Adam Czetwertyński

Harcerstwo (194) Kuchnia (25) Kultura (274) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

September, 2019 w archiwum

Przerwana cisza

Dobrymi chęciami jest piekło brukowane. Właściwie tym banalnym zwrotem mógłbym zakończyć ocenę nowej produkcji Warszawskiej Opery Kameralnej. A wszystko zapowiadało się tak pięknie. Nowa scena - ciekawa, w centrum miasta. Trzeci teatr przy Konopnickiej 6. Basen artystyczny, który znalazł dobrego nowego właściciela. Basen pięknie odnowiony, z interesującym wejściem z tyłu budynku, nowym ładnym holem, “odwróconym” miejscem sceny, nawet z odnowionymi toaletami (to było dziwne miejsce w poprzednim życiu “Basenu”). Ci, tacy jak ja, którzy niegdyś do YMKI chodzili na prawdziwy basen, tego miejsca poza nadal istniejącą niecką, zupełnie poznać by nie umieli. (Oj, wyobrażacie sobie, że nasza klasa jeździła tam w 1953 roku?).
Nowy pomysł - poza dotychczasową klasyką pokazywać w WOK-u utwory współczesne. To znakomita propozycja. Brakuje w Warszawie miejsca, gdzie pokazywano by produkcje operowe z ostatnich lat. Albo nawet, jak w tym przypadku, dla opery kameralnej napisane. Opera Królewska przejęła i kontynuuje linię repertuarową zmarłego nie tak dawno jej dyrektora, poprzedniego szefa WOK. I niech tak już zostanie. Do tej pory same plusy.
Znakomici zaangażowani do produkcji twórcy. Świetny Krzesimir Dębski, genialny Michał Znaniecki. A nawet potrafiący pisać, wszechstronnie uzdolniony profesor Henryk Skarżyński. Czy taki zespół mógł wypuścić zły produkt? No właśnie - mógł. Co się stało? Ano temat okazał się za trudny do pokazania na scenie w formie widowiska muzycznego. Bo cóż - dydaktyka, pokazanie wieelkości dokonań pana Profesora na scenie w formie grzecznych czytanek dla dzieci jest żenujące. Scena z panią przedszkolanką, która nie chce przyjąć do swej placówki dziecka ze “ślimakiem”, to jakaś amatorszczyzna. Przez cały czas długiego, trzygodzinnego spektaklu widz się zastanawia, czy znajduje się w profesjonalnym teatrze, czy na jakimś szkolnym przedstawieniu, gdzie występują sami amatorzy. Wszyscy.
A “Przerwana cisza” jest widowiskiem w którym bierze udział kilkudziesięciu aktorów. Młodych, starych, śpiewających, tańczących. Nawet jest panienka na wrotkach. Coś mi się wydaje, że gdyby z mniejszymi kosztami wystawić to wyłącznie w grupie osób, którym profesor Skarżyński (dosłownie) odzyskał słuch, miałoby to większy sens. A tak patrzymy na dobrze przygotowany finał i zastanawiamy się, kto kupi bilety na taki bubel, który promuje tak mądre treści - walczy z homofobią, pokazuje, że w wielu przypadkach, mimo problemów, człowiek może normalnie żyć w społeczeństwie i na dodatek odnieść sukces. Ale tej nachalnej dydaktyki z dobrym przedstawieniem muzycznym w WOK-u połączyć się nie dało.

Zjazd, czyli “z” (literki nr 14)

