Adam Czetwertyński

Harcerstwo (190) Kuchnia (25) Kultura (272) Polityka (37) Pożegnania (27) Szkoła (74) Varia (105)

July, 2019 w archiwum

Zjeść w Radzie Miasta

To nie jest proste. Znaleźć w mało znanym mieście miejsce, gdzie można dobrze i spokojnie zjeść obiad. Oczywiście można wchodzić do kolejnych gdańskich restauracji (a jest ich wiele i na ulicy stoją naganiacze - z ulotkami i bez). Można iść do sprawdzonego lokalu, a taki mamy. Wiadomo, że serować tam będą doskonałe potrawy. Ale znaleźć się tam po raz kolejny? Nie wypróbować kolejnego miejsca? Może jednak nie. Ale mamy internet i tam wszystko napisane. Nie tylko historia Wolnego Miasta Gdańska (okazało się, czy ktoś mógł mi to powiedzieć, że moje ulubione Kąty Rybackie też należały do Gdańska), ale i gdańskie miejsca zbiorowego żywienia. A internet podpowiada - idźcie do Rady Miasta. Budynek dawnego ratusza miejskiego, blisko dworca, blisko centrum, gdzie toczy się turystyczne życie miasta.
Wchodzimy do piwnicy. Ciemnej, dużej, z charakterystycznymi łukami. Otwarta kuchnia, widać brodatego szefa, który instruuje dwóch Ukraińców. Wyglądają na bardzo świeży restauracyjny narybek. Spokój, cisza. Głodny lud jeszcze nie wpadł do lokalu, który charakteryzuje się przede wszystkim ogromnym wyborem win i krótką kartą. Winami nie jestem zainteresowany, a fakt, że karta jest krótka, tylko o restauracji dobrze świadczy. Obsługuje nas jeden kelner, ale uważnie na jego pracę patrzy szefowa sali. Jest dobrze. Nie jem zupy botwinkowej, ale słyszę: - Jakaż to wspaniała zupa, jak dobrze doprawione ziemniaki. Coś przepysznego. - Ja tylko mogę zrecenzować kukurydzianego kurczaka. Kurczak jak kurczak, mógłby być chwilę dłużej grillowany. Skórki nie da się ze smakiem zjeść. Szkoda. Skórkę odkładam i ze smakiem jem mięso. Ale poza kurczakiem na talerzu są produkty, których nie je się codziennie. Jakieś zapieczone ziemniaki, które nazwano gratin i wyglądają jak ładne ciasteczka, pyszna salsa z papryki (a papryki za bardzo nie lubię) i marynowana, podane na ciepło grillowana kapusta rzymska. Razem - rewelacja.
I dlatego warto, ot, po drodze na dworzec, wpaść do Rady Miasta. Na pewno coś tam jeszcze innego smacznego podadzą.
PS Rozczulające są te prawdziwe słomki do napojów. Słomki ze słomy, jak za czasów mojej młodości. Do czego to już w ekologicznym Gdańsku doszło.

Szekspir pani Jandy

Ale zanim (symbolicznie) podniesie się kurtyna w gdańskim Teatrze Szekspirowskim, szok. Bo do dobrej kawy już się przyzwyczailiśmy, do dziwnej konstrukcji budynku też. Ale dlaczego te miejsca, które były stojące, teraz są siedzące? Dlaczego naiwnie kupiłem bilety na piętrze? Na miejsca, gdzie jakiś słup mi zasłania część sceny, gdzie siedzę na poduszce na podeście i oprzeć się mogę (a właściwie nie mogę) o nogi osoby siedzącej za mną. I ci na parterze rozparci w swoich fotelach. Oni to mają dobrze.
A pani Janda przygotowała dla nas poprawne letnie widowisko. Reżyserowanie Szekspira, także jego komedii, nie jest proste. Postaci dużo, ktoś się w kimś kocha, ktoś kogoś krzywdzi. Akcja niby prosta, ale śledzenie dość skomplikowanej akcji zawsze jest kłopotliwe. Jakieś przebieranki, jakieś nagłe niespodziewane wydarzenia… Krystynie Jandzie udało się wybrnąć z zagrożeń, jakie niesie za sobą “Jak wam się podoba”. Wszystko jest jasne, klarowne, zrozumiałe. To ten plus. A minusy?
No, może nie tyle minusy, ile zastrzeżenia. Któryś z aktorów nie do końca opanował rolę? Trudno. Któryś mówi niezbyt głośno odwrócony tyłem do publiczności? Da się przeżyć. Ale dwie sprawy warte są zauważenia. Czy niezbędna jest cały czas taka ekspresja? Nie tylko wyrażana głosem, ale i ruchem na scenie? To ciągłe bieganie w jakimś upojnym tańcu. To tempo, to machanie rękami? Czy czasem nie należy się nieco wyciszyć, aby bardziej realistycznie mówić o uczuciach? Bo przecież “Jak wam się podoba” to komedia o miłości, a właściwie o wielkich miłościach. I rzecz druga. Nie podobała mi się “scenografia” - ten pochyły podest, na którym męczyli się aktorzy. Pal sześć podest, dzięki niemu mieliśmy lepszą widoczność. Ale ten “śnieg” (wtedy rządzi zło), te kwiatki podświetlane w różnych kolorach (mamy do czynienia z dobrem). Fakt, w połowie widowiska jakoś się do tych podświetleń przyzwyczaiłem, już mnie nie raziło.
Po wyjściu z teatru gnębił mnie cały czas jeden problem. U Szekspira grali tylko mężczyźni (te żeńskie role chłopcy). Jak trudno było im realistycznie pokazywać kobiecość bohaterek, prawdziwe uczucia między młodszymi i starszymi parami. Tylko ta przebieranka dziewczyny w chłopaka była prosta. Ale dlaczego dwaj panowie (nawet jeśli jeden jest chłopcem grającym dziewczynę udającą chłopca) w sobie się zakochują? Dodatkowa Szekspirowska komedia pomyłek. Na szczęście ona już nas nie dotyczy.