawsze utrudniają grę). Orkiestra gdzieś z tyłu sceny robi, co może (a gra na żywo zawsze jest atrakcyjna). tańczący zespół. Budowane napięcie i zmiana nastrojów. Więc co się wydarzyło? Wydaje mi się, że teksty piosenek i muzyka, która do tego przedstawienia została skomponowana. Jeżeli nie zachwyca, to nie zachwyca. I jeżeli nie jestem zachwycony, to nie jestem. Banalne dialogi przeżyję, wiedziałem, że takie przedstawienia nie będzie zawierało głębokich myśli. Scenografia jest, jaka jest. Marna, ale niech tam, nie będę marudził. Ale to, co miało być hitem sezonu, jest słabiutkie i tym, owymi piosenkami miałbym się zachwycać? Nie, na pewno nie.
I to by było na tyle. “Śpiewaka jazzbandu” niech sobie w Teatrze Żydowskim grają. Bo przecież niejedno słabe widowisko jest w Warszawie grane. Trudno. A następnym razem życzę teatrowi lepszych autorów. Po prostu lepszych.

Street

Co takiego jest w restauracjach “Street”, że do nich wracamy jak bumerang? I to do obu - tej w “Arkadii” i tej w “Blue…”. W obu centrach handlowych jest tyle różnorodnych miejsc do jedzenia, a my jadamy w “Street’cie”. No nie, czasem próbujemy coś w restauracji balijskiej, czasem w “Wikingu”, bywa, że w jakimś barze indyjskim.. Trzeba przecież próbować, wybierać, sprawdzać. Ale po tej próbie następuje powrót. Zawsze.
Dla takich jak ja “piękno” tego obiektu nie zachwyca. Taki styl amerykańsko-motocyklowy. Na ścianach monitory, gdzie cały czas lecą głupie kręcone amatorsko gagi. A to panna młoda wpada do basenu, a to kotek wisi na kandelabrze. Śmiechu co niemiara. Więc to nie to. Karta długa, koszmarnie długa. Gdy się ją czyta, także potrafi zniechęcić. Jakim cudem w kuchni są w stanie przygotowywać tak wiele tak różnorodnych potraw? A jednak…
Cały urok “Streeta” polega na tym, że dostajemy zawsze, ale to zawsze, świeże, ciepłe, dobrze przygotowane danie. Świeża sałatka z dobrym dresingiem, dobry sos kurkowy do polędwiczek wieprzowych, naleśnik napełniony farszem takim, jak opisano go w karcie, kawałki piersi kurczaka z grilla rzeczywiście na tym grillu były przygotowywane. Nawet frytki są smaczne, choć pewnie są takie same, jak te, które są serwowane w pięciu barkach w tym samym centrum handlowym.
I jeszcze jedno - to miejsce nazwano restauracją, i słusznie, ale na zamówione danie nie czeka się godziny, jak w wielu miejscach mniej lub bardziej zbiorowego żywienia. Piętnaście minut i zamówioną potrawę mamy na stole. Jak oni to robią, nie wiem. Przypominam - karta jak stąd do Księżyca. Nie mogą mieć wszystkiego przygotowanego w formie półproduktów. To tajemnica kuchni. I niech tajemnicą kuchni zostanie. Ważne jest, że dostajemy w efekcie bardzo dobrze, bardzo smacznie podane jedzenie. A o to nam przecież chodzi.
PS Napisałem ten tekst, przeczytałem go i zauważyłem, że nie napisałem nic o cenach. A to przecież ważne. Ceny są, delikatnie mówiąc, umiarkowane. Może również dlatego obie restauracje (trzeciej z tej minisieci nie znam) są tak popularne i może również dlatego tam stosunkowo często bywam.
PS Dzień po napisaniu tego tekstu jadłem dość przypadkowo w “Street’cie” naleśniki po bułgarsku. To było bardzo dobre!

Trzy wieczory

Piątek
W Teatrze Współczesnym sala wypełniona w połowie. Co oglądamy? Groteskę? Tragedię? Komedię? A może przekaz polityczny na poziomie Orwellowskiej “Farmy zwierzęcej”? Rzecz o totalitaryzmie i jego upadku? O tym, że człowiek bywa słaby i mocny. Historia o panu Ein jest opowiastką dla 15-latków, którzy powinni uczyć się tego, czym jest zło, czym obłuda, czym sytuacja tragiczna, czym walka z wiatrakami. I dlaczego zwykli ludzie podporządkowują się tym silniejszym. Tylko czy w Teatrze Współczesnym nie można na przykład wystawić “Niemców” Kruczkowskiego. Sztuki poruszającej ten sam temat o wiele mądrzej? Pewnie dlatego, że Kruczkowski jakoś w tych czasach niemodny. Dlatego oglądamy dydaktyczną słabiznę. Nie, to był zły pomysł z wystawieniem tego dramatu.