Mój Ulubiony Instruktor wyjątkowo stał. Stał i trzymał w ręku filiżankę ze swą ulubioną kawą. Trzymał w jednym ręku, bo drugą drapał się po swej łysiejącej powoli głowie. Właśnie dotarła do niego informacja, że w jego ulubionej organizacji odbędzie się zjazd. I to nie taki sobie zwykły, bo do tego jeszcze ponad dwa lata, ale nadzwyczajny, specjalny, ekstraordynaryjny. - Co jest grane - zapytał głośno, choć nikt go nie słuchał. - Ja tego nie rozumiem. Sześciu facetów w sześciu województwach dogadało się. Chcą zmienić władze mojej organizacji i teraz setka osobników w szarych i zielonych mundurach zjedzie do Warszawy, by sobie twórczo podyskutować. - Mulin, którego tak podrzuciło do góry, że stał i stał, zaczął się zastanawiać. Ktoś tu coś chce ugrać. Tylko co? Uważnie spojrzał na ekran komputera. A tam listy i decyzje. Instruktorzy z samej góry piszą: - Spokojnie rozmawiajmy. Wyjaśniajmy. Pewnie lud potrzebuje wyjaśnień. - No dobrze - mruknął do siebie Mulin. - Ale żeby coś sobie powyjaśniać tłum ludzi musi się spotykać? Czy nie można tego było wyjaśnić na jakiejś konferencji, takiej w internecie? Wtedy to całe zamieszanie byłoby znacznie mniejsze i może tych sześciu, co to się osobiście podpisało pod wnioskiem o zwołanie zjazdu, byłoby usatysfakcjonowanych? I na tym by się skończyło?
Mulin postanowił jednak usiąść w swym ulubionym fotelu, zaczął pić kawę i przestał się drapać po (napiszmy prawdę) łysinie. Od czego to się zaczęło? Tak formalnie? No tak, Mulin nie musiał długo się zastanawiać. Zaczęło się od demokracji! To przecież zupełnie demokratycznie rewidenci ulubionej Mulinowej organizacji głosowali tajnie nad czymś mało zrozumiałym - nad absolutorium dla najwyższych władz. I ku swemu zdziwieniu, gdy policzyli te tajne głosy, okazało się, że nie lubią oni kilku osób z władz najwyższych. To znaczy lubią, cenią, ale głosowali za nieudzieleniem absolutorium. Po tym wydarzeniu musieli uzasadnić swą zbiorową mądrość. Bardzo się starali, ale nie da się ukryć, że im się za bardzo nie udało. Ale tych sześciu o tym nie wiedziało. Nie wiedziało, że to jakieś demokratyczne nieporozumienie. Jest źle - stwierdzili - i zarządzili zjazd nie wiedząc, że rewidenci po prostu się zagalopowali. Mulin postanowił nie analizować dalszych poczynań władz wszelakich. I tak z głowy mu parowało. Czyżby to zamieszanie było dokonane tylko przez nieporozumienie? Tak na pozór wygląda. Mój Ulubiony Instruktor zapadł się w swym fotelu. Do tej pory myślał, że jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A w ulubionej organizacji jest inaczej? Dziwne.

I po co im Krym?

Nie wiedziałem, jak zatytułować ten mój tekst. Może niech zostanie z Krymem. Tym Krymem, który tak niedawno odebrali Rosjanie Ukraińcom. Po co im, jeżeli w tureckim hotelu na wybrzeżu Morza Śródziemnego są większością gości. Praktycznie inne nacje między nimi się przemykają. Także miejscowi, którzy w tym kolosalnym obiekcie (ponad tysiąc pokoi) są widziani, ale nie jest ich zbyt wielu. Napisy po rosyjsku, animacje dla dzieci także. Zaprzyjaźniony pan barman, który z rana częstuje nas zimnym napojem, wiedząc, że jesteśmy Polakami, wita nas “zdrastwujtie”. My mu na to, że po polsku mówi się “dzień dobry”, co pan ładnie wymawia, by następnego dnia rano powitać nas po rosyjsku. Wie, że może się z nami porozumieć w tym języku, więc po co się wysilać.
Od czasu, gdy w jakimś hotelu za granicą spotkałem większą grupę Rosjan, wiele się zmieniło. Nie są tak krzykliwi, nie są (w przeważającej większości) pijani, są zdecydowanie bardziej cywilizowany. I tylko część z nich w restauracji jada zgodnie z trzema zasadami. O jednej z nich pisałem, ale warto przypomnieć.
Zasada pierwsza - piramida albo kopiec kreta. Na talerz nakładamy kolejne warstwy produktów. Frytki, mięso, warzywa, surówki. Ale piramidę można zbudować z ciastek lub żółtego sera. Ważne, by była wysoka, ale tak ułożona, by nic z niej nie spadło. Piramida jest zjadana w połowie, czasem mniej niż w połowie.
Zasada druga - stół weselny. Stół weselny zastawiamy, gdy jest nas więcej niż dwoje. Przez pół godziny na stół przynosimy wszystko to, co potencjalnie może się przydać do jedzenia. Jak na weselu. Zamawiamy też różne napoje. Gdy stół jest zapełniony, zaczynamy jeść. Zjadamy tak że 30% tego, co sobie przynieśliśmy. Resztę zostawiamy, by kelner miał co sprzątać.
Zasada trzecia - bierzemy na później. Nie myślę o jakimś owocu czy ciastku. Biorący na później są dobrze zorganizowani i często niezauważalni. Mają że sobą torby a w nich pudełeczka. A może pudełka. Obserwowałem akcję “baklawa”. Przynoszono kolejne kopce kreta z ciasteczkami, które znikały w przepastnych torbach. Czy ciastka były przeznaczone na prezenty w dalekiej Moskwie? Czy miały być zjedzone w czasie najbliższej nocy? Nie wiem i się nie dowiem.
Piszę o tym, lecz przypominam. Już tylko część byłych obywateli ZSRR po zdobyciu wybrzeża Turcji zachowuje się, jak Hunowie. Można obok nich wypoczywać.

