Adam Czetwertyński

Harcerstwo (194) Kuchnia (25) Kultura (274) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

August, 2019 w archiwum

Czoczo

Pożegnaliśmy Czocza. Miał 40 lat. Przez ostatnie miesiące zbieraliśmy pieniądze na jego leczenie. Leży ich na koncie prawie 300 tysięcy złotych. Wpłaty od kilku złotych do 10 tysięcy. Na leczenie już ich Czoczo nie wykorzysta. Ogromny żal.
Siedzieliśmy i staliśmy w salce domu pogrzebowego koło Cmentarza Brudzieńskiego. Upał to mało powiedziane. Tropik w samo południe. Przed nami urna, zdjęcie, nieco kwiatów. Przed urną zmienia się asysta honorowa - nasi instruktorzy oddają cześć zmarłemu. Rodzina. W tłumie, który nie jest w stanie cały wejść do salki, wiele mundurów harcerskich. Ale “cywile”, a i ja do nich należę, to też harcerscy instruktorzy. Czoczo - członek Głównej Kwatery, Czoczo - człowiek “od wędrownictwa”, Czoczo lubiany, a także szanowany.
W trakcie pożegnań motyw nieczęsty na pogrzebach. Mówi się o zmarłym z uśmiechem i mówi o fakcie, że był uparty, że przekonywał do własnych racji, że potrafił dyskutować godzinami… I oczywiście, że był wspaniałym kolegą, przyjacielem. Ale także pracownikiem. Ale także synem , mężem i ojcem. Choć, i to też nietypowe - wśród zdań pożegnania pada uwaga, że Czoczo czuł, iż za mało kocha swe dzieci, że jakoś ich kochać jeszcze mocno nie potrafi. Te szczere wypowiedzi przy urnie są zupełnie nietypowe, ale jak dobrze, że właśnie w tym dniu padają.
Bo jawi się nam zmarły autentyczny. Radosny, zazwyczaj uśmiechnięty. Człowiek odnoszący sukces w życiu. Człowiek, przed którym, wydawało się rok temu, że ma przed sobą kilkadziesiąt lat szczęśliwego życia. Stąd pretensje do losu. Bo do kogoś trzeba mieć pretensje. Dlaczego właśnie on? Tyle przecież miał do zrobienia…
Czocza znałem słabo. Aktualne Wędrownicze Watry to już nie mój harcerski świat. Ruch wędrowniczy bardziej znam z lektur niż z czynnego w nim uczestniczenia. W Głównej Kwaterze przed laty mijaliśmy się na korytarzu. A i przed rokiem jako członek Głównej Kwatery jeszcze Czoczo nie rozwinął skrzydeł. Lecz gdy słuchałem o nim wspomnień, nic mnie nie dziwiło. Augustów, który ukochał, wędrownictwo, początkowa aktywność w GK. O wszystkim wiedziałem. Może był on tak aktywny, tylko się o nim mówiło?
Żegnaj, Czoczo. Może jednak spotkamy się, jak w piosence, którą śpiewaliśmy, na niebieskich połoninach…