Sobota
Na małej scenie Teatru Roma (dlaczego ona ciągle jest Novą?) Anna Sroka-Hryń śpiewa piosenki Edith Piaf. Tu salka wypełniona do ostatniego miejsca. I jeszcze kilka osób siedzi na schodach. Artystka jest popularna, sympatyczna, to niezła wokalistka. Tylko czy repertuar wielkiej (a właściwie niewielkiej) Francuzki jest dla niej najlepszy? Czy naśladowanie gardłowego śpiewu Piaf jest udane? Czy ta piosenka o miłości, o tragedii życia człowieka do nas przemawia? Wydaje mi się, że nie za bardzo. Mimo tej sympatii, tego znakomitego kontaktu artystki z publicznością. Wychodzę z teatru zadowolony, ale nie zachwycony. Może tyle wystarczy.

Niedziela
Gala otwarcia Festiwalu Mozartowskiego. Opera Kameralna dwoi się i troi, aby godnie kontynuować tradycję festiwalu. Już nie te czasy, kiedy mała skromna opera wystawiała wszystkie opery Mozarta. Choć za czasów poprzedniej dyrekcji był to cały kombinat operowy. Dziś ze skłądu dawnej WOK wyłoniły się dwie opery. Ta warszawska i kameralna jakby mniej reprezentacyjna. Ale festiwal organizuje z rozmachem, imponująco. W trakcie gali usłyszeliśmy fragmenty pięciu oper Mozarta, w tym najpiękniejsze arie z “Wesela Figara” i “Don Giovanniego”. Piękna muzyka, piękne wykonanie. Można spokojnie powiedzieć - piękny wieczór. I piękne zakończenie tygodnia. A może to jest już nowy tydzień?

B, czyli skąd te błędy (literki nr 11)

Książka harcerska. Co za radość. Usiąść w ulubionym fotelu i oddać się lekturze. Poczytać o dzielnych członkach niewielkiej organizacji. - Mój Ulubiony Instruktor, zwany druhem Mulinem, zaczął marzyć o sytuacji, w której tak lubi się znajdować. Dość przypadkowo wpadła mu w rękę ta niewielka książeczka. Harcerska. Dlatego wpadł w zachwyt, bo wpadanie przypadkowo przypadkowych książek nie zdarza się zbyt często. Ba, wpadanie nieprzypadkowo też się często nie zdarza.
Zasiadł więc Mulin tam, gdzie miał zasiąść. Wziął do ręki to, co miał wziąć i oniemiał. Co prawda i tak nie miał zamiaru z nikim rozmawiać, ale oniemienie było widoczne na jego twarzy. Bo Mulin oczom nie wierzył. Książka harcerska, jaką trzymał w ręku była ilustrowana. I na jednej z ilustracji pani grafik narysowała przystojnego drużynowego. Nałożyła na niego szarą bluzę mundurową, zawiesiła mu z ramienia sznur zastępcy komendanta hufca, zgrabnie narysowała we właściwym miejscu krzyż harcerski, ale podkładki pod krzyżem już nie. Oniemiały Mulin zaczął myśleć. Dlaczego ten babochłop - zastępca hufcowego nie jest instruktorem? O c o tu chodzi? Czy to wpływ jakiegoś genderu? Czy fakt, że wielu drużynowych nie jest instruktorami, tak właśnie w satyrycznym rysuneczku się przejawia? A może… a może…
No tak, Mulin zaczął sobie z lekka fantazjować, pewnie pani artystka nie była w harcerstwie, pani redaktor nie była harcerką, a obie dobrze chciały, żeby było ślicznie, a wyszło, jak wyszło. Oczywiście! Tak być musiało! Niewielka organizacja druha Mulina po prostu nie jest dziś powszechnie znana. Ludzie o niej powoli zapominają. Nawet jeśli wiadomo, że mundury są szare i zielone, kto by pamiętał w młodym pokoleniu, czy chłopcy mają chodzić w jednych czy drugich.
Mój Ulubiony Instruktor zamyślił się. Czy członkowie jego niewielkiej organizacji nie powinni coś w tej sprawie zrobić? Na pewno powinni. Ale jego marzenie o prawdziwej promocji harcerstwa chyba pozostanie tylko marzeniem. Przecież pani artystka mogłaby narysować druha drużynowego w mundurze czerwonym (tu Mulin przypomniał sobie, że w czasie jakichś bardzo oficjalnych uroczystości państwowych widział harcerzy w pięknych czerwonych kurteczkach). Czy więc nie lepiej, że drużynowy jest w szarym?
No tak, takie błędy będą się powtarzały. Po prostu będą.