Skrawki wspomnień

To bardzo sympatyczne. Ostatnio odzywają się do mnie instruktorzy, których nie widziałem kilkadziesiąt lat. Gdzieś mnie znaleźli w internecie, gdzieś otarliśmy się o siebie na którymś z pogrzebów. Siadamy przy kawie i snujemy opowieści o dawnych czasach. Ja cały czas w harcerstwie - oni przez lat kilka dawno temu też byli niezwykle aktywni. Odeszli, ale z radością wracają do wspomnień. A pamięć nasza jest zawodna. To zupełnie normalne. Trzy ostatnie kontakty - i kolejne trzy wspomnienia o sytuacjach krytycznych, trudnych.
J. - mój pierwszy drużynowy - ten z 1958 roku. Drużynowy sprzed 60 lat! Wśród skrawków wspomnień zachowało się to o kradzieży portfela. Ja tego wydarzenia zupełnie nie pamiętałem. A był to chyba rok 1960. Na obozie J. zarządził rewizję osobistą wszystkich harcerzy, gdyż jednemu z nich ukradziono portfel. I co? Portfel z pieniędzmi znalazł się w ręku młodocianego złodzieja. Został on wyrzucony z obozu. J. odwoził chłopaka do domu. Ja tego nie pamiętałem! Ale obaj pamiętaliśmy zimowisko w Szklarskiej Porębie chyba z przełomu roku 1959/1960. Tam o mało co zbiorowo się nie zatruliśmy. A właściwie zagazowaliśmy. J. świetnie pamiętał sytuację, gdy w sali, w której spaliśmy, przed laty było oświetlenie gazowe, i gaz ten nas o mało co nie zatruł. Po prostu się ulatniał.
M. - szczepowa niezłego szczepu starszoharcerskiego z lat siedemdziesiątych. To ona była przyczyną zdjęcia mnie z funkcji zastępcy komendanta hufca. M. zupełnie nie wiedziała, iż to ona sprawiła, że mój harcerski życiorys w pewnym momencie się zupełnie załamał. Sprawa była mało znacząca, po prostu byłem zbyt samodzielny i w efekcie nie spodobałem się jakiemuś ówczesnemu partyjnemu VIPowi. Pisałem o tym niegdyś. Ale z M. wspólnie wspominaliśmy harcerkę, która była w jej drużynie zimowiskowej, gdy ja byłem komendantem całego wielkiego 200-osobowego zimowiska. I owa harcerka urodziła dziecko dwa dni po powrocie z zimowiska! Podobno dziewczyny nic nie wiedziały o tej ciąży. Nie chciałem w to wierzyć, ale M. twierdziła, że rzeczywiście to owa druhna ukryła do ostatniego dnia swą ciążę przed wszystkimi, a przede wszystkim własną rodziną.
I jeszcze jeden kontakt. Z T. Opisał mi obóz - horror z nieco późniejszych czasów, bo była to połowa lat 80-tych. Tam nieprzygotowane kwatermistrzowsko zgrupowanie, komendantka, która rodzi na trzy dni przed rozpoczęciem obozu. T. zastępuje młodą matkę (a nie jest przygotowany do prowadzenia takiego obozu). I owa instruktorka przyjeżdża na obóz - dziecko zostawiła w szpitalu - i chce wraz z mężem zgrupowanie prowadzić. Jakiś koszmar, który miał miejsce w naszym hufcu. Z T. jestem umówiony na spotkanie za dwa tygodnie, ciekawe, czy mnie jeszcze czymś zaskoczy.
Trzy kontakty. Trzy wspomnienia. Oj, działo się u nas na obozach i nie tylko na obozach, oj, działo…