Trzej panowie M

Festiwal Singera zainaugurowany. Coroczne warszawskie spotkanie z kulturą żydowską i kulturą inspirowaną tradycjami, muzyką, historią tego narodu od lat gromadzi setki widzów, a czasem uczestników warsztatów lub dyskusji. Jak zwykle na tym festiwalu - dla każdego coś dobrego. A na początek wieczorny koncert tria w składzie: Masecki, Markowicz, Młynarski. Sala teatru “Kwadrat” (jestem tam po raz pierwszy w życiu, wcześniej byłem w tym miejscu w kinie “Bajka”) wypełniona po brzegi. Siedzimy wsłuchani w melodie dwudziestolecia międzywojennego powstałe na użytek teatrzyków rewiowych, występów w restauracjach czy kolejnych płyt. W większości piosenek i melodii nieznanych. Nie dziwmy się - z estrady Jan Młynarski co chwila rzuca tekstem: - On napisał bardzo wiele, jego twórczość była bardzo duża. - I padają kolejne nazwiska, oczywiście te, które znamy, jak Mariana Hemara czy Jana Brzechwy. I takie, które są mi obce, jak Zygmunta Białostockiego.
Siedzimy wsłuchani w przedwojenne melodie i przyznajemy Młynarskiemu rację, gdy mówi, że w tamtych latach prawie wszyscy muzycy i autorzy tekstów to Polacy pochodzenia żydowskiego. Jednak Młynarski z uporem, bardzo świadomie mówi: - To Polacy, to polska twórczość, polskie melodie. Fakt, między nimi znajdzie się nuta tradycyjna, może (?) pochodząca z kultury żydowskiej. Ale czy jesteśmy w stanie powiedzieć na sto procent, co w danej piosence jest rosyjskie, co polskie, co żydowskie? A gdy słuchamy tanga, nie będziemy źródeł melodii poszukiwać. Przecież to jest tylko tango…
Trio jest znakomite. Może najgorzej wypada w tym gronie Młynarski, bo on także opowiada o twórcach tekstów i melodii. I czyni to z pewnym trudem. Ale nic to. Ważne, że w ucho wpada nazwisko Goldów (bo jest ich dwóch), nazwisko Szlechtera (oj ten ślicznie wykonany “Srulek”) czy Warsa. Śpiewa Młynarski nadspodziewanie dobrze, starając się artykułować poszczególne słowa zgodnie z dawną manierą piosenkarską. To ciekawy pomysł. Wyśpiewać to prawdziwe “ł”.
Miło spędzony wieczór. Z dobrą, ciekawą, uroczą, śmieszną przedwojenną polską piosenką. Naprawdę miło spędzony.

Oni są dobrzy

Ponad dwa tygodnie spędziłem w naszym hufcowym ośrodku kolonijnym w Ocyplu. Przed laty nazwano go Słoneczną Republiką. Z tą republiką to nie do końca była prawda. Wszak kierował nią przez lata nasz Komendant, który do współdecydowania o losach zuchowej republiki rzadko dopuszczał swych instruktorów. Słońce częściej docierało do ośrodka, ale nie ukrywajmy - Kociewie to rejon, gdzie deszcze jakoś częściej padają, niż w innych rejonach kraju. Ośrodek budowano i zbudowano dla naszych zuchów, których w trzech turnusach w czasie jednego lata przebywało około 500. Dziś bywa ich w Ocyplu mniej, ale wraz z polskimi zuchami z Białorusi było ich tym razem około 200.
Zajmowałem się białoruskimi malcami, które nie zawsze rozumiały, co się im po polsku mówi. Ot, uczyłem ich naszego języka, gdyż Polacy na Białorusi są zazwyczaj zrusyfikowani i ich językiem domowym jest język naszych (i ich) wschodnich sąsiadów. To ciekawe doświadczenia, ale nie o nich będę pisał. Po prostu, jakby przy okazji uważnie patrzyłem na naszą, naszego hufca, zuchową kadrę. Opinie o niej krążą różne. Jednak nie będę tu wchodził w szczegóły. Po prostu muszę jednoznacznie stwierdzić: - Oni są dobrzy.
I nie jest tu miejsce, aby oceniać organizację kolonii, jej program i obrzędowość. Oceniam młodą (w większości) kadrę. Bo zainteresowany byłem, jaki był tejże kadry (i tej młodszej, i tej nico starszej) stosunek do dzieci. Spokojnie mogę napisać, że cechy, które prof. Kotarbiński pięknie ujął w sformułowaniu “opiekun spolegliwy”, dotyczą naszych zuchmistrzów. Większość z nich nie przeczytało (niestety) “Antka Cwaniaka”, ale od druha Cwankiewicza nie byli gorsi. Na serio bardzo dobrze opiekowali się zuchami.
Tak, z dzieckiem trudnym (niezależnie od tego, jakie są powody niedostosowania dziecka do pracy w grupie) poradzić sobie tu i ówdzie nasi młodzi wychowawcy nie umieli. Ale pamiętać trzeba, że takiemu dziecku trzeba poświęcić wyjątkowo dużo uwagi, ot, posadzić obok niego odrębnego wychowawcę. A na to nikogo nie stać. Takich wychowawców, którzy zajmowaliby się jednym zuchem, nie ma.
Ale nie narzekajmy na trudne zuchy. Powtórzmy. Kadra ma właściwy stosunek do zuchów a zuchy są radosne i czasem rozbrykane. Jest dobrze. Po prostu dobrze.